W u l g a r y z m

Vita sine libertate nihil

Archiwum dla styczeń 2009

Gruba zakonnica z zanadrza.

z 13 komentarzami

A czasami obserwuję, jak świat się rozpada. Najpierw wszystko jęczy, napina się i rozciąga. I wtedy już wiesz, że za chwilę nastąpi pęknięcie, a potem w ułamku sekundy wszystko jak brutalnie rozciągnięta sprężyna, złoży się w jedno. I wszystkie niezniszczalne mury, i wszystkie nienaruszalne tereny prywatne, wszystkie odznaki policyjne i wyprostowane grożące palce wskazujące, złamią się, skruszą, spalą, runą. A potem będzie już wszystko.

A czasami obserwuję, jak świat się rozpada. Ostatnio stało się to w piątek w Krakowie, gdy siedziałem na wygodnej ławce na ulicy Grodzkiej. Inaczej rozpada się świat w Kamiennej Górze, inaczej natomiast w Krakowie. Toteż świat runął w Krakowie i ktoś mógłby tu powiedzieć, że należało wynieść się wcześniej, razem z Wawelskim, który w tym mieście już nie mieszka. Nie zawsze jednak „należało” się ziszcza.

Siedziałem więc na ławce na ulicy Grodzkiej. Świat, proszę państwa, stał. Stał całkiem niewzruszony na moje siedzenie, te 60 kilogramów, no, 80, no, 81, nie pozostawiało na świecie żadnych widocznych znaków. Jakby mnie tam nie było, moi drodzy, jakbym był jednym z tych nigdy niespotykanych platońskich duchów i Heideggerowskich absolutów, który nawet jeśli myśli i czuje, to i tak wszyscy przez niego przechodzą, wzdrygając się tylko. Innymi słowy, dla słabiej rozwiniętych, byłem jak Kacper Przyjazny Duszek.

Siedziałem więc na ławce na ulicy Grodzkiej. Świat, proszę państwa, istniał jak zawsze, jak zawsze zabytki ostemplowane emblematem ministerstwa fotografowane były przez turystów, jak zawsze irytująca studentka w niebieskiej kurtce rozdawała ulotki zapraszające na koncert muzyki klasycznej, jak zawsze zaprzęgnięte klacze ciągnęły dorożki, jak zawsze, Piotr Skarga unosił Biblię w faszystowskim pozdrowieniu i naganiał zbłąkanych Japończyków do Kościoła św. Piotra i Pawła. Możecie mi wierzyć – ale możecie tez nie wierzyć – że absolutnie nic nie zwiastowało, ni gwiazda, ni drgania ziemi, absolutnie nic nie wróżyło rychłego końca świata. Oto niewydżenderowane kobiety wyprowadzały swoich synków i córeczki, oto sprzedawca czapek i rękawiczek ze spokojem sprzedawał czapki i rękawiczki, oto rysownicy karykatur ze spokojem oczekiwali nigdy nie nadchodzących klientów, oto księża przechadzali się równolegle biegnącą ulicą Kanoniczą, popatrując sobie z dumą i równowagą na plecy stojącego, jak zwykle, w tym samym miejscu Piotra Skargi, oto schludnie ubrany student, na oko w Zarze, zamawiał w pobliskiej, dziwacznej księgarni kawę i biszkopty, by czytać Józefa Mackiewicza, oto ciągnęły z jednego budynku do drugiego rzesze młodzieży, oto rzucali papierosy, oto w ślad za nimi sunęli bezdomni pijaczkowie, zbierając niedopałki z mokrych płyt chodnikowych, oto pies obsikiwał cokół Piotra Skargi, oto ławka, na której siedziałem, była twarda i solidna, jak zawsze.

