W u l g a r y z m

all that is solid melts into air

Archiwum dla Luty 2010

Katatonia.

Skomentuj »

Usłyszawszy parę lat temu, że Davidson się utopił, uświadomiłem sobie, że spodziewałem się takiego końca. Miał w sobie pasję wielkiego poety, ale że w młodości nie spotkał żadnego naprawdę wykształconego człowieka, brakowało mu chłonności intelektualnej; jako człowiek anarchiczny i niedookreślony, pozbawiony był także pewnej pozy i gestu, i żaden jego wiersz nie utkwił mi w pamięci. W. B. Yeats, Tragiczne pokolenie.

Trzymamy sobie na zmianę włosy i każdy z nas wymiotuje deszczem. Możesz mówić, jeśli chcesz, każda kwestia, jeśli nawet przebije się przez popielate dymy (popielate, popielate myśli ulatują z ust; czasami nie mówimy, czasami palimy i dymy mówią za nas), to dławiona karłowatą intencją, duszona wiecznym niezrozumieniem, opadnie na chybotliwy i mokry od taniego piwa stół. Lepimy się, wiesz, lepimy się do ścian, do ław; klejące ręce, nerwowo wycierane o spodnie pod stołem, klejące nasze zdania. Dziś, kiedy wspominamy, kto przed laty wypowiedział jakąś wyjątkowo zabawną myśl, językową grę, nie potrafimy sobie dokładnie przypomnieć, czy to był Deja, czy Ptaku, czy jeszcze inni. Nasz język przez lata, kiedyś tak przerażająco własny, że baliśmy się, iż w ogóle się nie zrozumiemy, teraz wydaje się magmą. Wielkie nasze czyny – wrzaski, śmiechy, miłości, płacze – stały się własnością każdego przy tym stole; ja wiem, że oni wiedzą. Oni wiedzą, że ja wiem.

Mówimy czasem: on dziś nie przyjdzie, bo ma jazdy. Coś się stało, może z dziewczyną, może z chłopakiem, może z heroiną, coś go zatrzymało, na chwilę wypadł z naszego świata (nasz świat, nasz bar, nasz park, nasz język). Kiedy się otrząśnie, to przyjdzie. Poradzi sobie z własnymi pomieszczeniami, zwalczy to, co stoi mu na drodze do tego baru, w którym niektórzy z nas siedzą tak długo, że ich cienie odbiły się na ścianach, a po naszym wyjściu ich głosy długo jeszcze pobrzękują o opróżnione popielniczki z kryształu. Ma jazdy. Zamknięty gdzieś poza, może w domu, jak katatonik, rozmawia z demonami; wyrzuty sumienia, wyrzuty nowego języka, który nie pasuje, którego nie może wnieść ze sobą za tamte drzwi na Cichej, na ulicy Cichej bowiem przychodzą umierać koty. To przede wszystkim, te koty umierają tu setkami, jestem pewien, że pił tu kiedyś poeta z Krakowa, jestem pewien, że widział, jak umierają koty.

Jakoś parę lat temu zauważyliśmy, że jest nas mniej. Ten umarł, ten się zabił, ten jest na odwyku, ten się ożenił, ta wyjechała, ta studiuje – a ten nie chce już nas znać, nie chce mówić naszymi słowami. Jakoś parę lat temu do naszych kieszeni zakradły się narkotyki i język, tak już pokraczny, postawił ogromne ściany, przez którą wielu próbowało się przebić, by potem odejść, żegnając nas jakimś przekleństwem.

Bar upadłych ambicji, łatwopalnego aktywizmu, nad ranem odparowującego z naszych ciał, zostawiając po sobie tylko ból głowy, dwa papierosy w zmiętej paczce, brudne buty, ostry zwietrzały dym na swetrze. Ślady naszych wielkich dokonań, naszego zdobywania nocy, poszerzania horyzontów o bar, o stół, o pisuar.

