W u l g a r y z m

Vita sine libertate nihil

O obrotach ciał nieziemskich.

z 7 komentarzami

Ileż dziś eksplozji na niebie! Rozpędzone konstelacje wpadają na siebie i z agresją wyrywają sobie planety, gwiazdy, wyginają orbity. Z przerażającym, pozarzeczywistym jękiem załamują się międzywymiarowe tunele, rozpadają niezmienne stanowiska, mieszają koordynaty. Nieme nuklearne wybuchy, bezświetlne implozje! I ja to wszystko jeszcze mieszam, ja tworzę.

Wszystkie proste drogi, które kiedykolwiek prowadziły do celu, Aneta już wykrzywiła. Jeśli wczoraj, człowieku, wiedziałeś, że ulica Grodzka prowadzi do Rynku, tak dziś zalecam upewnić się, czy aby obecnie jej zwieńczeniem nie jest Pałac Kultury i Nauki. Aneta czasami wyobraża sobie Pałac Kultury i Nauki, choć w jej wykonaniu jest zdecydowanie bardziej kampowy. Kiedy nabija metalową lufę, myśli o śmierci. I o tym, że przedawkowała aspirynę trzy razy – „przypadkowo” – zastanawia się, czy pękną jej wrzody.

W Anetę można wpaść na amen. Zajebać się w chuj. Idziesz drogą, masz w głowie jakiejś, wydawałoby się, solidne myśli, pewne wartości, oparcie w postaci rodziny, dziewczyny, chłopaka, deski do prasowania, nie wiem, kota Filomena, idziesz i potykasz się o ego Anety – ego Anety ma formę wysoce syleptyczną i nigdy nie wiadomo, czy pokrywa się z ciałem, czy się w nim skrywa czy też wręcz z niego wyrasta – i nagle trach! Już ciemności mroczne przestrzenie, już nie wiadomo gdzie się podziały kamienice i wywrócone kosze, gdzie ulice i wystawowe szyby. Aneta cię pożarła. Aneta jest traumatycznym ucieleśnieniem idei pożerającej waginy. Gdy tylko jest w pobliżu, jak tykający krokodyl z Piotrusia Pana, słychać kłapanie.

Przy szkolnym płocie, z nasuniętym na twarz kapturem, Aneta szuka ofiary. Wypatruje najpiękniejszej licealistki, a gdy ta zostanie sama, podchodzi do niej i mówi: „Czy chcesz dowiedzieć się, jaki naprawdę sens ma w sobie Zbrodnia i kara?”. I ta licealistka wielkie oczy, przerażenie w duszy, ucieka w stronę swoich koleżanek i krzyczy: „Gocha, Gocha! Ta kurwa zwariowana szmata mi grozi! Zabić mnie chce, zabić, o Jezu!”. I już tam te niewinne licealistki maczety z torebek, widły, kombajny i zaraz za Anetą pędem się puszczają. A Aneta, jak spłoszony seksualny przestępca, między budynkami umyka, jak Frankenstein, jak Quasimodo, jak Bestia!

Gdy wróci do domu, opada na starą, zawilgoconą kanapę. Aneta w ogóle lubi kwiatki i trawę – na ścianie hoduje więc grzyby, pod stołem dokarmia resztkami obcą cywilizację. Ale teraz tego nie robi, bo znów myśli o śmierci. „Ach, gdybym miała swój pokój w ośrodku dla psychicznie chorych!”, mówi rozmarzona, „dniami rysowałabym nagie kobiety przytwierdzone łańcuchami do powietrza, a nocami chodziłabym na oddział szczególnie niebezpiecznych wariatów, gdzie oni przywiązani do łóżka, a ja wolna. Stałabym między nimi i drżała na każdy dźwięk jęknięcia skórzanych pasów, którymi przywiązano ich do posłań”.

