W u l g a r y z m

all that is solid melts into air

Archive for Wrzesień 2012

Podświetlone LEDowo dorożki. Walloftext in your face.

2 Komentarze

Przedwczoraj szedłem ulicą w stronę rynku. Było raczej ciepło i tysiące turystów zakorkowało ulicę Grodzką, której szczerze nienawidzę. Myślę, że gdybym przez 4 lata codziennie chodził ulicą Floriańską, to również bym jej nienawidził, a tak, nienawidzę Grodzkiej, z tymi jej kebabami, kefirkami, hotelkami i knajpami, w których bawią się złamani ludzie z mentalnym AIDS. Idę więc i mijają mnie kawalerie dorożek podświetlonych światłami LED, a w nich turyści z dość zakłopotanymi minami, bo w sumie sam nie wiem, jaką miałbym minę, gdybym zapłacił 100 złotych za pół godziny jazdy dorożką podświetlaną LEDowo ulicami miasta królów. Za szybcy, za wściekli. Także idę i liczę ludzi, którzy pytają mnie o papierosa i pieniądze. Pod kościołem św. Anny zatrzymuję się na 5 minut, bo staruszek gra na skrzypcach i robi to ładnie, i pięknie, i melancholijnie, i aż zamyśliłbym się, gdyby nie dorożki podświetlane LEDowo i turyści z Japonii ze stroboskopami w rękach. Także idę dalej i jestem już coraz bardziej rozbity. Mam wygniecione spodnie i buty po przejściach, więc w duchu pocieszam się, że moi znajomi nie lubią ustawiać się do grupowych zdjęć. Ulica Grodzka przecina się z Placem Wszystkich Świętych, który tak naprawdę jest tureckim niebem, tylko brak dziewic. Gdyby Jan Paweł II nadal dawał tu z okna przemówienia, że należy przeciwstawiać się grzechom i komunie, to zapewne podczas tego gadania, tak by zgłodniał od tych zapachów prasowanego mięsa, że wysłałby Dziwisza po kebab cielęco-wieprzowy w naleśniku z sosem mieszanym 12zł. Ostatnia prosta Grodzkiej to knajpy już bardziej luksusowe i luksusowe sklepy, plus jeden nowy pub niedaleko Wierzynka, który odgłosami i świecącymi światłami wabi trochę bogatszych ludzi z mentalnym AIDS. Dalej jest niebo angielsko-niemieckie, gdzie beaty tyszkiewicz z dżentelmenami z nadwagą wydają tu tysiąc złotych za kolację z przystawką i możliwość zapalenia slima, gapiąc się na jeden z największych rynków w Europie przez który przejeżdżają podświetlone LEDowo dorożki. Na tym rynku właśnie kiedyś klękał Hohenzollerm, a dzisiaj klęka, powiedzmy, Helmut Zimmermann, z przekonania chuj, choć umiejętnie korzystający z Ryanaira, żeby wyrzygać się za śmietnikiem. Polaków tu już nie ma i nawet mnie to cieszy, bo nie muszę kiwać znajomym, że ich dostrzegłem, że widzę, i że co u ciebie, chociaż naprawdę nic nas to nie obchodzi i nawet nie pamiętamy imprezy, na której się poznaliśmy, a status znajomego na fejsie nie równa się statusowi znajomego w realu. Mijam też parę osób, które kojarzę z widzenia w tym sensie, że widuję je w tych samych knajpach, do których akurat ja przychodzę gasić sobie w głowie światło. Tego pamiętam, wyprowadziła go ochrona, tę pamiętam, jak tańczyła z 10 kolesiami po kolei, a potem krzyczała na swojego chłopaka, że jest zazdrosny. Podejrzewam również, że ja także jestem bohaterem wspomnień tych ludzi, z którymi nigdy nie zamieniłem ani słowa, a z którymi dzielę niepomiernie wielki ból podwyżek cen kolorowych alkoholi. Ale dochodzę wreszcie do ulicy Szewskiej, którą określiłbym mianem nieba non est disputandum. Staję pod jazzowym klubem i odpalam papierosa, bo jednego właśnie zgasiłem w śmietniku. Mam jeszcze 15 minut na myśli samobójcze, bo A. jest wiecznie spóźniona i dzwoni i mówi, że jest już na Plantach. O Plantach będzie kiedy indziej, bo akurat Plantami wtedy nie szedłem. Palę papierosa i na liczniku mam już 17 osób, które bardzo pragną akurat moich fajek i pieniędzy. Przypomniało mi się, że na Szewskiej zginął sławny opozycjonista, którego tablica wisi na Wydziale Polonistyki UJ, bo akurat miał tę przyjemność, że znał co najmniej 10 różnych interpretacji Lalki Bolesława Prusa i może niekoniecznie odważył się nazywać Izabelę Łęcką ostatnią dziwką i kurwą wielką. Także chodzę wzdłuż Szewskiej i szukam tablicy, na której napisano, że w tym domu został zabity przez SB opozycjonista i student, Stanisław Pyjas, ale nie mogę jej znaleźć, bo widzę tylko sieć sklepów Ravel, która posiada 50 placówek na terenie kraju i jest to powód do dumy; kebaby z Turkami, Jan Sadowski, dyplomowany optyk, największy wybór opraw w najlepszej jakości, klub ręce i nogi, pub r’n’b zatrudniający żołnierzy do łapanki ludzi, którzy akurat dzisiaj nie ubrali dresów i mogą dostać ulotkę, z którą wódka jest za darmo, a kobiety niekoniecznie. Ale miałem o Pyjasie, którego okoliczności śmierci różnią się w zależności od przyjętej opcji politycznej, i raz jest bohaterem odjebanym przez SB, a innym razem pijanym studentem, który wracając z imprezy przeleciał przez barierkę i śmiertelnie zachłysną się krwią po urazie twarzoczaszki. Znajduję wreszcie tę tablicę na kamienicy, w której znajduje się sklep z pamiątkami udający galerię artystyczną oraz renomowany klub dla ludzi, którzy w życiu liczą już tylko na drunk&mercy fuck. Jest mi smutno, bo przechodzi mi przez myśl, że Pyjas zginął w bramie, w której dziś znajduje się pub Gorączka, albo sklep z pamiątkami. Gaszę papierosa i wchodzę do Pieca, łapiąc się na druzgocącej w skutkach – choć czas pokaże – myśli, że w tym mieście nie trzyma mnie już zupełnie nic, nic, może poza raptem trzema osobami, które kocham i garstką innych, których cenię. Gdy A. i P. wreszcie się zjawiają, cieszę się jak dziecko na swój własny, pokręcony, smutny sposób, zwłaszcza, że dodałem sobie otuchy myślą, iż na drugi dzień pójdę do Migawki czytać i pisać, na przekór szydzącej ze mnie O. Że zamówię kawę i fritz-kolę, jeden z moich ulubionych niemieckich składników w życiu, zrobię dymy w pustej sali dla palących i znajdę tam numer „Czasu kultury” poświęcony „Podskórnemu Poznaniowi”, z którego dowiem się więcej o życiu Wielkopolan. I będę gapił się przez okno na przejeżdżające tramwaje i dorożki, choć w dzień LEDowego podświetlenia nie widać. Zatem chyba następnym razem muszę przejść się Kazimierzem.

Reklamy

Written by c y n i k

Wrzesień 4, 2012 at 2:11 pm