Dosiadają się do nas tylko uszkodzeni. Niemalże zawsze po krótkiej uprzejmości dochodzi do kłótni. Wrze wtedy w nas krew, bo to, o czym przez tyle lat mówiliśmy, przestaje być naturalne i zwykłe, zaczyna się wić pod świszczącymi jak bat słowami kogoś innego. Pamiętam rozmowy ze zwolnionymi więźniami, pamiętam rozmowy z kibicami, pamiętam zwierzenia pięćdziesięcioletnich pijaków, ze zdartymi od ciągłego walenia o żonę piąstkami, którzy mówili o dzieciach, że są w szkole i to jest piękne. Że są w szkole, a oni są tu. I to jest piękne.

Rozmowy o muzyce. I potem o miłości. Miłość się skończyła, kochamy tylko w brudzie, między jednym kacem a drugim, budząc się nad ranem ze smrodem w gardle. Myślimy wtedy o wszystkich naszych więziach, które już dawno się rozpadły, a jeśli nie, to opierają się na niszczącej zależności. Miłość to piracka, zdarta płyta CD, ciągle zacinająca się w tych samych miejscach, w taki sposób że piosenka zapętla się, męczy, aż wreszcie ktoś z nas prosi, żeby zmienić płytę, zirytowany dosadną powtórką tych samych śpiewanych sylab i dźwięków.

Jeśli Bóg umarł, to tylko tutaj, w takich miejscach, w których dzień niepostrzeżenie przechodzi w zmierzch, a zmierzch w fikcję. Jeśli Bóg umarł, to tylko w takich miejscach, gdzie zamiast życia, jest opowieść, a zamiast miłości, noc.

Więc trzymam jej włosy, a ona wymiotuje deszczem. Mówi, weź swoje nogi, bo ci narzygam. Zgięta w pół, zawisła nad ziemią, wpatrzona w miejsce, na które zaraz napada. W końcu robi to i czuję, jak przemakają mi buty. Wyobraź sobie, jest cicho, w barze jeszcze rozmawiają o tym samym, o czym mówili wczoraj i o tym samy, o czym będą mówić jutro, a ona rzyga mi na buty i nagle pyta się, czy jestem szczęśliwy. Pada deszcz z niej, takie fiasko, rozprute ciała, wyrąbane agresją nasze życie, wielkie wyrwy, ziejące pustką chwile, w których boimy się spojrzeć w okno, boimy się zgasić albo zapalić światło. Czy jestem szczęśliwy, pyta ona. Koty przysiadły na płocie, wbijając w nas lampki czujnych oczu. Poczekam, aż umrą, myślę, poczekam aż umrą, a potem odpowiem jej, odpowiem jej, że jestem.

Jagniątków, luty 2010.

Written by c y n i k

Luty 21, 2010 at 6:40 pm

Zabezpieczony: Dwoje pielgrzymów na króliczym śniegu :)

z jednym komentarzem

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:

Written by c y n i k

Luty 13, 2010 at 11:40 pm

Napisane w Uncategorized

Łuny i popioły.

z jednym komentarzem

Od wschodu nadchodzą sowieci. Wszystko, co dziś płonie, płonie nad miastem; łuna jarzy się figlarnie. Przysłaniamy oczy, gdy języki wściekłego ognia pochłaniają brzegi przedmieść. Ona ciągnie mnie za płaszcz – musimy iść, zdążymy przed ogniem, jeśli tylko spróbować, tylko biegnij za róg, w stronę lasów, z rozpiętymi kurtkami, z włosami w chaosie, pod swetrami pot, pot na twarzy, pot w kieszeniach, kleją się powieki – nie zasnę, kurwa, nie zasnę tu już nigdy; w tym mieście już nigdy nie zmrużę oka. Źrenice szeroko wściekłe, źrenice szeroko wrogie.

