W u l g a r y z m

all that is solid melts into air

Zdążyć przed wiatrem.

5 Komentarzy

Toczy się butelka po kamieniach, odbija się od buta, wpada do kałuży, w kałuży ja, cały w kałuży,  kałużowe światy, kałużowe zdania. Mówisz, wstawaj, zaraz pociąg, pojedziemy do domu, do naszego miejsca, z którego pochodzimy, gdzie za młodu spadały śliwki, gdzie w górę wystrzeliwały grusze, do miejsca, z którego pewnego dnia odeszliśmy, zostawiając nasze dumne przedmioty. Wrócimy i podejmiemy zawieszony wątek; nic się nie stało, nigdy nic się nie dzieje.

Teraz bruk, teraz miałem być ja, ale nie udało się. Skrzętnie pochowany w płaszczu, jedno oko wystawione i patrzy obok. Dynamika utworu domaga się wkurwionych na świat postaci, wpadających z furią na proscenium, rozrzucających wściekłe gesty. Podniosą mnie z bruku, brudne dłonie rozchylą poły płaszcza, a w środku, między podszewkami, jakieś kudłate niewiadomo co, które nie powie nic, tylko patrzyć będzie tym okiem, okiem obok.

Kałuże zamarzają, na mrozie widać, jak parują nam głowy, od ciągłego załamywania rąk, od tych wszystkich powitań – i pożegnań – krótkich, niekomunikatywnych zdań, których użycie jest prawdziwą próbą siły. Tak, powiem, odezwę się, nie zabiję. Tak, powiem, poezja, proza, śmierć.

I znów płaczę, a obiecałem sobie wtedy, gdy stałem po kolana w śniegu, że już nic nigdy, że już w ogóle, że nie ma takiej możliwości, abym płakał, bo przecież dlaczego mam tak komentować moje w tym śniegu zanurzenie; a teraz znów płaczę, czekając na pociąg, przymarzam do peronu; na pewno zostawię kawałek siebie, gdy zbyt szybko zerwę się do lotu. Może w ogóle nie wstanę, zamarznę tu na peronie, czekając na pociąg do domu, z którego przecież najpierw uciekałem, a teraz próbuję wracać. Będę twardy, skóra napięta, mądre, przenikliwe spojrzenie, ogień w oczach, co pali innych, co nakazuje iść. Nie lękam się, bo powiedziano mi tak w telewizji, nie zlęknę się nikogo, będę twardy na tyle, by móc objąć Cię ramieniem i nie zapaść się pod ziemię, nie umrzeć na miejscu od Twoich uśmiechów, kolorowych oczu, wełnianych rękawiczek.

Kogo ja oszukuję, jeśli nie Was. Krzyki na peronach, moje na nim stanie, jakbym był inny i wcale nie czekał. Że niby przyszedłem tu porozmawiać, powiedzieć Wam o paru moich myślach, które naszły mnie wczoraj podczas jakiejś przypadkowej czarnej godziny. Krzyki na peronach, moje na nim stanie. Przyjedzie pociąg, zabierze mnie do domu.

Pamiętam, spotkałem kiedyś człowieka, który poprosił mnie o rękę. Nie zdążyłem wyjąć jej z kieszeni, tak nagle pogłębionej i skomplikowanej; podartej, dziurawej, ze starymi chusteczkami w środku, skasowanymi biletami i zużytymi bateriami, których nie potrafisz wyrzucić, więc nosisz je przez świat, po kieszeniach pochowane, przekładane w palcach bez wyraźnego powodu. I ręka w tych pełnych, pustych kieszeniach, nim ją wyjmiesz, wywalisz z niej sterty przedmiotów, paragonów, reklam, wierszy. Wszystko pada na bruk, schylasz się – zdążyć przed wiatrem – podnosisz, wkładasz te śmieci znów do kieszeni i nagle orientujesz się, że człowiek odszedł, parkową aleją, nucąc, że nie wróci więcej.

Ale czekamy, jeśli ustawiliśmy się na tych peronach, czujemy się zobowiązani zachować w pamięci nasz cel podróży, który samym tylko czekaniem wydaje się być uświęcony, ważniejszy. Na torach iskrzy się mróz, zasiedziały tu już kilka tygodni. Nie bardzo chce mu się pozbierać swoje rzeczy i iść dalej. Taki mróz to dopiero ma źle; wiecznie zimny, lodowaty; nie potrafić dotykać, nie móc kochać, przemrażać się w agonii, z niemym żałosnym jękiem niedobytym z gardła leżeć na peronach. Samotność w tłumie, w zajętej przestrzeni, łkanie do nieba. Samotny wariat nakryty na dramatycznym chuchaniu na lodowate ręce. I tylko czasami daje się słyszeć, jak okoliczne przedmioty pękają pod naporem jego wściekłości.

Mówisz, jedzie pociąg, zaraz podniesiemy się z peronów, wsiądziemy do wagonów. Wrócimy do domu.

W drodze Kraków-Wrocław, luty 2010.

Reklamy

Written by c y n i k

Luty 10, 2010 @ 6:49 pm

Napisane w literatura

Tagged with , , ,

Komentarzy 5

Subscribe to comments with RSS.

