W u l g a r y z m

all that is solid melts into air

Wściekłość i wrzask.

5 Komentarzy

Umrzeć, wyjechać, nie zareagować?

Więc podnosi mnie któryś już raz z oszczanej podłogi i mówi – długo, wolno, głośno mówi – że nadszedł czas na zawieszenie broni, ale ja jej nie wierzę, nigdy jej nie uwierzę, bo przecież nie może być tak, żebym teraz po prostu wziął płaszcz i wyszedł, zostawiając na barze kilkadziesiąt złotych na niezamówione drinki. Ona twardo swoje, trzyma mnie za kołnierz, cedzi, idź do domu, nie rób scen, nie ustawiaj nikogo, nie zapraszaj do tańca albo na pojedynek honorowy w czasach, w których honor kojarzy się z nazwą gliwickiego nazistowskiego zespołu. A ja patrzę jej w oczy i zapragnąłem wtedy coś przekazać, jakiś sercowy tekst na odchodne. Że to wszystko, ty, on, ja, ten bar, nie ma sensu, że powinniśmy  porozmawiać o miłości, o tym, co jeszcze może się wydarzyć. Usiądźmy przy stoliku, czekajmy na rzewne wsparcie znajomych. Rozdzwonią się telefony, policzki zakwitną rumieńcem. Zamówimy ckliwe piosenki, kolorowe napoje, opowiemy sobie parę rozweselających anegdot, naprawimy błędy, zacerujemy dziury. Nie będzie więcej wiało po plecach, nie umrę z wyziębienia.

( i nie wiesz kiedy, stało się tak, jak gdyby nigdy nic nie było. Jedyna walka, jaką dziś prowadzisz, to z bezsennością i porannym budzikiem, który upartym, pustym dzwonkiem przypomina cię, że powinieneś gdzieś być, gdziekolwiek, byle nie tu. I jeśli nawet myślisz o otwartym oknie i krótkim efektownym finiszu, to wiesz, że ostatnim młodym, który zdołał się zabić, był Mirosław Nahacz. Z przestrachem zamykasz okno i tylko okiennica dobija się głośno, jakby chciała wejść do środka. Włączasz radio, zatykasz uszy – już zawsze będziesz chodzić z uszami wypchanymi watą; rozgorączkowanym spojrzeniem, omiatając okolicę, czy przypadkiem coś za tobą nie idzie, sprytnie ukrywając się za pobliskimi przedmiotami. Jeszcze długo do domu wracać będziesz biegiem, z pośpiechu upuszczając klucze pod drzwiami, próbując trafić w zamek, kiedy gdzieś z tyłu zbliżać się będą miarowe kroki niewidzialnego prześladowcy.)

Możemy o tym porozmawiać, wszystko wyłożyć na stół, nasze przez lata zbierane zmięte ulotki pochowane po kieszeniach, nieaktualne zaproszenia na promocje, reklamy mlecznych barów. To wszystko położymy przed sobą; minione świadectwa naszego związku, oparte na cenniku taniego żarcia i plastikowych sztućcach.

Pójdziemy do kina, ale urwie mi się film. W kolejce do kasy, będą mnie popychać, deptać po stopach, na płaszczu podeszwy, na butach podeszwy, otworzysz mi głowę i znajdziesz
nic osobistego
nic osobistego

jakieś skrawki pociętych sztandarów, parę linijek tekstu, narodowych sampli, marksistowskich sloganów, niedokończony download. Kulturowy szał.

Więc dlaczego cię tak dziwi, że jakoś zbyt często klękam na środku ulicy, wypada mi z rąk cały zakupiony nielegalnie towar, a w oczach, definitywnie, blaknie ogień, który kiedyś ponoć przepalał najtwardszy metal, topił czyjeś lodowe serce. I nagle, nie wiedzieć kiedy, pobladł, zmalał, zmniejszył się w oczach. Już nie jest taki jak kiedyś. Ten on. To nie ta sama osoba. Może weź pod uwagę, że mnie również w dzieciństwie do oka wpadł okruch lodu i teraz widzę same kanty, trzymając rękę stale na piersi, biorę głębokie oddechy, każdy kolejny zimniejszy, jak każde słowo wypowiedziane w afekcie. Nie chcę nic robić ze swoim życiem. Takie rozgrzebane, nieposłane jest ok.

A teraz smarkam w rękaw, a teraz trzymam się ściany. Zaraz wyjdziesz z klubu, zamówisz mi taksówkę, kierowcy przekażesz adres, którego ja po roku mieszkania nie potrafiłem zapamiętać, nie żegnając się, trzaśniesz drzwiami. A ja – Boże – a ja! Ja nie zauważę tego trzaśnięcia. Umrzeć, zapomnieć, nie zareagować. Mówi poeta. Ale teraz pomilczmy, o słowa pokłócimy się jutro.

(Ironia zaczyna się z chwilą narodzin. To ironia surowego boskiego planu, egzystencjalny dowcip wzruszonego sobą oprawcy. Najbardziej ironicznym komunikatem jest modlitwa. Słowo magiczne, na którego rzucenie zabrakło many. Ile razy klękasz przed ścianą, ile razy z nią rozmawiasz, by potem, poirytowany znaczącą ciszą, obrazić się na nią, kopnąć, opluć. Ironia polega na konkluzji, że jeśli stanie się przed Bogiem, to automatycznie nie macie sobie nic do powiedzenia, nic, czego wzajemnie byście o sobie nie wiedzieli.)

Dziurawe kieszenie, tłuste włosy, rozpadający się walkman z piracką kasetą, podpisaną czarnym markerem „Rock”. Kebabowe miejsca towarzyskie, w których się poznaliśmy. I tacy już jesteśmy, gotowi do spożycia, za osiem złotych, jedzenie, połowę do kosza. Rozmowy o bohaterach sitcomów i etyce. Już nie mówię do nowo poznanych ludzi. Wymieniam się z nimi polecanymi książkami. Kiedy nie chce mi się już uprawiać seksu, to piszę teksty. I mówię w nich o miłości. Puste kieszenie, mocne, ostre słowa. Kiedyś się o nie zabiję. Ktoś musi umrzeć, ja, albo słowo.

Dlaczego ty zawsze mówisz o sobie, pytasz, ale ja mam wrażenie, że ciągniesz mnie za włosy, wyrywasz je tak, jak wyrywają je sobie ludzie na ulicach. Kiedyś Polska to będzie właśnie taki świat łysych ludzi, z odpychającym grymasem na twarzy i kępą włosów w zaciśniętej pięści.  Chcesz kogoś zabić, ale nie za bardzo wiesz, przeciw komu wzbiera twoja złość. Gromadzisz w sobie coraz więcej tych wszystkich sytuacji, w których ochlapał cię przejeżdżający samochód, ale ty mówisz sobie, stojąc na ulicy, że nie będziesz więcej płakał, bo ci nie wypada, bo lepiej jest przemilczeć  pewne stany, kolekcjonować je z sadystyczną przyjemnością, delektując się złem, bawić wrogością. Albo po prostu tak ci się wydaje, a prawda jest znacznie prostsza; nie masz gdzie się zwrócić, nie masz kogo zabić.