Ona ciągnie mnie i mówi, pójdźmy, pójdźmy już, od wschodu nadchodzą sowieci. Trzyma za rękę; błagalne spojrzenia, dramatyczne gesty, odejmuje mi mowę na tle łuny, bom ustawiony właśnie na jej tle, ona ciągnie mnie za rękę,
godzinę temu tylko tego chciałem
o tym marzyłem, o tym myślałem

a teraz naburmuszony, wryty w bruk, mówię, odejdź, bo poleje się krew. Od wschodu nadchodzą sowieci. Wkładam ręce do kieszeni, żeby jej nie uderzyć, zaciskam usta, żeby nie pluć. O jedną noc za dużo, płonie jedna noc za dużo. Lepiej już idź, bo widzę, jak maszerują sowieci. Skórzane buty, rdzawe bagnety, ironiczne uśmiechy.

A ona ciągnie mnie za ramię i mówi, że wystarczy próbować. Płaszcz pruje się wreszcie i już chyba wiemy, że żałosny jęk mojego płaszcza, będzie ostatnim naszym wspólnym dźwiękiem, jaki wydobyliśmy z naszego domu, w którym za chwilę wyważą drzwi, wybiją okna, podpalą strzechę. Przyjdą i zabiją.

Rozdygotane spojrzenia i przyprószone głowy nasze – popioły, mówisz, z nieba lecą popioły. Nasze zabawne szczątki tamtego życia, miłosne kartki i rowery, czułe przydomki i krzesła, lecą teraz z nieba, tylko szare i drobne, lekkie, jakby ich nie było. Nasze wszystkie czułe śniadania, niebanalne obiady, kuszące kolacje. Białe noce i pas Oriona.

Suną z nieba domy, roztrzaskując się o ziemię, ze zdziwionymi ich domownikami. Zobacz, mówię jej, jak pali ogień, jak nasz stół teraz parzy, jak boli dotyk ścian, jak spalają nas książki. Nie pójdę, nie pójdę już.

(To… umrę wraz domem? W domu zamknięty, drzwi wyważone, ale ja po środku stoję i płonę. I kolor tapet teraz inny i wzory ich goreją, stoły połamane, krzesła wyrzucone. To wszystko – znów – to wszystko znów zmyślone.)

Zobacz, miasto płonie. W głowie wściekłość, na ulicach wrzask. Ten pędzący przez aleje pies z podpalonym ogonem, był tym, który zniszczył moje życie. Biec, lecz nie uciekać. Jeszcze tylko chwila i na pewno pojawi się Jezus, w białej szacie zejdzie po rozkładanych schodach, wskaże mnie palcem, wskaże mnie palcem i powie: od wschodu nadchodzą sowieci.

Ona ciągnie mnie za płaszcz, a płaszcz płonie.

Kamienna Góra, luty 2010.

Written by c y n i k

Luty 13, 2010 at 6:49 pm

Napisane w Uncategorized

Zdążyć przed wiatrem.

z 5 uwagami

Toczy się butelka po kamieniach, odbija się od buta, wpada do kałuży, w kałuży ja, cały w kałuży,  kałużowe światy, kałużowe zdania. Mówisz, wstawaj, zaraz pociąg, pojedziemy do domu, do naszego miejsca, z którego pochodzimy, gdzie za młodu spadały śliwki, gdzie w górę wystrzeliwały grusze, do miejsca, z którego pewnego dnia odeszliśmy, zostawiając nasze dumne przedmioty. Wrócimy i podejmiemy zawieszony wątek; nic się nie stało, nigdy nic się nie dzieje.

Teraz bruk, teraz miałem być ja, ale nie udało się. Skrzętnie pochowany w płaszczu, jedno oko wystawione i patrzy obok. Dynamika utworu domaga się wkurwionych na świat postaci, wpadających z furią na proscenium, rozrzucających wściekłe gesty. Podniosą mnie z bruku, brudne dłonie rozchylą poły płaszcza, a w środku, między podszewkami, jakieś kudłate niewiadomo co, które nie powie nic, tylko patrzyć będzie tym okiem, okiem obok.

Kałuże zamarzają, na mrozie widać, jak parują nam głowy, od ciągłego załamywania rąk, od tych wszystkich powitań – i pożegnań – krótkich, niekomunikatywnych zdań, których użycie jest prawdziwą próbą siły. Tak, powiem, odezwę się, nie zabiję. Tak, powiem, poezja, proza, śmierć.

