W u l g a r y z m

all that is solid melts into air

Archiwum dla Styczeń 2010

Dla mnie te twoje kółka są ok.

z 10 uwagami

Przecież widzę, wariatka, włosy w nieładzie, ręce w błocie, błoto na twarzy, na twarzy same niedopowiedzenia. Klęczy i mamrocze, niech wreszcie coś powie, myślę, bo nie wytrzymam. Stoję tu i patrzę, jak ona w tej kałuży się tapla się i nie ma zamiaru wszystkim powiedzieć, o co tu chodzi.  A mnie skręca, dreszcze, pot. Zrobiłbym jej zdjęcie aparatem w komórce, ale mi ukradli i nie mam już niczego. Wczoraj dowiedziałem się, że wszystko się kiedyś kończy; wstałem i wyszedłem przez drzwi, nie przez okno, okno zostawię na ostatnią chwilę.

I trafiłem na dworzec, kupuję hamburgera, żeby poczuć się jeszcze bardziej ostatecznie, żeby wszystko wyglądało jak przeciągnięte photoshopowym filtrem black and white. Zapaliłbym papierosa, ale nikt mnie nie częstuje, nikt nigdy mnie nie częstuje, bo niby dlaczego miałby mnie częstować ktoś papierosem, na dworcu pekaes, gdy kupuję hamburgera max 6,50 ze wszystkim i z chusteczką.

Cebulę mam na bucie, na kolanie pomidora. Leci mi z rąk to wspaniałe danie, cały w sosie jestem, a chciałem być tylko cały w skowronkach (łąki i muchy, kwiaty i deszcz), więc irytuję się, upuszczam bułkę, wpada to w kałużę, chlupie żałośnie i o dziwo, pasuje, wszystko pasuje. Ja przed budką z hamburgerami, hamburger w brudnej kałuży. I ona w błocie, na tle przerażonych ludzi i brudnych jelczy.

Myślę wtedy, podejdę do niej, bo przecież to bez sensu, jeśli te nasze znaczenia mają się nie spotkać i kiedyś umilknąć, myślę, podejdę i powiem, chodźmy stąd, zaraz jedzie pociąg do. A potem już się nie będziemy martwić niczym, żadnymi przerażonymi ludźmi i smutnymi budkami z rakotwórczym jedzeniem, tylko przedział wagonu, metaliczny zapach zardzewiałych okien, brudne szyby i prześmierdłe tysiącami kilometrów zasłonki, a dalej te wszystkie zmienne za oknem widoki, pagórki, dolinki, małe stacje, duże hale. A ty będziesz mogła być dowoli energiczna, machać rękoma, rysować na szybach kółka, gwiazdki i wypowiadać niesprawdzalne tezy, opowiadać o tajnych światach, do których kiedyś na pewno dojedziemy, ale się tam nie osiedlimy, bo po co, będziemy regularnie przycinać swoje korzenie, robić zdjęcia telefonami, owlekać wszystko tanią sepią.

Kochanie, nie mam domu, ale mogę kupić nam przedział, będą dwa łóżka, rozregulowane grzejniki, jeden śmietniczek. Lusterko i dwa składane stoliczki. I dużo szyb, przez które zaglądać będą kolejowe stacje. Tak jej mówię. I jeszcze, kochanie, ty, ja i konduktor jesteśmy wyjątkowi, wsiądźmy do pociągu, pokażmy swoje bilety, w którym już zawsze będę miał wpisane druga klasa, ale to nic, ale to nieważne, dojedziemy w to samo miejsce, tylko nasz status jest trochę tańszy, mamy więcej cerowanych dziur w spodniach, więcej przykrych wspomnień. Wszystkie je kiedyś zamkniemy w pociągowej łazience, spuścimy wodę. Na stacji.

Na stacji będą stać rodzice. Wypięknieni, wypachnieni. Chciałbym poderwać się, szarpnąć za okno, ale ono wiecznie się zacina i trzeba użyć tak wielkiej siły, której ja nie posiadam, może zrobimy to razem, ty i ja, obok siebie, za tę samą okienną klamkę, może uda się wreszcie otworzyć okno na czas i nikt nie powie, że znowu ci nie wyszło, że znowu za późno, za wcześnie, za słabo. Jak byłem mały, biegałem po pociągu i przyklejałem na gumę żyletki do tych okiennych klamek. Niech ludzie krwawią, kochanie.

I tak będziemy jeździć, rozmawiać w rytm pociągu, tak tak, tak tak, wszystko zależy od tego, czy ktoś otworzy nasz przedział i zapyta, czy tu wolne. Potem jeszcze będziemy musieli dźwigać ich bagaże, potem jeszcze śliskie spojrzenia, które nigdy nie trafiają, które zawsze chybiają, dlatego odwrócimy wreszcie od siebie wzrok, włączymy swoje empetrójki, otworzymy grube książki, rozwiążemy krzyżówkę. Albo nie. Zawsze można wyjść na korytarz, stanąć koniecznie w przeciągu trącani brzuchami i walizami przechodzących i patrzeć na korytarz, którego koniec przemieszcza się wraz z tobą, ale nigdy się nie zbliża.

Jest noc, tak tak, możesz spać, ja jeszcze posiedzę, pogapię się w okno, za którym nie widać nic, tylko czarny kwadrat, czarny kwadrat. Za moment cię obudzę i pójdziemy zapalić do pociągowego szaletu, zamkniemy się w tej małej przestrzeni, uchylimy okno. Pod stopami toaletowe papiery topione w kałużach o ostrej woni. Zaciągnij się, bo inaczej nie można. Tak tak. Po powrocie zauważymy, że wszystko nam ukradli i zostawili notkę, że jeszcze tu wrócą i nas zabiją.

Written by c y n i k

Styczeń 14, 2010 at 5:36 pm

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.