W u l g a r y z m

Vita sine libertate nihil

Gruba zakonnica z zanadrza.

z 13 komentarzami

A czasami obserwuję, jak świat się rozpada. Najpierw wszystko jęczy, napina się i rozciąga. I wtedy już wiesz, że za chwilę nastąpi pęknięcie, a potem w ułamku sekundy wszystko jak brutalnie rozciągnięta sprężyna, złoży się w jedno. I wszystkie niezniszczalne mury, i wszystkie nienaruszalne tereny prywatne, wszystkie odznaki policyjne i wyprostowane grożące palce wskazujące, złamią się, skruszą, spalą, runą. A potem będzie już wszystko.

A czasami obserwuję, jak świat się rozpada. Ostatnio stało się to w piątek w Krakowie, gdy siedziałem na wygodnej ławce na ulicy Grodzkiej. Inaczej rozpada się świat w Kamiennej Górze, inaczej natomiast w Krakowie. Toteż świat runął w Krakowie i ktoś mógłby tu powiedzieć, że należało wynieść się wcześniej, razem z Wawelskim, który w tym mieście już nie mieszka. Nie zawsze jednak „należało” się ziszcza.

Siedziałem więc na ławce na ulicy Grodzkiej. Świat, proszę państwa, stał. Stał całkiem niewzruszony na moje siedzenie, te 60 kilogramów, no, 80, no, 81, nie pozostawiało na świecie żadnych widocznych znaków. Jakby mnie tam nie było, moi drodzy, jakbym był jednym z tych nigdy niespotykanych platońskich duchów i Heideggerowskich absolutów, który nawet jeśli myśli i czuje, to i tak wszyscy przez niego przechodzą, wzdrygając się tylko. Innymi słowy, dla słabiej rozwiniętych, byłem jak Kacper Przyjazny Duszek.

Siedziałem więc na ławce na ulicy Grodzkiej. Świat, proszę państwa, istniał jak zawsze, jak zawsze zabytki ostemplowane emblematem ministerstwa fotografowane były przez turystów, jak zawsze irytująca studentka w niebieskiej kurtce rozdawała ulotki zapraszające na koncert muzyki klasycznej, jak zawsze zaprzęgnięte klacze ciągnęły dorożki, jak zawsze, Piotr Skarga unosił Biblię w faszystowskim pozdrowieniu i naganiał zbłąkanych Japończyków do Kościoła św. Piotra i Pawła. Możecie mi wierzyć – ale możecie tez nie wierzyć – że absolutnie nic nie zwiastowało, ni gwiazda, ni drgania ziemi, absolutnie nic nie wróżyło rychłego końca świata. Oto niewydżenderowane kobiety wyprowadzały swoich synków i córeczki, oto sprzedawca czapek i rękawiczek ze spokojem sprzedawał czapki i rękawiczki, oto rysownicy karykatur ze spokojem oczekiwali nigdy nie nadchodzących klientów, oto księża przechadzali się równolegle biegnącą ulicą Kanoniczą, popatrując sobie z dumą i równowagą na plecy stojącego, jak zwykle, w tym samym miejscu Piotra Skargi, oto schludnie ubrany student, na oko w Zarze, zamawiał w pobliskiej, dziwacznej księgarni kawę i biszkopty, by czytać Józefa Mackiewicza, oto ciągnęły z jednego budynku do drugiego rzesze młodzieży, oto rzucali papierosy, oto w ślad za nimi sunęli bezdomni pijaczkowie, zbierając niedopałki z mokrych płyt chodnikowych, oto pies obsikiwał cokół Piotra Skargi, oto ławka, na której siedziałem, była twarda i solidna, jak zawsze.

I wtedy pojawiła się gruba zakonnica. Cynik mówi: są pewne w życiu chwile, które nijak mają się do całości. Kiedy trwają „teraz”, nic z nich nie rozumiemy, kiedy wracamy do nich myślą, próbujemy przyporządkować je do jakiegoś większego algorytmu, a one, złośliwie, rozpadają się na jeszcze drobniejsze, trudniejsze do dopasowania elementy. Gruba zakonnica była tego rodzaju wywrotowym elementem. Gruba zakonnica pochodziła z zanadrza, gruba zakonnica była znienacka. Odziana w typową dla zakonnic czerń, nadchodziła od strony Rynku Głównego ulicą Grodzką, taszcząc w skórzanej, równie czarnej torbie, jakieś pogięte, odręczne notatki, miniaturowe zbiory psalmów, niezliczone modlitewniki i drewniane figurki Jezuska – bo w Krakowie nie sprzedaje się Jezusków fosforyzujących, Kraków ceni sobie tradycję i Jezuski sprzedaje w drzewie – dalej setki rycin wykładających łopatologicznie ideę każdego przykazania Dekalogu, miliony kolorowych obrazków z Maryją Zawsze Dziewicą, tryliony oazowych piosenek wraz z chwytami na gitarę, a to wszystko dla zdegenerowanych waszych, drodzy czytelnicy, dzieci, dla waszych pociech, które najpewniej teraz w przedszkolu czekały, siedząc po turecku, na spóźnioną zakonnicę. I idzie ta gruba zakonnica, i sapie, a ludzie jej, podobnie jak mnie, nie widzą, nie widzi jej pies szczający na Skargę, ba, nie widzi jej z góry nawet sam Skarga, nie widzą jej pijacy, konie zaprzęgowe, matki i ich dzieci. Świat stał niewzruszony, świat nawet nie sprawiał wrażenia, bo wszystko sprawiało się samo. Ta niepodważalna rzeczywistość była całkowicie niewidzialna, te wszystkie przyczepione do ludzi kukiełkowe nitki nie dawały się odczuć.

I wtedy pojawiła się gruba zakonnica. Cynik mówi: nikt nie podważa realności świata, chyba że jest szaleńcem lub idiotą. Gruba zakonnica należała do trzeciej grupy, którą Freud nakazywał leczyć, bo stanowi odstępstwo od normy. Gruba zakonnica była melancholikiem, co nie przystoi, jak możemy się domyślać, porządnej, dobrze wykarmionej zakonnicy. Tło więc istniało, a robiło to podle cicho, niemożliwie skrycie, tak, że nikt, ani matki, ani pijacy, ani nawet pies, nie zastanawiali się, czy przypadkiem ta rzeczywistość nie ma charakteru farby i tektury. Wszystko było. Zakonnica więc sapiąc z wysiłku niosła niemożliwie ciężką, wypełnioną po brzegi torbę, ciągnęła ją właściwie za sobą, wypluwając płuca. Policzki czerwone, nos zaziębiony, a ona sama ciężka, potężna i pot z niej spływa. Z oczu łzy ciekną, mięśnie napięte, już, tak, już oczko z rajtuzy poszło, drugie, trzecie, a torba nadal, nie za bardzo chce do przodu, torba nadal ciężka. Wszystko było stałe, wszystko zdawało się nie mieć końca.

I nagle, ni stąd ni zowąd, zakonnica, puszczając torbę, krzyknęła: „Pierdolę to!”. Cynik mówi: nie każde „pierdolę to!” ma w sobie moc sprawczą, to jednak miało. To „pierdolę to!” było, bez wszech miar, uświęcone boską siłą, miało w sobie coś z wywrotowej potęgi Jezusa Chrystusa, rewolucyjnego brzeszczotu dotkliwie wbitego w nieujednaną rzeczywistość. To „pierdolę to!” było jednak tragiczne, bo nagle ludzie spojrzeli w jej kierunku, popatrzyli na nią, na jej ubrania, na jej torbę z krzyżykami, a potem popukali się w głowę, popukali się w czoło stojący najbliżej żule, popukały się matki, popukałby się, gdyby mógł, pies szczający na Piotra Skargę. Świat popukał się w głowę. A zakonnica nagle jeszcze raz zawyła „Pierdolę to!” i poczęła kopać tymi prostymi, startymi butami skórzaną torbę, waliła z całej siły, aż puścił ostatecznie wiekowy, wielokrotnie namydlany zamek błyskawiczny i na ten mokry od topniejącego śniegu krakowski bruk, na ulicę Grodzką, wysypały się te wszystkie karteczki, psalmy, Biblie, katechizmy, piosenki i krzyżyki, cała niezliczona zawartość wystrzeliła z upakowanej torby na zewnątrz, wpadając w kałuże, w przechodniów, w obserwujące wszystko wielkie, monumentalne rzeźby świętych, stojących przy murze Kościoła św. Piotra i Pawła. A zakonnica dalej, depcze, krzyczy, „Pierdolę to! Pierdolę to!” i depcze, krzyczy, depcze, ślini się, krztusi, płacze, pierdoli to dalej.