Aneta prawie nigdy nie wychodzi. Mieszka w zapuszczonej kawalerce z prysznicem w kuchni i z kuchnią w sypialni. Wieczorami parzy kawę, puszcza Billie Holiday i myśli o śmierci. I o miłości. O tych wszystkich białych koniach, wieżach wysokich z malutkim okienkiem u samej góry, z którego niemożliwie piękna uwięziona blondyna spuszcza swój długi warkocz. I Aneta się wspina po tym warkoczu, wdycha jego woń, woń tej wspanialej miłości, która przecież czeka w tej wieży tylko na nią, gramoli się więc do góry i gdy jest w połowie, słyszy: „Pośpiesz się grubasko, kurwa, ty myślisz, że ja pierdole, ja tu cały dzień w tym przeciągu będę sterczeć!? Ciężka dupa kurwa, wącha włosy, pojebało cię doszczętnie?!”.

Aneta siedzi więc w swojej kawalerce i rysuje po ścianach. Niezrozumiałe dla zdrowego umysłu hieroglify, ornamenty, znaki, kody i koordynaty; powypisywała czarną kredką monologi swojej duszy. Gdyby po latach, wszedł do tej celi jakiś detektyw walczący z antyczną antychrześcijańską sektą Oświeconych, miałby roboty do końca życia albo przynajmniej na dwie powieści i trzy filmy.

A gdy chce się Anecie jeść, otwiera ona lodówkę. Pewnego dnia powiedziała mi: „W lodówce odkryłam przycisk do zniszczenia świata”. Pierwszy raz stało się to przypadkiem, ot, wcisnęła, by sprawdzić, do czego służy. Natychmiast lodówkowe żarówki rozbłysły czerwonym światłem i gdzieś spomiędzy sera a kalafiora zadudnił głos: „Świat ulegnie samozniszczeniu za 5…” I niebo pękło i sypnął grad, a plony zniszczały, na cztery góry zapadły się i ziemia zatrzęsła, na trzy wody spłynęły krwią i oceany wystąpiły z brzegów, na dwa zdrożały gaz i czynsz, na jeden zgasły wszelkie światła i świat pogrążył się w ciemnościach. Ale wtedy Aneta wystraszona zatrzasnęła lodówkę i wszystko wróciło do normy (oprócz czynszu). Dyszała oparta o cieknący zlew i myślała o śmierci. Każdego dnia Aneta wciska przycisk i w ostatnim momencie, jakby jednak z rozmyślenia, zatrzaskuje lodówkę.

Aneta mówi: każdy element został przewidziany nie przez Boga, a przez umysł zawładnięty narkotycznym uniesieniem. Nabijmy więc lufy. Zaprojektujmy własne pokoje. Przemalujmy świat! Wyjdźmy na ulicę, weźmy kubły farb czerwonej, fioletowej, zielonej, pomarańczowej, weźmy wszystkie barwy i przemalujmy nasze rynki, przemalujmy fasady budynków, w których mieszkamy, w których tracimy przytomność albo zyskujemy wiedzę! Niech świat spłynie farbą, niech Adam Mickiewicz będzie czerwony, niech białe marmury będą żółte a pałac prezydenta łaciaty! Niech stanie się kolor.

Czasami Aneta wchodzi do kościołów. Czarna, lodowata, pachnąca świętością dziura przyciąga wzrok i nie mogąc wytrzymać, przekracza ona średniowieczne portale. Przechadza się w ciszy modlitwy kafelkową posadzką, ogląda obrazy, gromnice, ikony i krzyże. Gdy nikt nie widzi, wchodzi na ambonę i patrzy na wiernych z góry – wtedy wskazuje kogoś palcem, a tego doświadcza los, umiera mu żona, dziecko wpada pod samochód, potem wskazuje kogoś innego, a temu zawala się dom, kradną mu samochód i kochająca córka popełnia samobójstwo. Aneta schodzi z ambony i podąża wzdłuż Drogi Krzyżowej, zaczynając jednak od makabrycznych scen ukrzyżowania, kończąc na obrazie  stacji I, Pan Jezus na śmierć skazany. Nikt nigdy nie siedzi na stacji z numerem jeden, jest nieefektowna i mało krwista. Aneta znajduje tam wolno stojącą rzeźbę Maryi Panny w niebieskich szatach. Ma smutną minę, jakby wiedziała, że za chwilę jej ciało zostanie rozdarte na miliony kawałeczków wpiętych do powtarzanych zduszonych głosem wieczornych modlitw. Maryja nie cieszy się, że urodziła syna, wzrok wbity ma w ziemię w to samo miejsce, które tyle razy widziała Aneta. W ciszy wyznawanych pokut, Aneta siada pod stopami Maryi i wpatruje się w jej twarz, próbując przejąć spojrzenie, aby ta nie musiała już więcej patrzyć w ziemię. Wreszcie rzuca się na nią, przytula do kamiennej, lodowatej sylwetki i czerwonymi ustami wpija w jej fioletowe z zimna wargi. A Maryja nie wytrzymuje, chybocze się chwilę, poczym z hukiem upada na posadzkę. Grzmot ogłusza wiernych, zdradza, dekonspiruje. Wściekły Bóg wybiega zza ołtarza, wygraża palcem, pluje.

