Szczęśliwe zakończenie.
Muszę się wam przyznać do jednej zalety, jaką posiadam. Otóż nienawidzę ludzi. Sprawa prosta i stara jak świat, czasami zresztą popierana jakąś uwzniośloną literaturą i ideologią, a czasami popierana zaledwie afektem. Ja nie popieram niczym, bo temat w sumie zupełnie głupi. Nienawidzę ludzi. Nie cierpię ich, nie znoszę. Spektrum mojej nienawiści nie oszczędza nikogo. Bo nienawidzę właściwie każdego. Nauczony odbiorem moich tekstów powinienem chyba jednak ponieść myśl dalej i wyjaśnić, kogo tak naprawdę nie lubię.
Otóż, nie irytują mnie narody, kraje, obyczaje, kultury, plemiona – innymi słowy, nie widzę nic denerwującego w Niemcach, Rosjanach, Murzynach, Żydach, Marsjanach czy w pantofelkach. Ja znieść nie mogę samego człowieka. Na samą myśl, że mam jutro wstać i przejść przez miasto pełne rozmaitych ludzi, odechciewa mi się żyć. I nie daj Boże ktoś mnie zaczepi i o coś zapyta. Albo zobaczę jakaś nieprzyjemną sytuację: trzech chłoptasiów idących zbyt pewnie ulicą, dziewczynę silącą się w rozmowie na przynajmniej jedno analityczne pojęcie w każdym zdaniu, sprzedawcę w delikatesach reagującego na moje dzień dobry zblazowanym „ehe”, nieprzyjemnego klienta, który w renomowanej restauracji będzie wrzeszczał „ile jeszcze mam czekać?!”, profesora na katedrze, którego nauka doprowadziła już do zupełnego zidiocenia, pijaka, który prosi mnie na ulicy o pieniądze na chleb, „prawdziwego faceta” z namiastką mózgu pouczającego każdego, jak ma wyglądać, co nosić, i co golić, kibica dennej drużyny piłkarskiej wypowiadającego zdanie: „Za drużynę oddam życie”, niedouczonego prawicowca wypowiadającego sądy o całej literaturze, szesnastolatka zaczynającego zdanie od „kobieta powinna…”, początkującego skinheada malującego na ścianach swastykę „do góry nogami”, optymistyczną chrześcijankę rozdająca ulotki „Nietzsche pomylił się – Bóg żyje!”, osiemdziesięcioletnią babcię z ordynarny wyrazem twarzy, czterdziestoletniego faceta, emerytowanego górnika, rozpoczynającego zdanie od „bo to wszystko są złodzieje”. Wreszcie zwykłych ludzi, na których zmuszony będę spojrzeć i którzy odwzajemnią spojrzenie.
Toteż wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy wczorajszego dnia wstałem zupełnie szczęśliwy. Otworzyłem oczy i sufit bynajmniej nie wisiał na pięć centymetrów nad nosem, nic mnie nie przytłaczało, nic nie dobijało, nikt nie napierdalał od bladego świtu. Oaza spokoju. Zdziwiony stanąłem na nogi – już nie pamiętam, czy to lewa, czy to prawa – i z niedowierzaniem wyszedłem na korytarz mojego studenckiego mieszkania. Tak. Tak, to zadziwiające, ale obecność za ścianą studentek germanistyki wcale mnie nie irytowała! Nie chciałem, przynajmniej tego dnia, powiesić na drzwiach celtyckiego krzyża, nie chciałem związać sznurówek ich germańskich butów, nie chciałem ukraść notatek, popisać podręczników, napluć do kieszeni. Wszystko było lekkie, bez bagażu niemal unosiłem się nad ziemią. Ta ściana przy kuchni, która zawsze z miną Roberta de Niro mówiła do mnie: „Jesteś beznadziejny” dziś nuciła sobie jakąś wesołą piosnkę o elizejskich polach, owieczkach i kryształowym niebie. Wszedłem do kuchni i pijąc kawę, jedząc orzechowe masło, nabierałem głęboko powietrza, ryzykując zakrztuszenie, bo to szczęście było jak papieros po dziesięcioletniej przerwie od nałogu. Skłamałbym, że drżałem, ale jednak, czułem się jak jakiś Leonardo di Caprio, który wstaje rano budzony aromatem parzonej kawy, rozsuwa pilotem zasłony i patrzy sobie na swój gigantyczny basen z pływającymi w nim plażowymi piłkami, patrzy i zaczyna się zastanawiać, które ferrari dzisiaj wybierze, by pojechać po mleko.