Kiedy o piątej rano parzę na herbatę, orientuję się nagle, że nie ma we mnie już nic, na czym mógłbym zbudować dom. Podgrzewam cielęce parówki, rozsypuję cukier na klejącym się blacie. I robi się przeraźliwie cicho. Nikt już nie mówi, jakby wszystko pękło, runęło, a teraz leży przysypywane grubą warstwą wulkanicznego pyłu. Słyszę tylko przeciąg. Przeraźliwy lodowaty przeciąg. Trzaskają okiennice, skrzypią drzwi. Więc rzucam się do telewizora, kawa czy herbata, jest głos, nie słychać wiatru, radio i wiadomości. Słucham o polityce, żeby nie słuchać w ogóle. Kłamstwa, ale nie lodowaty odgłos przeciągu, potworne wycie samotnej, wkurwionej na świat pustki.

Na ulicy wściekłość. Zaciśnięte do białości knykcie. Zaciśnięte zęby. Kochanie, wyjdziemy na mróz, otuleni szalikami, wywrócimy się w śnieg. Krew zaczyna padać. Wszystkie karty już na stole.

Luty 2010, Kraków.

Reklamy

Written by c y n i k

Luty 2, 2010 at 12:18 am

Napisane w Uncategorized

Dla mnie te twoje kółka są ok.

10 Komentarzy

Przecież widzę, wariatka, włosy w nieładzie, ręce w błocie, błoto na twarzy, na twarzy same niedopowiedzenia. Klęczy i mamrocze, niech wreszcie coś powie, myślę, bo nie wytrzymam. Stoję tu i patrzę, jak ona w tej kałuży się tapla się i nie ma zamiaru wszystkim powiedzieć, o co tu chodzi.  A mnie skręca, dreszcze, pot. Zrobiłbym jej zdjęcie aparatem w komórce, ale mi ukradli i nie mam już niczego. Wczoraj dowiedziałem się, że wszystko się kiedyś kończy; wstałem i wyszedłem przez drzwi, nie przez okno, okno zostawię na ostatnią chwilę.

I trafiłem na dworzec, kupuję hamburgera, żeby poczuć się jeszcze bardziej ostatecznie, żeby wszystko wyglądało jak przeciągnięte photoshopowym filtrem black and white. Zapaliłbym papierosa, ale nikt mnie nie częstuje, nikt nigdy mnie nie częstuje, bo niby dlaczego miałby mnie częstować ktoś papierosem, na dworcu pekaes, gdy kupuję hamburgera max 6,50 ze wszystkim i z chusteczką.

Cebulę mam na bucie, na kolanie pomidora. Leci mi z rąk to wspaniałe danie, cały w sosie jestem, a chciałem być tylko cały w skowronkach (łąki i muchy, kwiaty i deszcz), więc irytuję się, upuszczam bułkę, wpada to w kałużę, chlupie żałośnie i o dziwo, pasuje, wszystko pasuje. Ja przed budką z hamburgerami, hamburger w brudnej kałuży. I ona w błocie, na tle przerażonych ludzi i brudnych jelczy.

Myślę wtedy, podejdę do niej, bo przecież to bez sensu, jeśli te nasze znaczenia mają się nie spotkać i kiedyś umilknąć, myślę, podejdę i powiem, chodźmy stąd, zaraz jedzie pociąg do. A potem już się nie będziemy martwić niczym, żadnymi przerażonymi ludźmi i smutnymi budkami z rakotwórczym jedzeniem, tylko przedział wagonu, metaliczny zapach zardzewiałych okien, brudne szyby i prześmierdłe tysiącami kilometrów zasłonki, a dalej te wszystkie zmienne za oknem widoki, pagórki, dolinki, małe stacje, duże hale. A ty będziesz mogła być dowoli energiczna, machać rękoma, rysować na szybach kółka, gwiazdki i wypowiadać niesprawdzalne tezy, opowiadać o tajnych światach, do których kiedyś na pewno dojedziemy, ale się tam nie osiedlimy, bo po co, będziemy regularnie przycinać swoje korzenie, robić zdjęcia telefonami, owlekać wszystko tanią sepią.

Kochanie, nie mam domu, ale mogę kupić nam przedział, będą dwa łóżka, rozregulowane grzejniki, jeden śmietniczek. Lusterko i dwa składane stoliczki. I dużo szyb, przez które zaglądać będą kolejowe stacje. Tak jej mówię. I jeszcze, kochanie, ty, ja i konduktor jesteśmy wyjątkowi, wsiądźmy do pociągu, pokażmy swoje bilety, w którym już zawsze będę miał wpisane druga klasa, ale to nic, ale to nieważne, dojedziemy w to samo miejsce, tylko nasz status jest trochę tańszy, mamy więcej cerowanych dziur w spodniach, więcej przykrych wspomnień. Wszystkie je kiedyś zamkniemy w pociągowej łazience, spuścimy wodę. Na stacji.

Na stacji będą stać rodzice. Wypięknieni, wypachnieni. Chciałbym poderwać się, szarpnąć za okno, ale ono wiecznie się zacina i trzeba użyć tak wielkiej siły, której ja nie posiadam, może zrobimy to razem, ty i ja, obok siebie, za tę samą okienną klamkę, może uda się wreszcie otworzyć okno na czas i nikt nie powie, że znowu ci nie wyszło, że znowu za późno, za wcześnie, za słabo. Jak byłem mały, biegałem po pociągu i przyklejałem na gumę żyletki do tych okiennych klamek. Niech ludzie krwawią, kochanie.

I tak będziemy jeździć, rozmawiać w rytm pociągu, tak tak, tak tak, wszystko zależy od tego, czy ktoś otworzy nasz przedział i zapyta, czy tu wolne. Potem jeszcze będziemy musieli dźwigać ich bagaże, potem jeszcze śliskie spojrzenia, które nigdy nie trafiają, które zawsze chybiają, dlatego odwrócimy wreszcie od siebie wzrok, włączymy swoje empetrójki, otworzymy grube książki, rozwiążemy krzyżówkę. Albo nie. Zawsze można wyjść na korytarz, stanąć koniecznie w przeciągu trącani brzuchami i walizami przechodzących i patrzeć na korytarz, którego koniec przemieszcza się wraz z tobą, ale nigdy się nie zbliża.

Jest noc, tak tak, możesz spać, ja jeszcze posiedzę, pogapię się w okno, za którym nie widać nic, tylko czarny kwadrat, czarny kwadrat. Za moment cię obudzę i pójdziemy zapalić do pociągowego szaletu, zamkniemy się w tej małej przestrzeni, uchylimy okno. Pod stopami toaletowe papiery topione w kałużach o ostrej woni. Zaciągnij się, bo inaczej nie można. Tak tak. Po powrocie zauważymy, że wszystko nam ukradli i zostawili notkę, że jeszcze tu wrócą i nas zabiją.

Written by c y n i k

Styczeń 14, 2010 at 5:36 pm

O obrotach ciał nieziemskich.

8 Komentarzy

Ileż dziś eksplozji na niebie! Rozpędzone konstelacje wpadają na siebie i z agresją wyrywają sobie planety, gwiazdy, wyginają orbity. Z przerażającym, pozarzeczywistym jękiem załamują się międzywymiarowe tunele, rozpadają niezmienne stanowiska, mieszają koordynaty. Nieme nuklearne wybuchy, bezświetlne implozje! I ja to wszystko jeszcze mieszam, ja tworzę.

Wszystkie proste drogi, które kiedykolwiek prowadziły do celu, Aneta już wykrzywiła. Jeśli wczoraj, człowieku, wiedziałeś, że ulica Grodzka prowadzi do Rynku, tak dziś zalecam upewnić się, czy aby obecnie jej zwieńczeniem nie jest Pałac Kultury i Nauki. Aneta czasami wyobraża sobie Pałac Kultury i Nauki, choć w jej wykonaniu jest zdecydowanie bardziej kampowy. Kiedy nabija metalową lufę, myśli o śmierci. I o tym, że przedawkowała aspirynę trzy razy – „przypadkowo” – zastanawia się, czy pękną jej wrzody.

W Anetę można wpaść na amen. Zajebać się w chuj. Idziesz drogą, masz w głowie jakiejś, wydawałoby się, solidne myśli, pewne wartości, oparcie w postaci rodziny, dziewczyny, chłopaka, deski do prasowania, nie wiem, kota Filomena, idziesz i potykasz się o ego Anety – ego Anety ma formę wysoce syleptyczną i nigdy nie wiadomo, czy pokrywa się z ciałem, czy się w nim skrywa czy też wręcz z niego wyrasta – i nagle trach! Już ciemności mroczne przestrzenie, już nie wiadomo gdzie się podziały kamienice i wywrócone kosze, gdzie ulice i wystawowe szyby. Aneta cię pożarła. Aneta jest traumatycznym ucieleśnieniem idei pożerającej waginy. Gdy tylko jest w pobliżu, jak tykający krokodyl z Piotrusia Pana, słychać kłapanie.

Przy szkolnym płocie, z nasuniętym na twarz kapturem, Aneta szuka ofiary. Wypatruje najpiękniejszej licealistki, a gdy ta zostanie sama, podchodzi do niej i mówi: „Czy chcesz dowiedzieć się, jaki naprawdę sens ma w sobie Zbrodnia i kara?”. I ta licealistka wielkie oczy, przerażenie w duszy, ucieka w stronę swoich koleżanek i krzyczy: „Gocha, Gocha! Ta kurwa zwariowana szmata mi grozi! Zabić mnie chce, zabić, o Jezu!”. I już tam te niewinne licealistki maczety z torebek, widły, kombajny i zaraz za Anetą pędem się puszczają. A Aneta, jak spłoszony seksualny przestępca, między budynkami umyka, jak Frankenstein, jak Quasimodo, jak Bestia!

Gdy wróci do domu, opada na starą, zawilgoconą kanapę. Aneta w ogóle lubi kwiatki i trawę – na ścianie hoduje więc grzyby, pod stołem dokarmia resztkami obcą cywilizację. Ale teraz tego nie robi, bo znów myśli o śmierci. „Ach, gdybym miała swój pokój w ośrodku dla psychicznie chorych!”, mówi rozmarzona, „dniami rysowałabym nagie kobiety przytwierdzone łańcuchami do powietrza, a nocami chodziłabym na oddział szczególnie niebezpiecznych wariatów, gdzie oni przywiązani do łóżka, a ja wolna. Stałabym między nimi i drżała na każdy dźwięk jęknięcia skórzanych pasów, którymi przywiązano ich do posłań”.

Aneta prawie nigdy nie wychodzi. Mieszka w zapuszczonej kawalerce z prysznicem w kuchni i z kuchnią w sypialni. Wieczorami parzy kawę, puszcza Billie Holiday i myśli o śmierci. I o miłości. O tych wszystkich białych koniach, wieżach wysokich z malutkim okienkiem u samej góry, z którego niemożliwie piękna uwięziona blondyna spuszcza swój długi warkocz. I Aneta się wspina po tym warkoczu, wdycha jego woń, woń tej wspanialej miłości, która przecież czeka w tej wieży tylko na nią, gramoli się więc do góry i gdy jest w połowie, słyszy: „Pośpiesz się grubasko, kurwa, ty myślisz, że ja pierdole, ja tu cały dzień w tym przeciągu będę sterczeć!? Ciężka dupa kurwa, wącha włosy, pojebało cię doszczętnie?!”.

Aneta siedzi więc w swojej kawalerce i rysuje po ścianach. Niezrozumiałe dla zdrowego umysłu hieroglify, ornamenty, znaki, kody i koordynaty; powypisywała czarną kredką monologi swojej duszy. Gdyby po latach, wszedł do tej celi jakiś detektyw walczący z antyczną antychrześcijańską sektą Oświeconych, miałby roboty do końca życia albo przynajmniej na dwie powieści i trzy filmy.

A gdy chce się Anecie jeść, otwiera ona lodówkę. Pewnego dnia powiedziała mi: „W lodówce odkryłam przycisk do zniszczenia świata”. Pierwszy raz stało się to przypadkiem, ot, wcisnęła, by sprawdzić, do czego służy. Natychmiast lodówkowe żarówki rozbłysły czerwonym światłem i gdzieś spomiędzy sera a kalafiora zadudnił głos: „Świat ulegnie samozniszczeniu za 5…” I niebo pękło i sypnął grad, a plony zniszczały, na cztery góry zapadły się i ziemia zatrzęsła, na trzy wody spłynęły krwią i oceany wystąpiły z brzegów, na dwa zdrożały gaz i czynsz, na jeden zgasły wszelkie światła i świat pogrążył się w ciemnościach. Ale wtedy Aneta wystraszona zatrzasnęła lodówkę i wszystko wróciło do normy (oprócz czynszu). Dyszała oparta o cieknący zlew i myślała o śmierci. Każdego dnia Aneta wciska przycisk i w ostatnim momencie, jakby jednak z rozmyślenia, zatrzaskuje lodówkę.

Aneta mówi: każdy element został przewidziany nie przez Boga, a przez umysł zawładnięty narkotycznym uniesieniem. Nabijmy więc lufy. Zaprojektujmy własne pokoje. Przemalujmy świat! Wyjdźmy na ulicę, weźmy kubły farb czerwonej, fioletowej, zielonej, pomarańczowej, weźmy wszystkie barwy i przemalujmy nasze rynki, przemalujmy fasady budynków, w których mieszkamy, w których tracimy przytomność albo zyskujemy wiedzę! Niech świat spłynie farbą, niech Adam Mickiewicz będzie czerwony, niech białe marmury będą żółte a pałac prezydenta łaciaty! Niech stanie się kolor.