Gdy Aneta przestaje biec, siada na ławce i myśli o śmierci.

Wieczorem w domu rozpala ognisko. Billie Holliday śpiewa o śmierci. Zabrudzony dywan kopci się smoliście. Aneta tańczy po kawalerce, otwiera szafki i już staniki lecą w ognisko. Potem chińskie zupki buchają fioletowym płomieniem, potem koce i poduszki, a ogień już przy suficie. I bach!, już indeks Uniwersytetu Jagiellońskiego ze średnią 5,0 w płomieniach, już Heideggery, już Platony wyją żałośnie, duchy nad ogniem wzlatują, wyją, śpiewają chóry anielskie. Już rysunki w płomienie wlatują, kobiety z rycin wiją się paskudnie, pokrywają strupami. Aneta siada na płonącej kanapie, nabija lufkę i myśli o śmierci. Aneta płonie. Ktoś krzyczy na zewnątrz, ktoś drzwi wyważa. Nieco tu gorąco, może jednak powinniśmy przewietrzyć nasze mieszkania? Przepraszam, czy tutaj ktoś się pali? My mind is glowing. Jakże piękne dzisiaj niebo, jakże wspaniały ma pani na sobie garnitur. I tyleż dostojeństwa. Usiądźmy tutaj i wspólnie podetnijmy sobie żyły. Billie Holiday śpiewa o śmierci.

Aneta wstaje, by pierwszy raz w życiu poczuć spokój, otworzyć lodówkę i wcisnąć przycisk.

Written by c y n i k

maj 15, 2009 @ 3:53 pm

Odpowiedzi: 7

Subscribe to comments with RSS.

  1. Ojej. Ale prócz Platona i Heideggera byli też inni. Całe mnóstwo.

    Alchemia

    maj 20, 2009 at 3:21 pm

    • Ojej. Mam zapytać, skąd to wiesz, albo o kogo Ci chodzi? Alchemio. Skup się na tekście i nie świeć. ;]

      c y n i k

      maj 22, 2009 at 4:35 pm

  2. Spokojnie. Twojego blasku cekinów nikt nie przebije ;-)

    Poza tym tekst jest ok. Gdyby nie to potknięcie.

    Alchemia

    maj 28, 2009 at 3:20 pm

  3. Ale które potknięcie, potrafisz je wskazać?
    Bo w miejsce Heideggera i Platona nie może wejść Baudrillard, Rorty czy Zizek, bo też reprezentuję oni inny typ myślenia. Heidgegger i Platon płoną dlatego, bo stanowią klasykę myślenia. Zwłaszcza, rzecz jasna, Platon. Płonie jego obiektywizm. Oto, wydaje mi się, chodziło.

    c y n i k

    maj 29, 2009 at 2:33 pm

  4. Skoro w tą stronę, to cyniku nie Heidegger tylko wyłącznie sam Platon – w myśl tego co zauważył trafnie Whitehead, że Platon był ostatnim filozofem, a wszyscy po nim to już tylko przypisy… (notabene dla mnie był nie tylko ostatnim ale i pierwszym ;p).

    I nie odżegnywałabym się tak od reszty. Zwłaszcza, że we wcześniejszych głęboka znajomością Platona się nie wykazałeś ;-)

    Alchemia

    czerwiec 22, 2009 at 11:09 am

  5. * w tę…miało być ;p

    Alchemia

    czerwiec 22, 2009 at 11:09 am

  6. * wcześniejszych wpisach.

    uFff wybacz mi niedoskonałości i zgryźliwość ;-)

    Alchemia

    czerwiec 22, 2009 at 11:11 am


Dodaj komentarz