W u l g a r y z m

all that is solid melts into air

Katatonia.

leave a comment »

Usłyszawszy parę lat temu, że Davidson się utopił, uświadomiłem sobie, że spodziewałem się takiego końca. Miał w sobie pasję wielkiego poety, ale że w młodości nie spotkał żadnego naprawdę wykształconego człowieka, brakowało mu chłonności intelektualnej; jako człowiek anarchiczny i niedookreślony, pozbawiony był także pewnej pozy i gestu, i żaden jego wiersz nie utkwił mi w pamięci. W. B. Yeats, Tragiczne pokolenie.

Trzymamy sobie na zmianę włosy i każdy z nas wymiotuje deszczem. Możesz mówić, jeśli chcesz, każda kwestia, jeśli nawet przebije się przez popielate dymy (popielate, popielate myśli ulatują z ust; czasami nie mówimy, czasami palimy i dymy mówią za nas), to dławiona karłowatą intencją, duszona wiecznym niezrozumieniem, opadnie na chybotliwy i mokry od taniego piwa stół. Lepimy się, wiesz, lepimy się do ścian, do ław; klejące ręce, nerwowo wycierane o spodnie pod stołem, klejące nasze zdania. Dziś, kiedy wspominamy, kto przed laty wypowiedział jakąś wyjątkowo zabawną myśl, językową grę, nie potrafimy sobie dokładnie przypomnieć, czy to był Deja, czy Ptaku, czy jeszcze inni. Nasz język przez lata, kiedyś tak przerażająco własny, że baliśmy się, iż w ogóle się nie zrozumiemy, teraz wydaje się magmą. Wielkie nasze czyny – wrzaski, śmiechy, miłości, płacze – stały się własnością każdego przy tym stole; ja wiem, że oni wiedzą. Oni wiedzą, że ja wiem.

Mówimy czasem: on dziś nie przyjdzie, bo ma jazdy. Coś się stało, może z dziewczyną, może z chłopakiem, może z heroiną, coś go zatrzymało, na chwilę wypadł z naszego świata (nasz świat, nasz bar, nasz park, nasz język). Kiedy się otrząśnie, to przyjdzie. Poradzi sobie z własnymi pomieszczeniami, zwalczy to, co stoi mu na drodze do tego baru, w którym niektórzy z nas siedzą tak długo, że ich cienie odbiły się na ścianach, a po naszym wyjściu ich głosy długo jeszcze pobrzękują o opróżnione popielniczki z kryształu. Ma jazdy. Zamknięty gdzieś poza, może w domu, jak katatonik, rozmawia z demonami; wyrzuty sumienia, wyrzuty nowego języka, który nie pasuje, którego nie może wnieść ze sobą za tamte drzwi na Cichej, na ulicy Cichej bowiem przychodzą umierać koty. To przede wszystkim, te koty umierają tu setkami, jestem pewien, że pił tu kiedyś poeta z Krakowa, jestem pewien, że widział, jak umierają koty.

Jakoś parę lat temu zauważyliśmy, że jest nas mniej. Ten umarł, ten się zabił, ten jest na odwyku, ten się ożenił, ta wyjechała, ta studiuje – a ten nie chce już nas znać, nie chce mówić naszymi słowami. Jakoś parę lat temu do naszych kieszeni zakradły się narkotyki i język, tak już pokraczny, postawił ogromne ściany, przez którą wielu próbowało się przebić, by potem odejść, żegnając nas jakimś przekleństwem.

Bar upadłych ambicji, łatwopalnego aktywizmu, nad ranem odparowującego z naszych ciał, zostawiając po sobie tylko ból głowy, dwa papierosy w zmiętej paczce, brudne buty, ostry zwietrzały dym na swetrze. Ślady naszych wielkich dokonań, naszego zdobywania nocy, poszerzania horyzontów o bar, o stół, o pisuar.

Dosiadają się do nas tylko uszkodzeni. Niemalże zawsze po krótkiej uprzejmości dochodzi do kłótni. Wrze wtedy w nas krew, bo to, o czym przez tyle lat mówiliśmy, przestaje być naturalne i zwykłe, zaczyna się wić pod świszczącymi jak bat słowami kogoś innego. Pamiętam rozmowy ze zwolnionymi więźniami, pamiętam rozmowy z kibicami, pamiętam zwierzenia pięćdziesięcioletnich pijaków, ze zdartymi od ciągłego walenia o żonę piąstkami, którzy mówili o dzieciach, że są w szkole i to jest piękne. Że są w szkole, a oni są tu. I to jest piękne.

Rozmowy o muzyce. I potem o miłości. Miłość się skończyła, kochamy tylko w brudzie, między jednym kacem a drugim, budząc się nad ranem ze smrodem w gardle. Myślimy wtedy o wszystkich naszych więziach, które już dawno się rozpadły, a jeśli nie, to opierają się na niszczącej zależności. Miłość to piracka, zdarta płyta CD, ciągle zacinająca się w tych samych miejscach, w taki sposób że piosenka zapętla się, męczy, aż wreszcie ktoś z nas prosi, żeby zmienić płytę, zirytowany dosadną powtórką tych samych śpiewanych sylab i dźwięków.

Jeśli Bóg umarł, to tylko tutaj, w takich miejscach, w których dzień niepostrzeżenie przechodzi w zmierzch, a zmierzch w fikcję. Jeśli Bóg umarł, to tylko w takich miejscach, gdzie zamiast życia, jest opowieść, a zamiast miłości, noc.

Więc trzymam jej włosy, a ona wymiotuje deszczem. Mówi, weź swoje nogi, bo ci narzygam. Zgięta w pół, zawisła nad ziemią, wpatrzona w miejsce, na które zaraz napada. W końcu robi to i czuję, jak przemakają mi buty. Wyobraź sobie, jest cicho, w barze jeszcze rozmawiają o tym samym, o czym mówili wczoraj i o tym samy, o czym będą mówić jutro, a ona rzyga mi na buty i nagle pyta się, czy jestem szczęśliwy. Pada deszcz z niej, takie fiasko, rozprute ciała, wyrąbane agresją nasze życie, wielkie wyrwy, ziejące pustką chwile, w których boimy się spojrzeć w okno, boimy się zgasić albo zapalić światło. Czy jestem szczęśliwy, pyta ona. Koty przysiadły na płocie, wbijając w nas lampki czujnych oczu. Poczekam, aż umrą, myślę, poczekam aż umrą, a potem odpowiem jej, odpowiem jej, że jestem.

Jagniątków, luty 2010.

Reklamy

Written by c y n i k

Luty 21, 2010 @ 6:40 pm

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: