Wściekłość i wrzask.
Umrzeć, wyjechać, nie zareagować?
Więc podnosi mnie któryś już raz z oszczanej podłogi i mówi – długo, wolno, głośno mówi – że nadszedł czas na zawieszenie broni, ale ja jej nie wierzę, nigdy jej nie uwierzę, bo przecież nie może być tak, żebym teraz po prostu wziął płaszcz i wyszedł, zostawiając na barze kilkadziesiąt złotych na niezamówione drinki. Ona twardo swoje, trzyma mnie za kołnierz, cedzi, idź do domu, nie rób scen, nie ustawiaj nikogo, nie zapraszaj do tańca albo na pojedynek honorowy w czasach, w których honor kojarzy się z nazwą gliwickiego nazistowskiego zespołu. A ja patrzę jej w oczy i zapragnąłem wtedy coś przekazać, jakiś sercowy tekst na odchodne. Że to wszystko, ty, on, ja, ten bar, nie ma sensu, że powinniśmy porozmawiać o miłości, o tym, co jeszcze może się wydarzyć. Usiądźmy przy stoliku, czekajmy na rzewne wsparcie znajomych. Rozdzwonią się telefony, policzki zakwitną rumieńcem. Zamówimy ckliwe piosenki, kolorowe napoje, opowiemy sobie parę rozweselających anegdot, naprawimy błędy, zacerujemy dziury. Nie będzie więcej wiało po plecach, nie umrę z wyziębienia.
( i nie wiesz kiedy, stało się tak, jak gdyby nigdy nic nie było. Jedyna walka, jaką dziś prowadzisz, to z bezsennością i porannym budzikiem, który upartym, pustym dzwonkiem przypomina cię, że powinieneś gdzieś być, gdziekolwiek, byle nie tu. I jeśli nawet myślisz o otwartym oknie i krótkim efektownym finiszu, to wiesz, że ostatnim młodym, który zdołał się zabić, był Mirosław Nahacz. Z przestrachem zamykasz okno i tylko okiennica dobija się głośno, jakby chciała wejść do środka. Włączasz radio, zatykasz uszy – już zawsze będziesz chodzić z uszami wypchanymi watą; rozgorączkowanym spojrzeniem, omiatając okolicę, czy przypadkiem coś za tobą nie idzie, sprytnie ukrywając się za pobliskimi przedmiotami. Jeszcze długo do domu wracać będziesz biegiem, z pośpiechu upuszczając klucze pod drzwiami, próbując trafić w zamek, kiedy gdzieś z tyłu zbliżać się będą miarowe kroki niewidzialnego prześladowcy.)
Możemy o tym porozmawiać, wszystko wyłożyć na stół, nasze przez lata zbierane zmięte ulotki pochowane po kieszeniach, nieaktualne zaproszenia na promocje, reklamy mlecznych barów. To wszystko położymy przed sobą; minione świadectwa naszego związku, oparte na cenniku taniego żarcia i plastikowych sztućcach.
Pójdziemy do kina, ale urwie mi się film. W kolejce do kasy, będą mnie popychać, deptać po stopach, na płaszczu podeszwy, na butach podeszwy, otworzysz mi głowę i znajdziesz
nic osobistego
nic osobistego
jakieś skrawki pociętych sztandarów, parę linijek tekstu, narodowych sampli, marksistowskich sloganów, niedokończony download. Kulturowy szał.
Więc dlaczego cię tak dziwi, że jakoś zbyt często klękam na środku ulicy, wypada mi z rąk cały zakupiony nielegalnie towar, a w oczach, definitywnie, blaknie ogień, który kiedyś ponoć przepalał najtwardszy metal, topił czyjeś lodowe serce. I nagle, nie wiedzieć kiedy, pobladł, zmalał, zmniejszył się w oczach. Już nie jest taki jak kiedyś. Ten on. To nie ta sama osoba. Może weź pod uwagę, że mnie również w dzieciństwie do oka wpadł okruch lodu i teraz widzę same kanty, trzymając rękę stale na piersi, biorę głębokie oddechy, każdy kolejny zimniejszy, jak każde słowo wypowiedziane w afekcie. Nie chcę nic robić ze swoim życiem. Takie rozgrzebane, nieposłane jest ok.
A teraz smarkam w rękaw, a teraz trzymam się ściany. Zaraz wyjdziesz z klubu, zamówisz mi taksówkę, kierowcy przekażesz adres, którego ja po roku mieszkania nie potrafiłem zapamiętać, nie żegnając się, trzaśniesz drzwiami. A ja – Boże – a ja! Ja nie zauważę tego trzaśnięcia. Umrzeć, zapomnieć, nie zareagować. Mówi poeta. Ale teraz pomilczmy, o słowa pokłócimy się jutro.
(Ironia zaczyna się z chwilą narodzin. To ironia surowego boskiego planu, egzystencjalny dowcip wzruszonego sobą oprawcy. Najbardziej ironicznym komunikatem jest modlitwa. Słowo magiczne, na którego rzucenie zabrakło many. Ile razy klękasz przed ścianą, ile razy z nią rozmawiasz, by potem, poirytowany znaczącą ciszą, obrazić się na nią, kopnąć, opluć. Ironia polega na konkluzji, że jeśli stanie się przed Bogiem, to automatycznie nie macie sobie nic do powiedzenia, nic, czego wzajemnie byście o sobie nie wiedzieli.)