Pomyślałem więc: Boże! Jestem szczęśliwy, tak pierwotnie szczęśliwy, tak niezobowiązująco szczęśliwy, tak prosto i w oderwaniu od jakichkolwiek czynników zewnętrznych, od kultury, od telewizji, od kawy rury i rozsypanego o siódmej rano cukru na kuchennym blacie, jestem tak dziwnie nieludzki, że aż chyba zaraz to opiszę! Że utrwalę to, abym kiedyś pamiętał, że tego dnia słoneczko wstało punktualnie. I siedząc tak przy stole, zacząłem zastanawiać się, jaka ja wam to przekażę, jaka ja to spiszę, te moje oślepiające reflektory. I kiedy układałem kolejne zdania, śmieszne uwagi, błyskotliwe pointy, kiedy tak formowałem tekst w głowie, to co rusz potykałem się o kropkę, o przecinki, o semantykę jakiegoś nazbyt wąskiego słowa, to zacząłem kląć pod nosem, przy tej porannej kawie, przy chlebie z orzechowym masłem; klnąc zacząłem i wreszcie tak się zdenerwowałem, że to wszystko nic, że to do kosza, a wy, tak, wy, wy do bani jesteście i w ogóle się nie poznacie, o nie, w ogóle, bo wy jesteście typem skurwysynów w ogóle, tak się zdenerwowałem na bezsens tych moich starań, że nagle ściana z korytarza rozwrzeszczała się na dobre „Jesteś beznadziejny!”, że nagle ta kawa okazała się tak obrzydliwą, że nagle świat za oknem, co jeszcze przed chwilą „prószył delikatnymi płatkami nieba” teraz napierdalał ostrymi stropami bezwzględności.
Więc wstałem! I wiedząc, że nie zaczyna się zdania od „więc”, jeszcze bardziej się wkurzyłem, wbiegłem na korytarz i wodoodpornym markerem po drzwiach tym pieprzonym germanistkom zacząłem „faking dojczland” pisać, i swasty wieszać, i naplułem w kieszenie, sznurówki związałem, a na koniec, tak, tak właśnie, buty im kurwa schowałem!!!



“Samego człowieka”? Ciekawe, ba fascynujące. Może spotkałeś już “samego” człowieka? Jeśli tak (a w takim razie jesteś bogatszy o doświadczenie, którego Ci zazdroszczę), to podziel się koniecznie tym doświadczeniem. Gdzie go spotkałeś? Jak wygląda? Jaką miał płeć, kolor oczu, poglądy, wykształcenie, wyznanie? Co Ci powiedział? W jakim był wieku? Dziecko czy starzec?
Gdyby jednak okazało się – co podejrzewam – że nigdy jeszcze człowieka “jako takiego” nie spotkałeś, to konkluzja jest niewesoła. Nienawidzisz kogoś kogo nie znasz, kogo nigdy nie poznałeś i kogo istnienie możesz jedynie w takim wypadku podejrzewać.
Innymi słowy: nienawidzisz swe wyobrażenie o kimś, kogonie znasz i (z braku bezpośrednich doświadczeń) znać nie możesz.
To co opisujesz jako zachowanie “samego człowieka” to zachowania jednostkowe. Istotnie nieprzyjemne dla otoczenia. Zlepiasz je jednak dla wygody w hipotetyczny lecz nie istniejący byt ogólny i nazywasz “człowiekiem jako takim”. Jest to zachowanie paradoksalne i zupełnie nie różniące się od zachowań od których się na początku dystansujesz.
