W u l g a r y z m

all that is solid melts into air

Archiwum dla Marzec 16th, 2010

Nieprzeczytalność.

z 7 uwagami

Najpierw musiałem jej powiedzieć, że nie ma żadnej drugiej strony, do której musimy się przebijać, kalecząc i obijając kolana, że właściwie nie musimy sobie rwać włosów z głowy, bo stoimy za nisko, a szczyty zawsze są niedosiężne i niezdobyte; te flagi triumfu zatknięte na ich wierzchołkach, to są wszystko flagi samotne, opuszczone przez tych, którzy je tam przez osiem tysięcy kilometrów wnosili. Wszystkie szczyty są puste, na najwyższych wierzchołkach gór nikt nie mieszka. A nasze sztandary powiewają tam, jakby miały przypominać o dawnej świetności, świetności stworzonej tylko gestem podbicia, a potem, opuszczenia. Zobacz, że nie podbija się ogromnych lodowych gór, mozolnie ryjących dna oceanów, nikt nie rzuca się na ich wystawione na powierzchnie wierzchołki, bo cała reszta, całe to osiem tysięcy kilometrów, znajduję się w ciemni lodowatej, nieprzeniknionej wody. A ja chciałbym choć raz podbić lodową górę.

Ona mówi, że mnie rozumie, ale przejdźmy już do tematu, czy masz mi pożyczyć na narkotyki, ponieważ chce mi się palić, rozumiesz, jest noc, jest park, jest ławka, są krawężniki, jest wiele okoliczności sprzyjających, aby tu właśnie usiąść, na naszej nocnej ławce, teraz już trochę opuszczonej, bo cię tu kurwa Rubin nie ma, nie ma cię, ale ja nic mówię, rozumiem, że chcesz uciekać, prochy ci już nie smakują, wódka już kurwa nie ta, można w dodatku dostać w ryj za wybujałe ego, można zginąć od zbłąkanego noża, rozłożyć się na drodze, pod tym kościołem, na który kiedyś się wspinałeś, bo mówiłeś, że chcesz te kwiaty wpięte w koronę Maryi, a ktoś wtedy szedł i widział, jak ty wchodzisz na tę kapliczkę, wysoko, coraz wyżej, kurczowo uchwycony wyrzeźbionych jej szat, ale to nieważne, można, dobrze wiesz, tu właśnie rozlać się krwią, pierdolnąć głową o krawężnik i czekać, aż nad ranem znajdą cię panowie w pomarańczowych kamizelkach, którzy podejdą do ciebie i tkną najpierw miotłą z twardym włosiem, a potem ze służbowej komórki zadzwonią po policję i powiedzą, że następny się rozlał, że przecieka ktoś pod kościołem Najświętszej Marii Różańcowej. Więc Rubin ja to rozumiem, ale wiem też, że zachowujesz się jak turysta w obozie zagłady, zakleszczony między „pragnę” a „nie wiem, czy powinienem”. Nie oszukasz nas swoimi prześwietlonymi włosami, spodniami za dwie stówy, kosmetykami Dior, ja widzę jak siadasz na ławce, jak bierzesz do ręki woreczek ściągnięty z paczki papierosów, w którym mieszamy narkotyki, ja widzę wtedy w twoim oczach błysk szczerej nienawiści, jakieś chorej wrogości, jakbyś słowa cedził, a nie mówił, jakbyś mózgiem wrzeszczał, a nie myślał, potężną agresję serca, rozeźloną, napierdalającą o wewnętrzne ściany ciała duszę; widzę w tobie wtedy miłość do parku, tego świata, który już będzie twój i możesz uciekać, możesz sobie kurwa Derridę studiować, to i tak, przechodząc przez jedną ulicę czy drugą, szukać będziesz bram, w których dobrze byłoby na chwilę stanąć, usiąść na krawężniku, na parkowej ławce, zapalić papierosa, otworzyć butelkę, a potem wyrzucić ją za siebie i czekać na zbawienne głuche uderzenie.

Masz Rubin, w głowie czarne serce i jebie ci się być z nie być. Wszyscy widzą, jak patrzysz na tą, która już dawno odeszła i nie chce cię znać i jest – Rubin zaręczam ci – szczęśliwa, wszystkie twoje przeszłe sprawy są szczęśliwe, odpowiednio ułożone z perspektywami na przyszłość, a ty tkwisz nadal z drogimi ciuchami, brudnymi butami i jakimś smutnym, nie wypowiadanym już na głos hasłem no future. Siedzisz na tej ławce dwa tygodnie, by nagle się zerwać, powiedzieć, wyjeżdżam jutro, z samego rana, pierwszym autobusem, na kacu jechać będę, twarz przyklejona do mokrej, zamglonej szyby, empetrójka z ckliwymi ulicznymi przebojami, a potem krakowskie pekape i twoje głupie uśmiechy do ludzi, którzy nie wiedzą, skąd jesteś, na czym siedzisz i dlaczego twoje buty wiecznie są brudne.

Skończyła na chwilę, by zapalić papierosa. Siadła na ławce i gapiła się w te same drzewa, w które ja patrzyłem się wiele razy. Myślę, zapalę, a potem jej powiem o tych wszystkich lodołamaczach na arktycznych morzach i ich mroźnych załogach, rozgrzewających się przy kubku herbaty. Chciałem jej powiedzieć o tym, jak zginął Albert Camus, że od chwili, kiedy o tym się dowiedziałem, te krawężniki nie są takie same. Chciałem też powiedzieć o ślepym psie, który przy pomocy węchu, próbował przejść przez ulicę i nieustannie walił głową o ścianę bloku, a ja stałem wtedy obok, paliłem papierosa i ryczałem jak dziecko, zdziwione, że ogień ze świeczki parzy. Ten pies z bielmem na oczach, ubłocony, z wyrwaną sierścią i starą, nieściągniętą jeszcze obrożą na szyi, ten pies, który wali głową o mur, upada, piszczy, a potem znów idzie do przodu i uderza po raz kolejny, i pada, i wstaje, uderza. I płacze.

Pożyczam od niej zapalniczkę i mówię, to wszystko jest nieprzeczytalne, ty i ja jesteśmy nieprzeczytalni. Możesz mówić, że tkwię, ale ja właśnie dlatego krzyczę, bo tkwię. Mówiłaś o mojej dawnej miłości, a ja przypomnę ci ciebie, kiedy odurzona wódką zabrałaś mnie do siebie, włączyłaś Damiena Rice’a i ściągałaś z siebie bluzkę, nie patrząc mi w oczy. Nie wiem, dlaczego z tobą poszedłem i dlaczego w ogóle stało się tak, że skończyliśmy w ciemnym pokoju, w którym zwykle samotnie wykraja się z siebie części zmurszałej opowieści i zamiata pod dywan. Poszliśmy się pieprzyć, chociaż każdy z nas miał swoje własne życie i swoje własne drugie osoby. Po wszystkim, ty zerwałaś się nagle, powiedziałaś, że musisz wziąć prysznic, zamknęłaś się w łazience, ja paliłem papierosy i patrzyłem na twoje ściany, na plakaty na nich zawieszone, cytacje, zdjęcia. I doszedłem do wniosku, że mimo, iż siedzimy na tej parkowej ławce dobre dziesięć lat, to nic o tobie nie wiem, a nawet fakt, że przed chwilą się kochaliśmy, nie przybliżył mnie nawet odrobinę, nadal nie rozumiem twojego pokoju i nie znam zespołów na twoim dysku. Słyszałem, jak w łazience zwalasz z półki wszystkie żele i mydła, jakbyś weszła tam pierwszy raz, jakbyś nigdy w tej łazience nie była i nieostrożnie potykała się o rozstawione w niej przedmioty. A przecież jeszcze przed wszystkim, gdy leżałem obok ciebie, pytałem, czy się boisz, a ty odpowiadałaś, że nie, bo już dawno zabiłaś wszystkie swoje demony. A ja właśnie tych demonów nie zdołałem zabić i ciągle nie mogę spać do szóstej rano, aż wreszcie słońce wpadnie przez okno i odsłoni wszystkie przysłonięte kąty pokoju, w których czają się moje własne potwory, zdolne wyciągnąć mnie nocą z łóżka, gotowe zadawać niewygodne pytania. Powiedz mi, czy na drugi dzień poszłaś do apteki, kupiłaś środki poronne i zabiłaś naszą wspólną opowieść?

Kamienna Góra, marzec 2010.

Written by c y n i k

Marzec 16, 2010 at 9:19 pm

Napisane w Uncategorized

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.