Dziurawe kieszenie, tłuste włosy, rozpadający się walkman z piracką kasetą, podpisaną czarnym markerem „Rock”. Kebabowe miejsca towarzyskie, w których się poznaliśmy. I tacy już jesteśmy, gotowi do spożycia, za osiem złotych, jedzenie, połowę do kosza. Rozmowy o bohaterach sitcomów i etyce. Już nie mówię do nowo poznanych ludzi. Wymieniam się z nimi polecanymi książkami. Kiedy nie chce mi się już uprawiać seksu, to piszę teksty. I mówię w nich o miłości. Puste kieszenie, mocne, ostre słowa. Kiedyś się o nie zabiję. Ktoś musi umrzeć, ja, albo słowo.
Dlaczego ty zawsze mówisz o sobie, pytasz, ale ja mam wrażenie, że ciągniesz mnie za włosy, wyrywasz je tak, jak wyrywają je sobie ludzie na ulicach. Kiedyś Polska to będzie właśnie taki świat łysych ludzi, z odpychającym grymasem na twarzy i kępą włosów w zaciśniętej pięści. Chcesz kogoś zabić, ale nie za bardzo wiesz, przeciw komu wzbiera twoja złość. Gromadzisz w sobie coraz więcej tych wszystkich sytuacji, w których ochlapał cię przejeżdżający samochód, ale ty mówisz sobie, stojąc na ulicy, że nie będziesz więcej płakał, bo ci nie wypada, bo lepiej jest przemilczeć pewne stany, kolekcjonować je z sadystyczną przyjemnością, delektując się złem, bawić wrogością. Albo po prostu tak ci się wydaje, a prawda jest znacznie prostsza; nie masz gdzie się zwrócić, nie masz kogo zabić.
Kiedy o piątej rano parzę na herbatę, orientuję się nagle, że nie ma we mnie już nic, na czym mógłbym zbudować dom. Podgrzewam cielęce parówki, rozsypuję cukier na klejącym się blacie. I robi się przeraźliwie cicho. Nikt już nie mówi, jakby wszystko pękło, runęło, a teraz leży przysypywane grubą warstwą wulkanicznego pyłu. Słyszę tylko przeciąg. Przeraźliwy lodowaty przeciąg. Trzaskają okiennice, skrzypią drzwi. Więc rzucam się do telewizora, kawa czy herbata, jest głos, nie słychać wiatru, radio i wiadomości. Słucham o polityce, żeby nie słuchać w ogóle. Kłamstwa, ale nie lodowaty odgłos przeciągu, potworne wycie samotnej, wkurwionej na świat pustki.
Na ulicy wściekłość. Zaciśnięte do białości knykcie. Zaciśnięte zęby. Kochanie, wyjdziemy na mróz, otuleni szalikami, wywrócimy się w śnieg. Krew zaczyna padać. Wszystkie karty już na stole.
Luty 2010, Kraków.
“, w których honor kojarzy się z nazwą gliwickiego nazistowskiego zespołu”
Tak, takie czasy nastały.
Natomiast słowa takie jak: bandytyzm, morderstwo, oszustwo, faszyzm, rasizm kojarzy sie z pewnym, nowo powstałym państwem na Bliskim Wschodzie.
Inspektor Lesny
Luty 2, 2010 at 12:53 pm
“Podgrzewam cielęce parówki, rozsypuję cukier na klejącym się blacie. I robi się przeraźliwie cicho.”
Moje motto na ten tydzień.
Black Ops
Luty 3, 2010 at 10:56 am
“(Ironia zaczyna się z chwilą narodzin. To ironia surowego boskiego planu, egzystencjalny dowcip wzruszonego sobą oprawcy. Najbardziej ironicznym komunikatem jest modlitwa. Słowo magiczne, na którego rzucenie zabrakło many. Ile razy klękasz przed ścianą, ile razy z nią rozmawiasz, by potem, poirytowany znaczącą ciszą, obrazić się na nią, kopnąć, opluć. Ironia polega na konkluzji, że jeśli stanie się przed Bogiem, to automatycznie nie macie sobie nic do powiedzenia, nic, czego wzajemnie byście o sobie nie wiedzieli.)” – ta ironia podoba mi się najbardziej, bardzo dobry fragment, ma w sobie niesamowitą moc…
Farida82
Luty 9, 2010 at 8:03 am
Heh, niedawno piłem kawę z koleżanką w Czterech Pokojach w Krakowie i podsłuchałem, jak jakaś filolożka udziela korepetycji (tudzież opracowuje ustny egzamin maturalny) jakiejś licealistce. I czytała jakiś wiersz – bodaj religijny – by nagle powiedzieć dokładnie: “W tym miejscu zaczyna się ironia”.
I to mnie zastanowiło, że jak to możliwe, iż ironia zaczyna się w TYM miejscu, w punkcie, a wcześniej jej nie było. I tak od ironii w tym miejscu powstała ironia z chwilą narodzin
c y n i k
Luty 9, 2010 at 3:08 pm
zajrzę tutaj od czasu do czasu, fajnie jest …
eulalia87
Luty 9, 2010 at 3:57 pm