  1. dzisiaj ponownie przeczytałam ten tekst. byłam pewna, że jest w nim coś o kompocie (którego nb bardzo nie lubię, więc nie było to poszukiwanie lubianego napoju w tekście z motywem domu). przeczytałam go dwa razy przed chwilą i nie ma. zakładam, że nic nie zmieniałeś od mojego pierwszego czytania.
    nie wiem, co o tym myśleć. jestem zdezorientowana.

    toohighheels

    Luty 13, 2010 at 9:10 pm

  2. Eee, nie było nic o kompocie o_0. Zresztą, masz datę publikacji, chyba by się zaktualizowała, jeśli coś bym zmieniał.

    Może zapytajmy Freuda, co o tym myśli 😛

    c y n i k

    Luty 13, 2010 at 10:43 pm

  3. kompot odebrał mi rozum. ale zamiast Freuda, wolałabym się poradzić specjalisty.

    ale do rzeczy.

    pomyślałam sobie, że wycieczki do domu są obarczone dużą ilością (nieporównywalnie większą niż jakiekolwiek inne) zdań o funkcji wyłącznie fatycznej. i że właściwie to same te wyjazdy mają głównie taką funkcję. tzn., że jadąc t a m nie budujesz żadnych kontaktów, nie pogłębiasz, ale podtrzymujesz. że całość daje się przedstawić w zdaniu: couciebiedobrzeauciebieteżdobrze plus gratisy w zależności od osoby i stopnia zażyłości. i fatyczność (jest takie słowo w ogóle?) staje się nie środkiem, a celem. i ciekawi mnie, czy to jest ten cel tekstowy, który opisujesz: „Ale czekamy, jeśli ustawiliśmy się na tych peronach, czujemy się zobowiązani zachować w pamięci nasz cel podróży, który samym tylko czekaniem wydaje się być uświęcony, ważniejszy.”? tzn., czy to funkcjonuje wyłącznie retorycznie (cel, który jest konieczny, żeby opisać X), czy nie tylko?

    ach, no i top3 tego tekstu:
    1. „że nie ma takiej możliwości, abym płakał, bo przecież dlaczego mam tak komentować” – wyśmienite.
    2. „Teraz bruk, teraz miałem być ja, ale nie udało się.” – (nie wiem, co napisać.)
    3. „Może w ogóle nie wstanę, zamarznę tu na peronie, czekając na pociąg do domu, z którego przecież najpierw uciekałem, a teraz próbuję wracać.” – emocje.(serio.)

    yhym.

    toohighheels

    Luty 14, 2010 at 1:12 am

  4. Wyłgam się Dukajem: nie będę siebie interpretował, nie będę siebie krytykował.

    Spostrzeżenie o fatyczności powrotów błyskotliwe i myślę, że dla wielu z nas trafne. Odnosi się – uważam – całkiem dobrze do bohatera tych tekstów, który jeśli nawiązuje jakieś relacje z innymi, to i tak uprawia monolog, mówi za nich, czasami wręcz – tak sobie niewinnie myślę – uwypuklając krytykę samego siebie, jakby chciał… bo ja wiem… poczuć tę krytykę? Fatyczność zakłada kontakt, ale jest bezpieczna, bo doświadczenie jest chyba zminimalizowane (?). Cóż. Przecież to prawie definicja małej ojczyzny; pięknej i oddalonej, doskonałej, ale jednak, pogrążonej w stagnacji.

    Tak już trochę zmienię temat; fatyczne zdania często pojawiają się w dzisiejszej prozie, szczególnie tej pogłębiającej narrację, kąpiącej się w słowach, znaczeniach itd., czyli tej, której nienawidzi Rafał Ziemkiewicz 😛 W nich, myślę, fatyczność jest… kompletnie jednostronna. Mówi cały czas Ja, nawet, jeśli mówi Ona, to mówi Ja. Nawet jeśli Ona obraża Ja, to w istocie Ja obraża Ja.

    Nie odpowiedziałem Ci na pytanie, bo to pytanie o intencję. Pozwól mi nie mieć jawnych intencji. Niech martwy autor ma chociaż jedną, osobistą rzecz – intencje 🙂

    c y n i k

    Luty 15, 2010 at 3:56 pm

  5. Gombrowicz był jednym z najlepszych gombrowiczologów. Gombrowicz > Dukaj. przez nokaut.

    mnie też się wydaje, że zawsze, kiedy mówi się o kimś, to tak naprawdę mówi się najwięcej o sobie. po pierwsze przez uwypuklanie konkretnych cech (a nie uwypuklasz zazwyczaj na oślep), a po drugie przez ukształtowanie, choćby stylistyczne, wypowiedzi (żeby wskazać tylko to, co jest najbardziej widoczne). nie mówiąc już o tym, że np. ja (kategoria: osobiste wyznania) nie byłabym w stanie napisać nic w stylu realistycznej albo realistycznawej (sic!) powieści, bo nie mogłabym przestać pisać sobą. albo stworzyć czegoś, co zakładałoby narrację trzecioosobową. ergo: taki Witkacy pisząc powieści z marionetkowymi postaciami, był jak najbardziej autentyczny i jak najbardziej go rozumiem. a, że zazwyczaj trudno to strawić, to już inna sprawa.
    problem się pojawi dopiero, jeśli rozważysz projektowanie siebie w innych, ewentualnie projektowanie innych w sobie. ale to nie miejsce na takie rozważania (na powyższe zresztą raczej też nie.)

    ale nie zgodziłabym się z tym połączeniem fatyczności z małymi ojczyznami z jednego powodu: mit się kończy, kiedy wysiadasz z pociągu, bo okazuje się (tak mi się wydaje – wyłącznie intuicyjnie), że tu i tam to zjawiska równolegle dynamiczne. tzn. wyjeżdżając stamtąd nie możesz wcisnąć pauzy.

    nie wierzę w martwego autora, więc mnie tu nie czaruj. 😛 a pytanie było o różnicę między transcendencją (ale patos, matko) a retoryką. 🙂

    toohighheels

    Luty 15, 2010 at 6:05 pm


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: