Archiwum dla kwiecień 2009
Życie i twórczość Zofii Prześcieradło.
Gdybym przynajmniej oszalał naprawdę! –
Àlvaro de Campos, Esta velha angústia, 1934.*
Było tłoczno i kolorowo, pachniało potem, wódką i dżojtami, muzyka grała, a sala tańczyła. Przyznaję, nie do końca ułożone w głowie wówczas miałem; jakieś poczucie rzeczywistości, poczucie twardej podłogi, ale jednak jakby ktoś przejechał papierem ściernym po moim światoobraazie i z solidnej konstrukcji, o którą zawsze można się oprzeć, pozostała wiotka ścianka, prześwitująca w niektórych miejscach wielką bezdenną czeluścią, albo setkami małym dziurek i zaułków, w których można się zakopać na długie lata i prowadzić niekończące się dysputy z własnym ego. Zdecydowanie więc, rozumiecie, byłem naćpany.
Widziałem więc wówczas to, czego nie widzą inni, doświadczałem niedoświadczalnego, pojmowałem istotę rzeczy i tego typu ważne kwestie, kiedy nagle w zawirowaniach przestrzeni, gdzieś między tymi wszystkimi inwazyjnymi ciałami, dyskotekowymi kulami, nieprzytomnymi istotami, gdzieś pomiędzy całym tym, co zadziwiające, koegzystującym bajzlem, mignęła mi niesamowita Zofia Prześcieradło.
Zofia Prześcieradło to postać z bajki nie dla dzieci. Aby zrozumieć jej oczojebność należałoby dokładnie opisać tło pubu, w którym wówczas stałem, ale darujcie mi tę narratorskie licencia poetica, bo nie zrobię tego, nie. Dość powiedzieć, że Zofia Prześcieradło była jak anioł na śmietniki, Matka Teresa w burdelu, Albert Einstein w kościele, jak poeta wśród analfabetów, jak Jan Paweł II na mszy satanistycznej, jak ja między ludźmi… No, po prostu, Zofia Prześcieradło była zajebista. A jeśli jesteś, Czytelniku Drogi, fanem hip-hopu, to może dodam, że Zofia Prześcieradło była wykurwiona w kosmos, odjebana że chuj, hardkor total masakra, że nic, tylko wyć. Taka właśnie była, zjawiskowa.
Zacząłem zastanawiać się wówczas – i szczerze mówiąc, zastanawiam się do dzisiaj – czy ta niesamowita dziewczyna w ogóle istniała – czy też to po prostu ja wpadłem w jedną z wielu czyhających na naćpanych ludzi pułapek retoryczno-performatywnych, zwłaszcza, że cierpię na chroniczny kryzys poczucia rzeczywistości. Rzeczywiście mogło tak być, że to mózg stawia mi pasjanse i bezlitośnie czeka, aż uporam się z kolejnym równaniem, by zadać kolejne, jeszcze bardziej niszczące. Mogło tak być, bo marihuaniści ostatecznie zwykle wariują, zawieszają się na jakimś wyjątkowo zajmującym elemencie rzeczywistości, bywa tak, że wpadają w jakąś szczelinę i wyjść, już do końca, z niej nie mogą. Zofia Prześcieradło mogła być moją szczeliną, albo kimś w rodzaju alter ego, mojej upostaciowionej animy. W sytuacji, gdy sam nie możesz uporać się z antynomią prawdy i fałszu, zwykle odnosisz się do zewnętrznego obserwatora. Osoby postronne, zaznaczmy to dla tych, którzy lubią myśleć, że wiedzą, na czym stoją, twierdzą, że Zofia Prześcieradło rzeczywiście istnieje – lub istniała – że podeszła wówczas do mnie i rzeczywiście mówiła. Pytanie tylko, czy to cokolwiek zmienia i czy rzeczywiście mogę więc powiedzieć, że tak, Zofia Prześcieradło istnieje?
Zofia Prześcieradło podeszła więc do mnie – czy tez może, przylewitowała, nic nie jest pewne, Czytelniku Drogi, w knajpie o trzeciej w nocy, gdy w żyłach pulsuje alkohol, gdy ujarany mózg wysyła sprzeczne informacje, ale co z tego, skoro nic nie jest pewne, nic a nic – i z rozbrajającym, obsesyjnie pięknym uśmiechem na twarzy – a skromnym, a pięknym! – powiedziała:
Jestem Zofia Prześcieradło.
I podała mi rękę, podała mi ja, a ją chyba uścisnąłem i powiedziałem, że jestem tym, kim jestem.
