Archiwum dla Luty 13th, 2010
Zabezpieczony: Dwoje pielgrzymów na króliczym śniegu :)
Łuny i popioły.
Od wschodu nadchodzą sowieci. Wszystko, co dziś płonie, płonie nad miastem; łuna jarzy się figlarnie. Przysłaniamy oczy, gdy języki wściekłego ognia pochłaniają brzegi przedmieść. Ona ciągnie mnie za płaszcz – musimy iść, zdążymy przed ogniem, jeśli tylko spróbować, tylko biegnij za róg, w stronę lasów, z rozpiętymi kurtkami, z włosami w chaosie, pod swetrami pot, pot na twarzy, pot w kieszeniach, kleją się powieki – nie zasnę, kurwa, nie zasnę tu już nigdy; w tym mieście już nigdy nie zmrużę oka. Źrenice szeroko wściekłe, źrenice szeroko wrogie.
Ona ciągnie mnie i mówi, pójdźmy, pójdźmy już, od wschodu nadchodzą sowieci. Trzyma za rękę; błagalne spojrzenia, dramatyczne gesty, odejmuje mi mowę na tle łuny, bom ustawiony właśnie na jej tle, ona ciągnie mnie za rękę,
godzinę temu tylko tego chciałem
o tym marzyłem, o tym myślałem
a teraz naburmuszony, wryty w bruk, mówię, odejdź, bo poleje się krew. Od wschodu nadchodzą sowieci. Wkładam ręce do kieszeni, żeby jej nie uderzyć, zaciskam usta, żeby nie pluć. O jedną noc za dużo, płonie jedna noc za dużo. Lepiej już idź, bo widzę, jak maszerują sowieci. Skórzane buty, rdzawe bagnety, ironiczne uśmiechy.
A ona ciągnie mnie za ramię i mówi, że wystarczy próbować. Płaszcz pruje się wreszcie i już chyba wiemy, że żałosny jęk mojego płaszcza, będzie ostatnim naszym wspólnym dźwiękiem, jaki wydobyliśmy z naszego domu, w którym za chwilę wyważą drzwi, wybiją okna, podpalą strzechę. Przyjdą i zabiją.
Rozdygotane spojrzenia i przyprószone głowy nasze – popioły, mówisz, z nieba lecą popioły. Nasze zabawne szczątki tamtego życia, miłosne kartki i rowery, czułe przydomki i krzesła, lecą teraz z nieba, tylko szare i drobne, lekkie, jakby ich nie było. Nasze wszystkie czułe śniadania, niebanalne obiady, kuszące kolacje. Białe noce i pas Oriona.
Suną z nieba domy, roztrzaskując się o ziemię, ze zdziwionymi ich domownikami. Zobacz, mówię jej, jak pali ogień, jak nasz stół teraz parzy, jak boli dotyk ścian, jak spalają nas książki. Nie pójdę, nie pójdę już.
(To… umrę wraz domem? W domu zamknięty, drzwi wyważone, ale ja po środku stoję i płonę. I kolor tapet teraz inny i wzory ich goreją, stoły połamane, krzesła wyrzucone. To wszystko – znów – to wszystko znów zmyślone.)
Zobacz, miasto płonie. W głowie wściekłość, na ulicach wrzask. Ten pędzący przez aleje pies z podpalonym ogonem, był tym, który zniszczył moje życie. Biec, lecz nie uciekać. Jeszcze tylko chwila i na pewno pojawi się Jezus, w białej szacie zejdzie po rozkładanych schodach, wskaże mnie palcem, wskaże mnie palcem i powie: od wschodu nadchodzą sowieci.
Ona ciągnie mnie za płaszcz, a płaszcz płonie.
Kamienna Góra, luty 2010.