Czasami Aneta wchodzi do kościołów. Czarna, lodowata, pachnąca świętością dziura przyciąga wzrok i nie mogąc wytrzymać, przekracza ona średniowieczne portale. Przechadza się w ciszy modlitwy kafelkową posadzką, ogląda obrazy, gromnice, ikony i krzyże. Gdy nikt nie widzi, wchodzi na ambonę i patrzy na wiernych z góry – wtedy wskazuje kogoś palcem, a tego doświadcza los, umiera mu żona, dziecko wpada pod samochód, potem wskazuje kogoś innego, a temu zawala się dom, kradną mu samochód i kochająca córka popełnia samobójstwo. Aneta schodzi z ambony i podąża wzdłuż Drogi Krzyżowej, zaczynając jednak od makabrycznych scen ukrzyżowania, kończąc na obrazie  stacji I, Pan Jezus na śmierć skazany. Nikt nigdy nie siedzi na stacji z numerem jeden, jest nieefektowna i mało krwista. Aneta znajduje tam wolno stojącą rzeźbę Maryi Panny w niebieskich szatach. Ma smutną minę, jakby wiedziała, że za chwilę jej ciało zostanie rozdarte na miliony kawałeczków wpiętych do powtarzanych zduszonych głosem wieczornych modlitw. Maryja nie cieszy się, że urodziła syna, wzrok wbity ma w ziemię w to samo miejsce, które tyle razy widziała Aneta. W ciszy wyznawanych pokut, Aneta siada pod stopami Maryi i wpatruje się w jej twarz, próbując przejąć spojrzenie, aby ta nie musiała już więcej patrzyć w ziemię. Wreszcie rzuca się na nią, przytula do kamiennej, lodowatej sylwetki i czerwonymi ustami wpija w jej fioletowe z zimna wargi. A Maryja nie wytrzymuje, chybocze się chwilę, poczym z hukiem upada na posadzkę. Grzmot ogłusza wiernych, zdradza, dekonspiruje. Wściekły Bóg wybiega zza ołtarza, wygraża palcem, pluje.

Gdy Aneta przestaje biec, siada na ławce i myśli o śmierci.

Wieczorem w domu rozpala ognisko. Billie Holliday śpiewa o śmierci. Zabrudzony dywan kopci się smoliście. Aneta tańczy po kawalerce, otwiera szafki i już staniki lecą w ognisko. Potem chińskie zupki buchają fioletowym płomieniem, potem koce i poduszki, a ogień już przy suficie. I bach!, już indeks Uniwersytetu Jagiellońskiego ze średnią 5,0 w płomieniach, już Heideggery, już Platony wyją żałośnie, duchy nad ogniem wzlatują, wyją, śpiewają chóry anielskie. Już rysunki w płomienie wlatują, kobiety z rycin wiją się paskudnie, pokrywają strupami. Aneta siada na płonącej kanapie, nabija lufkę i myśli o śmierci. Aneta płonie. Ktoś krzyczy na zewnątrz, ktoś drzwi wyważa. Nieco tu gorąco, może jednak powinniśmy przewietrzyć nasze mieszkania? Przepraszam, czy tutaj ktoś się pali? My mind is glowing. Jakże piękne dzisiaj niebo, jakże wspaniały ma pani na sobie garnitur. I tyleż dostojeństwa. Usiądźmy tutaj i wspólnie podetnijmy sobie żyły. Billie Holiday śpiewa o śmierci.

Aneta wstaje, by pierwszy raz w życiu poczuć spokój, otworzyć lodówkę i wcisnąć przycisk.

Written by c y n i k

Maj 15, 2009 at 3:53 pm

Życie i twórczość Zofii Prześcieradło.

leave a comment »

Gdybym przynajmniej oszalał naprawdę! –
Àlvaro de Campos, Esta velha angústia, 1934.*

Było tłoczno i kolorowo, pachniało potem, wódką i dżojtami, muzyka grała, a sala tańczyła. Przyznaję, nie do końca ułożone w głowie wówczas miałem; jakieś poczucie rzeczywistości, poczucie twardej podłogi, ale jednak jakby ktoś przejechał papierem ściernym po moim światoobraazie i z solidnej konstrukcji, o którą zawsze można się oprzeć, pozostała wiotka ścianka, prześwitująca w niektórych miejscach wielką bezdenną czeluścią, albo setkami małym dziurek i zaułków, w których można się zakopać na długie lata i prowadzić niekończące się dysputy z własnym ego. Zdecydowanie więc, rozumiecie, byłem naćpany. 

Widziałem więc wówczas to, czego nie widzą inni, doświadczałem niedoświadczalnego, pojmowałem istotę rzeczy i tego typu ważne kwestie, kiedy nagle w zawirowaniach przestrzeni, gdzieś między tymi wszystkimi inwazyjnymi ciałami, dyskotekowymi kulami, nieprzytomnymi istotami, gdzieś pomiędzy całym tym, co zadziwiające, koegzystującym bajzlem, mignęła mi niesamowita Zofia Prześcieradło.

Zofia Prześcieradło to postać z bajki nie dla dzieci. Aby zrozumieć jej oczojebność należałoby dokładnie opisać tło pubu, w którym wówczas stałem, ale darujcie mi tę narratorskie licencia poetica, bo nie zrobię tego, nie. Dość powiedzieć, że Zofia Prześcieradło była jak anioł na śmietniki, Matka Teresa w burdelu, Albert Einstein w kościele, jak poeta wśród analfabetów, jak Jan Paweł II na mszy satanistycznej, jak ja między ludźmi… No, po prostu, Zofia Prześcieradło była zajebista. A jeśli jesteś, Czytelniku Drogi, fanem hip-hopu, to może dodam, że Zofia Prześcieradło była wykurwiona w kosmos, odjebana że chuj, hardkor total masakra, że nic, tylko wyć. Taka właśnie była, zjawiskowa.

Zacząłem zastanawiać się wówczas – i szczerze mówiąc, zastanawiam się do dzisiaj – czy ta niesamowita dziewczyna w ogóle istniała – czy też to po prostu ja wpadłem w jedną z wielu czyhających na naćpanych ludzi pułapek retoryczno-performatywnych, zwłaszcza, że cierpię na chroniczny kryzys poczucia rzeczywistości. Rzeczywiście mogło tak być, że to mózg stawia mi pasjanse i bezlitośnie czeka, aż uporam się z kolejnym równaniem, by zadać kolejne, jeszcze bardziej niszczące. Mogło tak być, bo marihuaniści ostatecznie zwykle wariują, zawieszają się na jakimś wyjątkowo zajmującym elemencie rzeczywistości, bywa tak, że wpadają w jakąś szczelinę i wyjść, już do końca, z niej nie mogą. Zofia Prześcieradło mogła być moją szczeliną, albo kimś w rodzaju alter ego, mojej upostaciowionej animy. W sytuacji, gdy sam nie możesz uporać się z antynomią prawdy i fałszu, zwykle odnosisz się do zewnętrznego obserwatora. Osoby postronne, zaznaczmy to dla tych, którzy lubią myśleć, że wiedzą, na czym stoją, twierdzą, że Zofia Prześcieradło rzeczywiście istnieje – lub istniała – że podeszła wówczas do mnie i rzeczywiście mówiła. Pytanie tylko, czy to cokolwiek zmienia i czy rzeczywiście mogę więc powiedzieć, że tak, Zofia Prześcieradło istnieje?

Zofia Prześcieradło podeszła więc do mnie – czy tez może, przylewitowała, nic nie jest pewne, Czytelniku Drogi, w knajpie o trzeciej w nocy, gdy w żyłach pulsuje alkohol, gdy ujarany mózg wysyła sprzeczne informacje, ale co z tego, skoro nic nie jest pewne, nic a nic – i z rozbrajającym, obsesyjnie pięknym uśmiechem na twarzy – a skromnym, a pięknym! – powiedziała:
Jestem Zofia Prześcieradło.

I podała mi rękę, podała mi ja, a ją chyba uścisnąłem i powiedziałem, że jestem tym, kim jestem.

A była ona piękna. Zofia Prześcieradło była jak z pamiętnika nastolatki – wszystko od pierwszego wejrzenia. Zakochałem się ja więc tam wówczas, na tej obcej ziemi, bo może dodajmy dla tych, którzy lubią uważać, że wiedzą cokolwiek, że akcja moich przygód z tego tekstu toczy się w Holandii, gdzie świat jest o wiele piękniejszy niż w Polsce i wszystko jest tam piękniejsze i lepsze i bardziej zajebiste, zwłaszcza, gdy się upalisz w którymś z coffeshopow, zakochałem się ja na tej obcej ziemi i dreszcze wstrząsnęły mną, dreszcze i niepewności poczęły mnożyć się w głowie, że cóż teraz zrobić, jak się zachować, jak mrugnąć okiem, szybko czy wolno, czy nie nazbyt wyrafinowanie, czy ubranym dobrze i mankiety białe odpowiednie, czy może to powiedzieć a tamto.

Zakochałem się w niej bez pamięci – zwłaszcza, że alkohol robił swoje – zakochałem się od pierwszego wejrzenia w jej włosach i ustach, w jej dłoniach i policzkach, w prześwietlonych oczach, w słowach jej się również zakochałem – „Jestem Zofia Prześcieradło”, czy to nie piękne?! – w gestach, w ruchu, w bezruchu, w postaci i procesie – zakochałem się, no kurwa mać, w Zofii Prześcieradło.

A wiedzieć musisz, Czytelniku, że osoba naćpana jest cokolwiek podejrzana i nigdy nie możesz być pewny, czy zapytana, odpowie ci ona sama czy może Mojżesz może, albo może Gagarin, też być tak może. Wszystko może. Ale. Wiedzieć również powinieneś, że człowiek upalony to człowiek specyficzny i nie każdy ma takie same, że tak powiem, objawy poczucia rzeczywistości, choć pewne elementy w istocie są wspólne, jak na przykład wyczulony zmysł (Monar nazywa to przytłumionym zmysłem), doświadczenie Prawdy i Rozumu, tj. logos na najwyższych obrotach, czy też posiadanie rozwiązania na absolutnie każdy problem. Stąd, co zrozumiałe, gdy upalony człowiek dostanie do ręki problem, zaraz rozpoczyna się wielki proces myślowy i potrafi on, aby wyjaśnić na przykład możliwość wkręcenia żarówki, obrócić całym budynkiem. Nie zawsze więc osoba trzeźwa zrozumie myślenie osoby nietrzeźwej, co przyznajmy, odkrywcze nie jest, ale nie oznacza to, że osoba nietrzeźwa winna być z tego powodu zdyskredytowana. Tyle teorii powstało, tyle światów zwiedziłem, tyle rzeczy zrozumiałem po dżojtach, choć żadnej z nich nie pamiętam.

Pamiętam natomiast Zofię Prześcieradło, albo wydaje mi się, że ją pamiętam. Pamiętam, że odezwała się do mnie tylko raz – „Jestem Zofia Prześcieradło – i już nie wiedziałem, nawet wtedy, kiedy stała naprzeciw mnie i kusiła – ach kusiła! – czy to rzeczywiście stoi ciało czy może tylko duch jakiś, przewidzenie, bo też już mieliłem w głowie całość zjawiska o nazwie Zofia Prześcieradło.

Rozbierałem ja ją w myślach – choć nie wiem, gdzie jest to „w myślach” – kochałem się z nią i czytałem jej do snu Geneta, Wilde’a i Dukaja, już ja ją tam miałem – ach miałem! – już ja ją tam krochmaliłem, całowałem, już ja ją ścieliłem, tak, ścieliłem.

I Zofia Prześcieradło wówczas znikła. Zauważyłem to po jakimś czasie (proces trwał). Czy więc Zofia Prześcieradło istnieje i gdzieś tam błąka się, jak duch, po holenderskich klubach, pobrzękuje może łańcuchami i wyje do księżyca, że ukochany został utracony, że „Jestem Zofia Prześcieradło”. Czy może Zofia Prześcieradło jest wszędzie tam, gdzie ja (słyszę czasami pobrzękiwania, a wczoraj mógłbym przysiąc, że widziałem ją na Sławkowskiej w Krakowie) i przejawia się, migoce, przebija na zewnątrz sporadycznym błyskiem, poczym szybko znów umyka. Może tak. Może też inaczej. Może to ja jestem Zofią Prześcieradło i pobrzękuję łańcuchami wtedy, kiedy tego potrzebuję? Gdy galaktyka eksploduje delikatnymi kurwikami, wtedy właśnie rodzi się nowa, piękna, wieczna Zofia Prześcieradło. I złapię ją kiedyś, jak Mały Książe, złapię ja w siatkę na motyle. I podróżować będę po granatowym niebie, zostawiając za sobą kometowy ogon. Będę piękny, że wyć.

 Kraków 2009

* W rzeczywistości Fernando Pessoi, odsyłam do tekstu Richarda Zenitha,
Dramat i sen Fernanda Pessoi, przeł. K. Bartczak, „Literatura na świecie”,
nr 10-11-12 2002.
 

Written by c y n i k

Kwiecień 27, 2009 at 3:08 pm

Wszystko ma znaczenie.

9 Komentarzy

Otwierasz oczy i przypominasz sobie, że jesteś człowiekiem. Tak. Masz głowę i nawet ręce, masz całkiem przystojną twarz, niebieskie oczy i różne takie. Chciałbyś umrzeć, myślisz, i wydaje ci się to szalenie infantylne. Masz kaca. Potwornego. Jezus Maria.

Każesz spierdalać gołębiowi za oknem, który przysiadł sobie niewinnie na parapecie. Szukasz papierosów, bo chcesz zapalić, ale przypominasz sobie – no kurwa – że nie palisz od roku. Chce ci się płakać, ale chyba nie dasz rady utrzymać odpowiedniego dramatyzmu, prędzej zwalisz się do łóżka, klnąc w myślach. Dużo klniesz. Jezus Maria.

Zupełnie nie wiesz, kto wsadził cię w tę rolę, podejrzewasz, że ty sam. Stoisz teraz na ulicy, bo przecież skończył się sok pomarańczowy, bez miąższu bo to obrzydliwość. Ulica jest zaśnieżona i zagracona ludźmi. Chodzą. Robisz parę kroków, myśląc, że hej, przecież wszystko jest ok. Bardzo świata nienawidzisz. Jest ok.

Robisz parę kroków w kierunku sklepu Biedronka, a nie idzie ci za dobrze, śnieg ucieka spod nóg, zapadasz się, brodzisz. Patrzysz na swoje buty, a one brudne, jakbyś wracał nocą przez nie śniegi, a błoto. Do wesela się zagoi, mówisz do nich. Czyli właściwie od czterech lat nic się nie zmieniło? No, owszem, image zmieniony, dostałeś się na uczelnię, ogólnie jakoś tak inaczej, buty nowe kupiłeś, ale wciąż na nich błoto, wciąż brud po ciężkiej nocy, o której pamiętasz tylko tyle, że była, musiała przecież być.

Łapiesz się nagle, że właściwie wciąż jesteś na etapie wierszy o śmierci. Co się patrzysz, głupi chuju. Tak sobie witasz jakiegoś krótko ściętego chłopaka w pojaśnianych jeansach. Nie lubisz w tym momencie krótko ściętych chłopaków.

Masz problemy ze światoobrazem. Zamazuje się i wyłącza. Jest też sztywny, jakby z tekstury, celowo tu ustawiony, pomalowany pastelami „dla kolarzy”. Wiesz, że za chwilę usiądziesz w fotelu, złapiesz się za głowę i przysłonisz oczy, jakby stopniowe dawkowanie rzeczywistości zmniejszało jej bezpośredniość. Na stoliku czekają obowiązki. Po jednej stronie Teksty Drugie, po drugiej filmy na DVD. Uspokajasz się, że przecież jutro też jest dzień (jest?) i możesz sobie pooglądać. Zgaszone światło, świecący kineskop telewizora i zamknięte drzwi dobrze ci zrobią.

Ale teraz stoisz w śniegu, w brudnych butach, śmierdzisz wódką, czujesz ostry smak w gardle, w uszach szum, w głowie mózg obija się o czaszkę, tak, i ktoś mówi ci dzień dobry. A ty odpowiadasz spierdalaj. Zastanawiasz się, dlaczego oglądając film o Robercie Hanssenie, Twoja sympatia stoi po jego stronie.

Jest ok. Słońce odbija się od śniegu, wszystko wydaje się takie ładne – wiesz – życie jest ciekawe, życie jest wspaniałe, wiesz, musisz dać z siebie wszystko, muszę wiele rzeczy, sms o takiej treści dziś dostałeś. Lubisz rzeczowe smsy. Nie lubisz ludzi. Czy lubisz tylko to, co ludzie stworzyli?

Czujesz na sobie ciężar historii – uśmiechasz się okropnie, bo Twoja postać z obowiązkiem i ideą nie za bardzo się lubią. Tak, cały świat dziś jest na Twoich barkach i jeśli ty tutaj, na tej ulicy, spektakularnie wywrócisz się i zakrwawisz nieskazitelną biel śniegu swoją brudną krwią, to świat znów przestanie istnieć, to ludzie to zauważą i przestraszą się, powiedzą: „Jezu, świat przestanie istnieć!”. Czy mesjasz miał brudne buty? Czy mesjasz mógł śmierdzieć wódką? A jeżeli nie mógł, co to zrobisz? Kim okażesz się w tej chwili?

Masz kaca. Ludzie popełniają błędy, mówi do Ciebie jakiś telewizyjny głos duszpasterza, ludzie popełniają błędy, pytanie tylko, co Ty zrobisz z tym doświadczeniem? Zastanawiasz się, czy się nie wyrzygać. Jest ok. Czy popełniłeś wczoraj jakiś błąd?

W Biedronce mijają cię klienci. Gapisz się na soki. Kyrje-kurwa-Eleison. Przechadzasz się sklepowymi alejkami. Masz dość. Tak. Zdecydowanie. Ale jest ok. W dziale chemicznym na posadzce zauważasz rozbity słoik z konfiturami. Nie wytrzymujesz. Stoisz w Biedronce, w dziale chemicznym przed rozbitym słoikiem z dżemem i płaczesz. Łzy płyną, ale jest ok, pytanie, co zrobisz z tym doświadczeniem? Wszystko ma znaczenie.

Written by c y n i k

Luty 19, 2009 at 9:37 pm

Gruba zakonnica z zanadrza.

13 Komentarzy

A czasami obserwuję, jak świat się rozpada. Najpierw wszystko jęczy, napina się i rozciąga. I wtedy już wiesz, że za chwilę nastąpi pęknięcie, a potem w ułamku sekundy wszystko jak brutalnie rozciągnięta sprężyna, złoży się w jedno. I wszystkie niezniszczalne mury, i wszystkie nienaruszalne tereny prywatne, wszystkie odznaki policyjne i wyprostowane grożące palce wskazujące, złamią się, skruszą, spalą, runą. A potem będzie już wszystko.

A czasami obserwuję, jak świat się rozpada. Ostatnio stało się to w piątek w Krakowie, gdy siedziałem na wygodnej ławce na ulicy Grodzkiej. Inaczej rozpada się świat w Kamiennej Górze, inaczej natomiast w Krakowie. Toteż świat runął w Krakowie i ktoś mógłby tu powiedzieć, że należało wynieść się wcześniej, razem z Wawelskim, który w tym mieście już nie mieszka. Nie zawsze jednak „należało” się ziszcza.

Siedziałem więc na ławce na ulicy Grodzkiej. Świat, proszę państwa, stał. Stał całkiem niewzruszony na moje siedzenie, te 60 kilogramów, no, 80, no, 81, nie pozostawiało na świecie żadnych widocznych znaków. Jakby mnie tam nie było, moi drodzy, jakbym był jednym z tych nigdy niespotykanych platońskich duchów i Heideggerowskich absolutów, który nawet jeśli myśli i czuje, to i tak wszyscy przez niego przechodzą, wzdrygając się tylko. Innymi słowy, dla słabiej rozwiniętych, byłem jak Kacper Przyjazny Duszek.

Siedziałem więc na ławce na ulicy Grodzkiej. Świat, proszę państwa, istniał jak zawsze, jak zawsze zabytki ostemplowane emblematem ministerstwa fotografowane były przez turystów, jak zawsze irytująca studentka w niebieskiej kurtce rozdawała ulotki zapraszające na koncert muzyki klasycznej, jak zawsze zaprzęgnięte klacze ciągnęły dorożki, jak zawsze, Piotr Skarga unosił Biblię w faszystowskim pozdrowieniu i naganiał zbłąkanych Japończyków do Kościoła św. Piotra i Pawła. Możecie mi wierzyć – ale możecie tez nie wierzyć – że absolutnie nic nie zwiastowało, ni gwiazda, ni drgania ziemi, absolutnie nic nie wróżyło rychłego końca świata. Oto niewydżenderowane kobiety wyprowadzały swoich synków i córeczki, oto sprzedawca czapek i rękawiczek ze spokojem sprzedawał czapki i rękawiczki, oto rysownicy karykatur ze spokojem oczekiwali nigdy nie nadchodzących klientów, oto księża przechadzali się równolegle biegnącą ulicą Kanoniczą, popatrując sobie z dumą i równowagą na plecy stojącego, jak zwykle, w tym samym miejscu Piotra Skargi, oto schludnie ubrany student, na oko w Zarze, zamawiał w pobliskiej, dziwacznej księgarni kawę i biszkopty, by czytać Józefa Mackiewicza, oto ciągnęły z jednego budynku do drugiego rzesze młodzieży, oto rzucali papierosy, oto w ślad za nimi sunęli bezdomni pijaczkowie, zbierając niedopałki z mokrych płyt chodnikowych, oto pies obsikiwał cokół Piotra Skargi, oto ławka, na której siedziałem, była twarda i solidna, jak zawsze.