A poza tym – dobrze napisane. I takie młode, radykalne, świerze…
telemach
styczeń 18, 2009 at 9:44 pm
telemachu, spodziewałem się komentarza w podobnym tonie, acz bardziej zaczepnego. Przypomina mi się sytuacja barowa – sytuacje barowa zawsze są warte wzmianki, bo są głupie i adekwatne do każdego przykładu – w której siedziałem z dopiero co poznanym przypadkowym amatorem alkoholu. Piliśmy, rozmawialiśmy i uśmiechaliśmy się do siebie. Co jakiś czas podsłuchiwałem, co mówi mój drugi znajomy, potem znów wysyłalem uśmiech nowo poznanemu. Znajomy coś rzekł o wyjątkowo mizernym poczuciu swojego ducha, ja dodalem swoje grosze o mizantropijnym mym podejściu i nagle jak nie pierdykło, jaka nie zawrzało, jak nie pękło coś w moim nowo poznanym koledze… Rzecze mój kolega: “Jak to! Jak to! Jak można nie lubić ludzi? Jak można świata nie lubić! Ludzi trzeba kochać! Kochac ich trzeba! Pierdolisz, że szok, powinno się ciebie…” i dalej szły już niezłe inwektywy wysyłające mnie do pieca w Auschwitz bądź na Grenlandię. Na marginesie, nowo poznanego kolegę do tej pory spotykam i cenię.
Nie sugeruję, że Twój komentarz taki jest. Wręcz przeciwnie, niezła krytyka i utrafienie w sedno, która zauważyłem właściwie po Twoim komentarzu właśnie. Rzeczywiście padłem ofiarą tego, z czego zawsze się śmiałem. Z zawłaszczenia. Z procesu niewidzialnego, bo działającego z poziomu nas samych. Podejście jest również, co wytknąłeś, błędne już przy samym nazewnictwie. Spieprzyłem tu, że tak adekwatnie powiem do Twojego filozoficznego zacięcia, podmiotowość. ;] Logiczne jest, że moje odczucie dotyczy człowieka konkretnego, człowieka, który owych opisanych w tekście przywar nabawił sie w kulturze, stąd nazwijmy go może podmiotem. Owym podmiotom wytykam sprawy, które przypisuję jakiemuś “naturalnemu” stanowi rzeczy, co jest błędne, bo to co historyczne i kulturowe, nie przechodzi na stronę tego, co cielesne i naturalne. Innymi słowy, wytykam człowiekowi to, że jest podmiotem, nie wiedząc, że wytykam to w istocie podmiotowi. Dobre. Rzeczywiście tu ległem. A cały upadek na przestrzeni paru słów. Damn. Markowski nie byłby dumny. ;]
Przyznaje Ci więc rację i kalam się. Natomiast skąd ta pierwsza anegdota o knajpianym nowo poznanym. Otóż ja nie widzę w mizantropii jakichś szczególnych problemów. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że zwykle sam mizantrop pada ofiarą mizantropii. Przykład kolegi jest dobrym przykładem. Zdanie w stylu “Musisz kochać ludzi bo inaczej wpierdol” to natomiast świetna egzemplifikacja. W pewnym momencie nie wiadomo już, kto jest mizantropem. Mizantrop, tak jak ja to rozumiem, to ktoś, kto owszem, ma pewną awersję do ludzi, do ogółu właśnie, na którym ja się wykraczyłem, ale ta awersja nie znaczy zaś jakichś działań, które podjął bohater tekstu w ostatnim akapicie. Tzn. mizantrop ogranicza się raczej do smutnego ględzenia, nie zaś jakiegoś socjopatycznego działania – stąd w ogóle ten tekst, w obronie mizantropii, że tak szumnie skończę. Uwagę traktować ulgowo.
“A poza tym – dobrze napisane. I takie młode, radykalne, świerze…”
Yyy… Ok?
Ps. Mam straszne problemy z klawiaturą laptopa i ciągle robię literówki, nie mówiąc o tym, że przestaje mi działać ALT.
c y n i k
styczeń 19, 2009 at 10:35 pm
Oj, dogadałbyś się z Moją Ukochaną Lepszą Połową Zuzanną.
Jak ona nienawidzi ludzi!
Cóż, politolog. Ma podstawy.
yony
styczeń 21, 2009 at 3:40 pm
Cynik, ja mam czasem takie dni, ze mizantrop przy mnie to nieslubne dziecko Sw. Teresy z Kalkuty. Smiesza mnie rowniez wszystkie jednostki nawołujące do kochania człowieka i ludzkości. Ludzkość? Nie znam. Znam Kowalskiego spod piątki. Wczoraj zarzygał klatkę schodową, w zeszłym tygodniu widziałem jak lał do pisakownicy ale poza tym to podobno równy gość. Podobno jednak żonę bije. Ale nigdy gdy jest trzeźwy…Czy ja go już widziałem trzeźwego?
telemach
styczeń 22, 2009 at 3:01 pm