I znów płaczę, a obiecałem sobie wtedy, gdy stałem po kolana w śniegu, że już nic nigdy, że już w ogóle, że nie ma takiej możliwości, abym płakał, bo przecież dlaczego mam tak komentować moje w tym śniegu zanurzenie; a teraz znów płaczę, czekając na pociąg, przymarzam do peronu; na pewno zostawię kawałek siebie, gdy zbyt szybko zerwę się do lotu. Może w ogóle nie wstanę, zamarznę tu na peronie, czekając na pociąg do domu, z którego przecież najpierw uciekałem, a teraz próbuję wracać. Będę twardy, skóra napięta, mądre, przenikliwe spojrzenie, ogień w oczach, co pali innych, co nakazuje iść. Nie lękam się, bo powiedziano mi tak w telewizji, nie zlęknę się nikogo, będę twardy na tyle, by móc objąć Cię ramieniem i nie zapaść się pod ziemię, nie umrzeć na miejscu od Twoich uśmiechów, kolorowych oczu, wełnianych rękawiczek.

Kogo ja oszukuję, jeśli nie Was. Krzyki na peronach, moje na nim stanie, jakbym był inny i wcale nie czekał. Że niby przyszedłem tu porozmawiać, powiedzieć Wam o paru moich myślach, które naszły mnie wczoraj podczas jakiejś przypadkowej czarnej godziny. Krzyki na peronach, moje na nim stanie. Przyjedzie pociąg, zabierze mnie do domu.

Pamiętam, spotkałem kiedyś człowieka, który poprosił mnie o rękę. Nie zdążyłem wyjąć jej z kieszeni, tak nagle pogłębionej i skomplikowanej; podartej, dziurawej, ze starymi chusteczkami w środku, skasowanymi biletami i zużytymi bateriami, których nie potrafisz wyrzucić, więc nosisz je przez świat, po kieszeniach pochowane, przekładane w palcach bez wyraźnego powodu. I ręka w tych pełnych, pustych kieszeniach, nim ją wyjmiesz, wywalisz z niej sterty przedmiotów, paragonów, reklam, wierszy. Wszystko pada na bruk, schylasz się – zdążyć przed wiatrem – podnosisz, wkładasz te śmieci znów do kieszeni i nagle orientujesz się, że człowiek odszedł, parkową aleją, nucąc, że nie wróci więcej.

Ale czekamy, jeśli ustawiliśmy się na tych peronach, czujemy się zobowiązani zachować w pamięci nasz cel podróży, który samym tylko czekaniem wydaje się być uświęcony, ważniejszy. Na torach iskrzy się mróz, zasiedziały tu już kilka tygodni. Nie bardzo chce mu się pozbierać swoje rzeczy i iść dalej. Taki mróz to dopiero ma źle; wiecznie zimny, lodowaty; nie potrafić dotykać, nie móc kochać, przemrażać się w agonii, z niemym żałosnym jękiem niedobytym z gardła leżeć na peronach. Samotność w tłumie, w zajętej przestrzeni, łkanie do nieba. Samotny wariat nakryty na dramatycznym chuchaniu na lodowate ręce. I tylko czasami daje się słyszeć, jak okoliczne przedmioty pękają pod naporem jego wściekłości.

Mówisz, jedzie pociąg, zaraz podniesiemy się z peronów, wsiądziemy do wagonów. Wrócimy do domu.

W drodze Kraków-Wrocław, luty 2010.

Written by c y n i k

Luty 10, 2010 at 6:49 pm

Wściekłość i wrzask.

z 5 uwagami

Umrzeć, wyjechać, nie zareagować?