I potem nagle cicho. Przez chwilo cicho i teraz, drogi czytelniku, jeśli znane ci są wykładnie romantycznych obrazów, to wiesz, że to cisza przed burzą, teraz, czytelniku, gotuj się na najciekawsze choć także najniebezpieczniejsze. Bo nagle, w tej ciszy, w tej niemożliwe, przerażającej głuchej ciszy, rozległ się trzask. I wszyscy zgromadzeni natychmiast zwrócili się w stronę stojącej w pobliżu rzeźby Piotra Skargi, bo cokół jego pękł i pękał nadal. Pajęczyna niebezpiecznie pokryła całą rzeźbę i po chwili spokoju, kiedy wszyscy myśleli, że to już się skończy, że koniec tych nienormalnych wydarzeń z ulicy Grodzkiej, kiedy sikający pies odetchnął z ulgą, bo mógł nadal niezmiennie szczać w najlepsze, to nagle głowa Piotra Skargi zleciała na bruk, roztrzaskując się z łoskotem, a w ślad za głową, jak to bywa, całe ciało zleciało, rozpieprzając się efektownie na starodawnym brukowanym deptaku.

I potem świat jęknął, świat się wzburzył, potem ściany podejrzanie gruchnęły, i poczęły walić się gmachu i ludzie krzyczeli, bo zawsze boli, gdy świat się wali, i upadły wszyscy święci i ulica Kanoniczna znikła, a potem również Grodzka, i znikł Wawel niedaleko stojący, znikły Jezuski drewniane, katechizmy także. Cały świat jęknął, jaka naciągnięta struna i pierdolnął w najlepsze, a domek z kart niósł fale dalej, dalej, do Kazimierza i nawet do Nowej Huty.

A ja już nie siedziałem, bo ławki nie było.

Written by c y n i k

styczeń 25, 2009 @ 12:44 am

Odpowiedzi: 13

Subscribe to comments with RSS.

  1. może to już jutro?

    skem

    styczeń 26, 2009 at 7:59 pm

  2. Platońskie cienie. Odbicia chociaż.

    Alchemia

    styczeń 26, 2009 at 8:16 pm

  3. Alchemio, słońce na zewnątrz nie istnieje, nie ma czego tam szukać.

    c y n i k

    styczeń 26, 2009 at 8:22 pm

  4. Tak jak i duchy w jaskini zwanej potocznie rzeczywistością.

    Alchemia

    styczeń 27, 2009 at 2:00 pm

  5. No. Brawo.
    Ech, tyle pracy włożyłem w ten tekst (całe dwie godziny, szok!) i tak mało komentarzy. Zastrajkuję.

    c y n i k

    styczeń 27, 2009 at 6:40 pm

  6. bo działa przygnębiająco… czytasz i możesz być pewny, że za chwilę, jutro, za dwa tygodnie i trzy dni… wydarzy się…

    skem

    styczeń 27, 2009 at 7:47 pm

  7. Oby, oby!

    c y n i k

    styczeń 28, 2009 at 1:29 am

  8. Mnie tylko te duchy przytłoczyły (bo dlaczego, pytam, bo dlaczego?).
    Poza nimi tekst jest dość…pozytywnie detonujący wszelkiej maści ‘ohy’ i ‘ahy’. Mimo to, bądźmy szczerzy, bluzgające zakonnice nie są tożsame z czarnym śniegiem.

    Alchemia

    styczeń 28, 2009 at 1:14 pm

  9. ke? A od kiedy w moich tekstach ma być coś tożsame? O rzeczach tożsamych to sobie poczytaj u Josepha Conrada. Nigdy nie zrezygnuję z prymu języka nad fabułą, mimo, że np. Ziemkiewicz chciałby inaczej. Świat w tych tekstach jest zdeformowany i taki będzie chyba zawsze. Ta deformacja jest moja, bardzo moja i dobrze się w niej czuję. Nie odnajduję się w twardych, zamurowanych światach tożsamych, obiektywnych, realnych. Nie piszę więc by zbawiać, piszę, bo od tego mi staje.

    c y n i k

    styczeń 28, 2009 at 1:58 pm

  10. A tak, zapomniałam. Literat.
    Od spożywania opaśnych tomów notatek miewam ostatnio takowe dziury…

    Alchemia

    styczeń 30, 2009 at 3:48 pm

  11. jesteś jebanym ateistą:)))))

    poipio

    marzec 11, 2009 at 8:18 pm

  12. szatan Cie kocha pamiętaj nie zawiedź go i walzc z kościołem!!!

    lkh

    marzec 11, 2009 at 8:30 pm

  13. Wylinkował ktoś mój blog w serwisie dla dla bezmózgich yeti, że taki najazd, czy co? :)

    c y n i k

    marzec 20, 2009 at 6:01 pm


Dodaj komentarz