I wtedy pojawiła się gruba zakonnica. Cynik mówi: są pewne w życiu chwile, które nijak mają się do całości. Kiedy trwają „teraz”, nic z nich nie rozumiemy, kiedy wracamy do nich myślą, próbujemy przyporządkować je do jakiegoś większego algorytmu, a one, złośliwie, rozpadają się na jeszcze drobniejsze, trudniejsze do dopasowania elementy. Gruba zakonnica była tego rodzaju wywrotowym elementem. Gruba zakonnica pochodziła z zanadrza, gruba zakonnica była znienacka. Odziana w typową dla zakonnic czerń, nadchodziła od strony Rynku Głównego ulicą Grodzką, taszcząc w skórzanej, równie czarnej torbie, jakieś pogięte, odręczne notatki, miniaturowe zbiory psalmów, niezliczone modlitewniki i drewniane figurki Jezuska – bo w Krakowie nie sprzedaje się Jezusków fosforyzujących, Kraków ceni sobie tradycję i Jezuski sprzedaje w drzewie – dalej setki rycin wykładających łopatologicznie ideę każdego przykazania Dekalogu, miliony kolorowych obrazków z Maryją Zawsze Dziewicą, tryliony oazowych piosenek wraz z chwytami na gitarę, a to wszystko dla zdegenerowanych waszych, drodzy czytelnicy, dzieci, dla waszych pociech, które najpewniej teraz w przedszkolu czekały, siedząc po turecku, na spóźnioną zakonnicę. I idzie ta gruba zakonnica, i sapie, a ludzie jej, podobnie jak mnie, nie widzą, nie widzi jej pies szczający na Skargę, ba, nie widzi jej z góry nawet sam Skarga, nie widzą jej pijacy, konie zaprzęgowe, matki i ich dzieci. Świat stał niewzruszony, świat nawet nie sprawiał wrażenia, bo wszystko sprawiało się samo. Ta niepodważalna rzeczywistość była całkowicie niewidzialna, te wszystkie przyczepione do ludzi kukiełkowe nitki nie dawały się odczuć.

I wtedy pojawiła się gruba zakonnica. Cynik mówi: nikt nie podważa realności świata, chyba że jest szaleńcem lub idiotą. Gruba zakonnica należała do trzeciej grupy, którą Freud nakazywał leczyć, bo stanowi odstępstwo od normy. Gruba zakonnica była melancholikiem, co nie przystoi, jak możemy się domyślać, porządnej, dobrze wykarmionej zakonnicy. Tło więc istniało, a robiło to podle cicho, niemożliwie skrycie, tak, że nikt, ani matki, ani pijacy, ani nawet pies, nie zastanawiali się, czy przypadkiem ta rzeczywistość nie ma charakteru farby i tektury. Wszystko było. Zakonnica więc sapiąc z wysiłku niosła niemożliwie ciężką, wypełnioną po brzegi torbę, ciągnęła ją właściwie za sobą, wypluwając płuca. Policzki czerwone, nos zaziębiony, a ona sama ciężka, potężna i pot z niej spływa. Z oczu łzy ciekną, mięśnie napięte, już, tak, już oczko z rajtuzy poszło, drugie, trzecie, a torba nadal, nie za bardzo chce do przodu, torba nadal ciężka. Wszystko było stałe, wszystko zdawało się nie mieć końca.

I nagle, ni stąd ni zowąd, zakonnica, puszczając torbę, krzyknęła: „Pierdolę to!”. Cynik mówi: nie każde „pierdolę to!” ma w sobie moc sprawczą, to jednak miało. To „pierdolę to!” było, bez wszech miar, uświęcone boską siłą, miało w sobie coś z wywrotowej potęgi Jezusa Chrystusa, rewolucyjnego brzeszczotu dotkliwie wbitego w nieujednaną rzeczywistość. To „pierdolę to!” było jednak tragiczne, bo nagle ludzie spojrzeli w jej kierunku, popatrzyli na nią, na jej ubrania, na jej torbę z krzyżykami, a potem popukali się w głowę, popukali się w czoło stojący najbliżej żule, popukały się matki, popukałby się, gdyby mógł, pies szczający na Piotra Skargę. Świat popukał się w głowę. A zakonnica nagle jeszcze raz zawyła „Pierdolę to!” i poczęła kopać tymi prostymi, startymi butami skórzaną torbę, waliła z całej siły, aż puścił ostatecznie wiekowy, wielokrotnie namydlany zamek błyskawiczny i na ten mokry od topniejącego śniegu krakowski bruk, na ulicę Grodzką, wysypały się te wszystkie karteczki, psalmy, Biblie, katechizmy, piosenki i krzyżyki, cała niezliczona zawartość wystrzeliła z upakowanej torby na zewnątrz, wpadając w kałuże, w przechodniów, w obserwujące wszystko wielkie, monumentalne rzeźby świętych, stojących przy murze Kościoła św. Piotra i Pawła. A zakonnica dalej, depcze, krzyczy, „Pierdolę to! Pierdolę to!” i depcze, krzyczy, depcze, ślini się, krztusi, płacze, pierdoli to dalej.

I potem nagle cicho. Przez chwilo cicho i teraz, drogi czytelniku, jeśli znane ci są wykładnie romantycznych obrazów, to wiesz, że to cisza przed burzą, teraz, czytelniku, gotuj się na najciekawsze choć także najniebezpieczniejsze. Bo nagle, w tej ciszy, w tej niemożliwe, przerażającej głuchej ciszy, rozległ się trzask. I wszyscy zgromadzeni natychmiast zwrócili się w stronę stojącej w pobliżu rzeźby Piotra Skargi, bo cokół jego pękł i pękał nadal. Pajęczyna niebezpiecznie pokryła całą rzeźbę i po chwili spokoju, kiedy wszyscy myśleli, że to już się skończy, że koniec tych nienormalnych wydarzeń z ulicy Grodzkiej, kiedy sikający pies odetchnął z ulgą, bo mógł nadal niezmiennie szczać w najlepsze, to nagle głowa Piotra Skargi zleciała na bruk, roztrzaskując się z łoskotem, a w ślad za głową, jak to bywa, całe ciało zleciało, rozpieprzając się efektownie na starodawnym brukowanym deptaku.

I potem świat jęknął, świat się wzburzył, potem ściany podejrzanie gruchnęły, i poczęły walić się gmachu i ludzie krzyczeli, bo zawsze boli, gdy świat się wali, i upadły wszyscy święci i ulica Kanoniczna znikła, a potem również Grodzka, i znikł Wawel niedaleko stojący, znikły Jezuski drewniane, katechizmy także. Cały świat jęknął, jaka naciągnięta struna i pierdolnął w najlepsze, a domek z kart niósł fale dalej, dalej, do Kazimierza i nawet do Nowej Huty.

A ja już nie siedziałem, bo ławki nie było.

Written by c y n i k

Styczeń 25, 2009 at 12:44 am

Najlepsza powieść na świecie.

13 Komentarzy

W dniu wczorajszym uznanym przez ogół za groźny, mroczny i taki romantyczny, w zadymionym, dość szemranym, dość przebrzmiałym lokalu zebrali się pisarze: Piotr Czerski, Jakub Żulczyk, Dorota Masłowska i Michał Witkowski w celu podniesienia rękawicy rzuconej przez Janusza Sławińskiego, Czesława Miłosza i Losowego Publicystę z Pisma Fronda. Zadanie było proste: napisać najlepszą powieść na świecie – tzn. w Polsce – która nie byłaby o gejach ani też o pedałach, nie byłaby o młodzieży – lub przynajmniej młodzież nie stanowiłaby podmiotu – nie byłaby też o narkotykach – choć może pojawić się opium – żadnych też subkultur, grup społecznych powszechnie uznanych za anarchistyczne (feministki, Żydzi, ekolodzy, wegetarianie, fani Alice Coopera, adepci dowolnego ponowoczesnego filozofa). Warunkami zwycięstwa było też: brak słów potocznie uznanych za wulgarne – np. „kurwa”, „dupa”, „cwel”, czy słów, które poprzez kulturowe konotacje zostały uznane za abiektalne, tj. „rzygi”, „sperma”, „ślina”, „sraczka”. Należy również pominąć następujące słowa i denotacje z nimi związane: „ciało”, „rola”, „tożsamość”, „alienacja” i „transgresja”.