Więc podnosi mnie któryś już raz z oszczanej podłogi i mówi – długo, wolno, głośno mówi – że nadszedł czas na zawieszenie broni, ale ja jej nie wierzę, nigdy jej nie uwierzę, bo przecież nie może być tak, żebym teraz po prostu wziął płaszcz i wyszedł, zostawiając na barze kilkadziesiąt złotych na niezamówione drinki. Ona twardo swoje, trzyma mnie za kołnierz, cedzi, idź do domu, nie rób scen, nie ustawiaj nikogo, nie zapraszaj do tańca albo na pojedynek honorowy w czasach, w których honor kojarzy się z nazwą gliwickiego nazistowskiego zespołu. A ja patrzę jej w oczy i zapragnąłem wtedy coś przekazać, jakiś sercowy tekst na odchodne. Że to wszystko, ty, on, ja, ten bar, nie ma sensu, że powinniśmy  porozmawiać o miłości, o tym, co jeszcze może się wydarzyć. Usiądźmy przy stoliku, czekajmy na rzewne wsparcie znajomych. Rozdzwonią się telefony, policzki zakwitną rumieńcem. Zamówimy ckliwe piosenki, kolorowe napoje, opowiemy sobie parę rozweselających anegdot, naprawimy błędy, zacerujemy dziury. Nie będzie więcej wiało po plecach, nie umrę z wyziębienia.

( i nie wiesz kiedy, stało się tak, jak gdyby nigdy nic nie było. Jedyna walka, jaką dziś prowadzisz, to z bezsennością i porannym budzikiem, który upartym, pustym dzwonkiem przypomina cię, że powinieneś gdzieś być, gdziekolwiek, byle nie tu. I jeśli nawet myślisz o otwartym oknie i krótkim efektownym finiszu, to wiesz, że ostatnim młodym, który zdołał się zabić, był Mirosław Nahacz. Z przestrachem zamykasz okno i tylko okiennica dobija się głośno, jakby chciała wejść do środka. Włączasz radio, zatykasz uszy – już zawsze będziesz chodzić z uszami wypchanymi watą; rozgorączkowanym spojrzeniem, omiatając okolicę, czy przypadkiem coś za tobą nie idzie, sprytnie ukrywając się za pobliskimi przedmiotami. Jeszcze długo do domu wracać będziesz biegiem, z pośpiechu upuszczając klucze pod drzwiami, próbując trafić w zamek, kiedy gdzieś z tyłu zbliżać się będą miarowe kroki niewidzialnego prześladowcy.)

Możemy o tym porozmawiać, wszystko wyłożyć na stół, nasze przez lata zbierane zmięte ulotki pochowane po kieszeniach, nieaktualne zaproszenia na promocje, reklamy mlecznych barów. To wszystko położymy przed sobą; minione świadectwa naszego związku, oparte na cenniku taniego żarcia i plastikowych sztućcach.

Pójdziemy do kina, ale urwie mi się film. W kolejce do kasy, będą mnie popychać, deptać po stopach, na płaszczu podeszwy, na butach podeszwy, otworzysz mi głowę i znajdziesz
nic osobistego
nic osobistego

jakieś skrawki pociętych sztandarów, parę linijek tekstu, narodowych sampli, marksistowskich sloganów, niedokończony download. Kulturowy szał.

Więc dlaczego cię tak dziwi, że jakoś zbyt często klękam na środku ulicy, wypada mi z rąk cały zakupiony nielegalnie towar, a w oczach, definitywnie, blaknie ogień, który kiedyś ponoć przepalał najtwardszy metal, topił czyjeś lodowe serce. I nagle, nie wiedzieć kiedy, pobladł, zmalał, zmniejszył się w oczach. Już nie jest taki jak kiedyś. Ten on. To nie ta sama osoba. Może weź pod uwagę, że mnie również w dzieciństwie do oka wpadł okruch lodu i teraz widzę same kanty, trzymając rękę stale na piersi, biorę głębokie oddechy, każdy kolejny zimniejszy, jak każde słowo wypowiedziane w afekcie. Nie chcę nic robić ze swoim życiem. Takie rozgrzebane, nieposłane jest ok.