A była ona piękna. Zofia Prześcieradło była jak z pamiętnika nastolatki – wszystko od pierwszego wejrzenia. Zakochałem się ja więc tam wówczas, na tej obcej ziemi, bo może dodajmy dla tych, którzy lubią uważać, że wiedzą cokolwiek, że akcja moich przygód z tego tekstu toczy się w Holandii, gdzie świat jest o wiele piękniejszy niż w Polsce i wszystko jest tam piękniejsze i lepsze i bardziej zajebiste, zwłaszcza, gdy się upalisz w którymś z coffeshopow, zakochałem się ja na tej obcej ziemi i dreszcze wstrząsnęły mną, dreszcze i niepewności poczęły mnożyć się w głowie, że cóż teraz zrobić, jak się zachować, jak mrugnąć okiem, szybko czy wolno, czy nie nazbyt wyrafinowanie, czy ubranym dobrze i mankiety białe odpowiednie, czy może to powiedzieć a tamto.
Zakochałem się w niej bez pamięci – zwłaszcza, że alkohol robił swoje – zakochałem się od pierwszego wejrzenia w jej włosach i ustach, w jej dłoniach i policzkach, w prześwietlonych oczach, w słowach jej się również zakochałem – „Jestem Zofia Prześcieradło”, czy to nie piękne?! – w gestach, w ruchu, w bezruchu, w postaci i procesie – zakochałem się, no kurwa mać, w Zofii Prześcieradło.
A wiedzieć musisz, Czytelniku, że osoba naćpana jest cokolwiek podejrzana i nigdy nie możesz być pewny, czy zapytana, odpowie ci ona sama czy może Mojżesz może, albo może Gagarin, też być tak może. Wszystko może. Ale. Wiedzieć również powinieneś, że człowiek upalony to człowiek specyficzny i nie każdy ma takie same, że tak powiem, objawy poczucia rzeczywistości, choć pewne elementy w istocie są wspólne, jak na przykład wyczulony zmysł (Monar nazywa to przytłumionym zmysłem), doświadczenie Prawdy i Rozumu, tj. logos na najwyższych obrotach, czy też posiadanie rozwiązania na absolutnie każdy problem. Stąd, co zrozumiałe, gdy upalony człowiek dostanie do ręki problem, zaraz rozpoczyna się wielki proces myślowy i potrafi on, aby wyjaśnić na przykład możliwość wkręcenia żarówki, obrócić całym budynkiem. Nie zawsze więc osoba trzeźwa zrozumie myślenie osoby nietrzeźwej, co przyznajmy, odkrywcze nie jest, ale nie oznacza to, że osoba nietrzeźwa winna być z tego powodu zdyskredytowana. Tyle teorii powstało, tyle światów zwiedziłem, tyle rzeczy zrozumiałem po dżojtach, choć żadnej z nich nie pamiętam.
Pamiętam natomiast Zofię Prześcieradło, albo wydaje mi się, że ją pamiętam. Pamiętam, że odezwała się do mnie tylko raz – „Jestem Zofia Prześcieradło – i już nie wiedziałem, nawet wtedy, kiedy stała naprzeciw mnie i kusiła – ach kusiła! – czy to rzeczywiście stoi ciało czy może tylko duch jakiś, przewidzenie, bo też już mieliłem w głowie całość zjawiska o nazwie Zofia Prześcieradło.
Rozbierałem ja ją w myślach – choć nie wiem, gdzie jest to „w myślach” – kochałem się z nią i czytałem jej do snu Geneta, Wilde’a i Dukaja, już ja ją tam miałem – ach miałem! – już ja ją tam krochmaliłem, całowałem, już ja ją ścieliłem, tak, ścieliłem.
I Zofia Prześcieradło wówczas znikła. Zauważyłem to po jakimś czasie (proces trwał). Czy więc Zofia Prześcieradło istnieje i gdzieś tam błąka się, jak duch, po holenderskich klubach, pobrzękuje może łańcuchami i wyje do księżyca, że ukochany został utracony, że „Jestem Zofia Prześcieradło”. Czy może Zofia Prześcieradło jest wszędzie tam, gdzie ja (słyszę czasami pobrzękiwania, a wczoraj mógłbym przysiąc, że widziałem ją na Sławkowskiej w Krakowie) i przejawia się, migoce, przebija na zewnątrz sporadycznym błyskiem, poczym szybko znów umyka. Może tak. Może też inaczej. Może to ja jestem Zofią Prześcieradło i pobrzękuję łańcuchami wtedy, kiedy tego potrzebuję? Gdy galaktyka eksploduje delikatnymi kurwikami, wtedy właśnie rodzi się nowa, piękna, wieczna Zofia Prześcieradło. I złapię ją kiedyś, jak Mały Książe, złapię ja w siatkę na motyle. I podróżować będę po granatowym niebie, zostawiając za sobą kometowy ogon. Będę piękny, że wyć.
Kraków 2009
* W rzeczywistości Fernando Pessoi, odsyłam do tekstu Richarda Zenitha, Dramat i sen Fernanda Pessoi, przeł. K. Bartczak, „Literatura na świecie”, nr 10-11-12 2002.