Tematyka tekstu dowolna, ale należy pamiętać, że książka ta miałaby być o miłości – takiej metafizycznej, takiej sentymentalnej, takiej różnej. Miłość ta byłaby heteroseksualna (choć tego słowa użyć nie można) i zaczęłaby się, gdy młody absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego z tytułem magistra polonistyki wróciłby po dziesięciu latach nauki do swej rodzimej, sielankowej, statystycznej wsi. Ta typowa, statystyczna wieś polska byłaby pełna czerwieni, kaczeńców, tulipanów i lilii, mieniłaby się w słońcu refleksami pobliskiego krystalicznie przejrzystego strumyku (w którym ów absolwent w dzieciństwie pluskał się radośnie). Mieszkańcy wsi byliby z warstwy wyższej, mieliby konie, które nie robią kupy i mieliby kobiety, które też kupy nie robią – i on tam właśnie wraca do tej wsi, wchodzi do swojego dworku, a tam o ja pierdole – tzn. patrzy, a tam takie promyki niewiadomo skąd błyszczą, takie refleksy kryształowe z ogrodu dochodzą. I to światło – tu należy zasygnalizować rozmaite konotacje światła, tj. Bóg, dobroć, harmonia – zaczyna go prowadzić. Musi to być tak napisane, jakby absolwent był właśnie kierowany przez to światło – ten nasz bohater z miną cokolwiek oniemiałą, z taką jakby mu się tam objawił Jezus Chrystus albo McDonalds, wchodzi do ogrodu – od razu czytelnika atakuje mnogość kolorów i tu należy zawrzeć krótki i zwięzły opis natury na szesnaście i pół strony małych piaszczystych alejek, białych kamyczków i ciemnozielonych krzaczków równiutko podciętych najpewniej przez wiekowego, przekazywanego z pokolenia na pokolenie ogrodnika, czyli byłby to opis tych wszystkich rzeczy, które współczesnego czytelnika szalenie zainteresują.

Bohater więc patrzy ze wspaniałością i świadom jest tego, że każdy dzień przynosi mu radość i takie właśnie zjawiska jak to przedstawione, gdy nagle dostrzega białą sukienkę czy może halkę na dziewiczo czystej dziewicy z wiankiem na głowie. I ta dziewczyna ma długie kręcone blond włosy i tak nimi zarzuca, że o żesz kurwa, tzn. że bohaterem aż wstrząsa transcendentalno-ontologiczny dreszcz, tzn. taki wiecie, no, i wstrząsa nim ten dreszcz w takim sposób, że autor ma nam przekazać, że to było tak głębokie, tak donośne przeżycie.

Więc on ją widzi, a ona ucieka, bo to nie byle kurwa – tzn. bo to nie byle kobieta. W każdym razie ona ucieka z takim chichotem zadziornym, takim w stylu „złap mnie i przeleć jeśli potrafisz, ale w książce napisz, że co najwyżej pocałowałeś mnie uroczyście w rękę”, a nasz bohater jeszcze długo tam stoi.

Aż wreszcie nie stoi i idzie i dalej, w wyniku zawirowań fabularnych, w wyniku rozmaitych analogii do wartości znamiennych, bohater nasz wplątuje się w konflikt, raczej zresztą zbrojny. Tu już rozpoczyna się główna tematyka powieści, bo i dochodzą takie motywy jak po pierwsze: dojrzałość, po drugie, walka narodowowyzwoleńcza, po trzecie, opisy borów i polanek, po czwarte: tragizm. Bohater musi więc sobie poradzić w wieloma przeciwnościami losu, bo to kolejny ważny i aktualny dla dzisiejszego czytelnika wątek, musi zostawić za sobą swoje dzieciństwo i stanąć twarzą w twarz z ogromem Historii, a może nawet ze Światem. Innymi słowy, musi poddać próbie swoją dojrzałość – swoją męskość. Te inicjacyjne próby to między innymi przejście po rozżarzonych węglach, tor przeszkód, jazda koniem po murach i rzucanie podkową do celu. Ostateczną próbą jest objęcie roli wodza w powstaniu zbrojnym – to również jakże szalenie aktualny wątek, warty nauczania dzieci w szkołach – i dokonanie wyboru między naiwną, młodzieńczą miłością (czyt. cielesnością, seksem, niedojrzałością obywatelską), a dojrzałą rolą w imię Narodu. I bohater tak się waha i waha, bo niby tu sobie by pobzykał, tzn. niby chciałby nawiązać dialog z dziewczyną z ogrodu, ale z drugiej strony – tu kolejny aktualny wątek – przebrzydli Moskale atakują od wschodu i należałoby raczej coś z tym zrobić. Więc bohater dokonuje iście tragicznego wyboru – odrzuca szepczącą, kuszącą swoją obsceniczną cielesnością dziewczynę, stając na czele powstania jako dojrzały i męski i odważny przywódca. W ręku dzierży sztandar Polski, idzie w stronę szeregów ruskich, idzie i intonuje Bogurodzicę, gdy przy drugim wersie zbłąkana zupełnie kula trafia go w czoło, przebija czaszkę i wywala cały mózg na idącego za nim żołnierza, który reaguje: „o fuj!”. Sztandar Polski, to musi być odpowiednio wzruszająco opisane!, zbrukany krwią upada na ziemię, wzbijając lekki tuman pyłu.

Przy końcu jeszcze pojawia się ogrodowa dziewica i płacząc i szlochając i strasznie lamentując opłakuje zmarłego powstańca, który nie sikał, kupy nie robił, nie przeklinał, nie bzykał i nie był z Westerplatte.

Co się zaś tyczy wyniku owego spotkania w knajpie – to cóż – pisarze wysłuchali wszystkich komentarzy, instrukcji, zasad i uwag komisji od wartości literatury, pijąc przy tym darmowe wino, paląc darmowe papierosy, kiwali głowami, patrzyli ze zrozumieniem coraz to bardziej szklanymi oczyma, poczym gdy się już mocno nawalili, podziękowali zasłużonym autorytetom krajowym i zostawiając ich z durnym wyrazem twarzy, wyszli. I drzwi nie zamknęli!

Sławiński miał pretekst do dalszego szydzenia z postmodernizmu, Miłosz z dzisiejszych pisarzy, natomiast Losowy Publicysta z Frondy błysnął jakimś tekstem o lewackich ideałach, ponowoczesnej papce i upadku ostatecznym kultury polskiej.

A autor jak zwykle przypomina, że skoro Miłosz is ded, to fikcja to jest.

Written by c y n i k

Listopad 9, 2008 at 2:06 pm