A teraz smarkam w rękaw, a teraz trzymam się ściany. Zaraz wyjdziesz z klubu, zamówisz mi taksówkę, kierowcy przekażesz adres, którego ja po roku mieszkania nie potrafiłem zapamiętać, nie żegnając się, trzaśniesz drzwiami. A ja – Boże – a ja! Ja nie zauważę tego trzaśnięcia. Umrzeć, zapomnieć, nie zareagować. Mówi poeta. Ale teraz pomilczmy, o słowa pokłócimy się jutro.

(Ironia zaczyna się z chwilą narodzin. To ironia surowego boskiego planu, egzystencjalny dowcip wzruszonego sobą oprawcy. Najbardziej ironicznym komunikatem jest modlitwa. Słowo magiczne, na którego rzucenie zabrakło many. Ile razy klękasz przed ścianą, ile razy z nią rozmawiasz, by potem, poirytowany znaczącą ciszą, obrazić się na nią, kopnąć, opluć. Ironia polega na konkluzji, że jeśli stanie się przed Bogiem, to automatycznie nie macie sobie nic do powiedzenia, nic, czego wzajemnie byście o sobie nie wiedzieli.)

Dziurawe kieszenie, tłuste włosy, rozpadający się walkman z piracką kasetą, podpisaną czarnym markerem „Rock”. Kebabowe miejsca towarzyskie, w których się poznaliśmy. I tacy już jesteśmy, gotowi do spożycia, za osiem złotych, jedzenie, połowę do kosza. Rozmowy o bohaterach sitcomów i etyce. Już nie mówię do nowo poznanych ludzi. Wymieniam się z nimi polecanymi książkami. Kiedy nie chce mi się już uprawiać seksu, to piszę teksty. I mówię w nich o miłości. Puste kieszenie, mocne, ostre słowa. Kiedyś się o nie zabiję. Ktoś musi umrzeć, ja, albo słowo.

Dlaczego ty zawsze mówisz o sobie, pytasz, ale ja mam wrażenie, że ciągniesz mnie za włosy, wyrywasz je tak, jak wyrywają je sobie ludzie na ulicach. Kiedyś Polska to będzie właśnie taki świat łysych ludzi, z odpychającym grymasem na twarzy i kępą włosów w zaciśniętej pięści.  Chcesz kogoś zabić, ale nie za bardzo wiesz, przeciw komu wzbiera twoja złość. Gromadzisz w sobie coraz więcej tych wszystkich sytuacji, w których ochlapał cię przejeżdżający samochód, ale ty mówisz sobie, stojąc na ulicy, że nie będziesz więcej płakał, bo ci nie wypada, bo lepiej jest przemilczeć  pewne stany, kolekcjonować je z sadystyczną przyjemnością, delektując się złem, bawić wrogością. Albo po prostu tak ci się wydaje, a prawda jest znacznie prostsza; nie masz gdzie się zwrócić, nie masz kogo zabić.

Kiedy o piątej rano parzę na herbatę, orientuję się nagle, że nie ma we mnie już nic, na czym mógłbym zbudować dom. Podgrzewam cielęce parówki, rozsypuję cukier na klejącym się blacie. I robi się przeraźliwie cicho. Nikt już nie mówi, jakby wszystko pękło, runęło, a teraz leży przysypywane grubą warstwą wulkanicznego pyłu. Słyszę tylko przeciąg. Przeraźliwy lodowaty przeciąg. Trzaskają okiennice, skrzypią drzwi. Więc rzucam się do telewizora, kawa czy herbata, jest głos, nie słychać wiatru, radio i wiadomości. Słucham o polityce, żeby nie słuchać w ogóle. Kłamstwa, ale nie lodowaty odgłos przeciągu, potworne wycie samotnej, wkurwionej na świat pustki.

Na ulicy wściekłość. Zaciśnięte do białości knykcie. Zaciśnięte zęby. Kochanie, wyjdziemy na mróz, otuleni szalikami, wywrócimy się w śnieg. Krew zaczyna padać. Wszystkie karty już na stole.

Luty 2010, Kraków.

Written by c y n i k

Luty 2, 2010 at 12:18 am

Napisane w Uncategorized

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.