I wtedy pojawiła się gruba zakonnica. Cynik mówi: są pewne w życiu chwile, które nijak mają się do całości. Kiedy trwają „teraz”, nic z nich nie rozumiemy, kiedy wracamy do nich myślą, próbujemy przyporządkować je do jakiegoś większego algorytmu, a one, złośliwie, rozpadają się na jeszcze drobniejsze, trudniejsze do dopasowania elementy. Gruba zakonnica była tego rodzaju wywrotowym elementem. Gruba zakonnica pochodziła z zanadrza, gruba zakonnica była znienacka. Odziana w typową dla zakonnic czerń, nadchodziła od strony Rynku Głównego ulicą Grodzką, taszcząc w skórzanej, równie czarnej torbie, jakieś pogięte, odręczne notatki, miniaturowe zbiory psalmów, niezliczone modlitewniki i drewniane figurki Jezuska – bo w Krakowie nie sprzedaje się Jezusków fosforyzujących, Kraków ceni sobie tradycję i Jezuski sprzedaje w drzewie – dalej setki rycin wykładających łopatologicznie ideę każdego przykazania Dekalogu, miliony kolorowych obrazków z Maryją Zawsze Dziewicą, tryliony oazowych piosenek wraz z chwytami na gitarę, a to wszystko dla zdegenerowanych waszych, drodzy czytelnicy, dzieci, dla waszych pociech, które najpewniej teraz w przedszkolu czekały, siedząc po turecku, na spóźnioną zakonnicę. I idzie ta gruba zakonnica, i sapie, a ludzie jej, podobnie jak mnie, nie widzą, nie widzi jej pies szczający na Skargę, ba, nie widzi jej z góry nawet sam Skarga, nie widzą jej pijacy, konie zaprzęgowe, matki i ich dzieci. Świat stał niewzruszony, świat nawet nie sprawiał wrażenia, bo wszystko sprawiało się samo. Ta niepodważalna rzeczywistość była całkowicie niewidzialna, te wszystkie przyczepione do ludzi kukiełkowe nitki nie dawały się odczuć.

I wtedy pojawiła się gruba zakonnica. Cynik mówi: nikt nie podważa realności świata, chyba że jest szaleńcem lub idiotą. Gruba zakonnica należała do trzeciej grupy, którą Freud nakazywał leczyć, bo stanowi odstępstwo od normy. Gruba zakonnica była melancholikiem, co nie przystoi, jak możemy się domyślać, porządnej, dobrze wykarmionej zakonnicy. Tło więc istniało, a robiło to podle cicho, niemożliwie skrycie, tak, że nikt, ani matki, ani pijacy, ani nawet pies, nie zastanawiali się, czy przypadkiem ta rzeczywistość nie ma charakteru farby i tektury. Wszystko było. Zakonnica więc sapiąc z wysiłku niosła niemożliwie ciężką, wypełnioną po brzegi torbę, ciągnęła ją właściwie za sobą, wypluwając płuca. Policzki czerwone, nos zaziębiony, a ona sama ciężka, potężna i pot z niej spływa. Z oczu łzy ciekną, mięśnie napięte, już, tak, już oczko z rajtuzy poszło, drugie, trzecie, a torba nadal, nie za bardzo chce do przodu, torba nadal ciężka. Wszystko było stałe, wszystko zdawało się nie mieć końca.

I nagle, ni stąd ni zowąd, zakonnica, puszczając torbę, krzyknęła: „Pierdolę to!”. Cynik mówi: nie każde „pierdolę to!” ma w sobie moc sprawczą, to jednak miało. To „pierdolę to!” było, bez wszech miar, uświęcone boską siłą, miało w sobie coś z wywrotowej potęgi Jezusa Chrystusa, rewolucyjnego brzeszczotu dotkliwie wbitego w nieujednaną rzeczywistość. To „pierdolę to!” było jednak tragiczne, bo nagle ludzie spojrzeli w jej kierunku, popatrzyli na nią, na jej ubrania, na jej torbę z krzyżykami, a potem popukali się w głowę, popukali się w czoło stojący najbliżej żule, popukały się matki, popukałby się, gdyby mógł, pies szczający na Piotra Skargę. Świat popukał się w głowę. A zakonnica nagle jeszcze raz zawyła „Pierdolę to!” i poczęła kopać tymi prostymi, startymi butami skórzaną torbę, waliła z całej siły, aż puścił ostatecznie wiekowy, wielokrotnie namydlany zamek błyskawiczny i na ten mokry od topniejącego śniegu krakowski bruk, na ulicę Grodzką, wysypały się te wszystkie karteczki, psalmy, Biblie, katechizmy, piosenki i krzyżyki, cała niezliczona zawartość wystrzeliła z upakowanej torby na zewnątrz, wpadając w kałuże, w przechodniów, w obserwujące wszystko wielkie, monumentalne rzeźby świętych, stojących przy murze Kościoła św. Piotra i Pawła. A zakonnica dalej, depcze, krzyczy, „Pierdolę to! Pierdolę to!” i depcze, krzyczy, depcze, ślini się, krztusi, płacze, pierdoli to dalej.

I potem nagle cicho. Przez chwilo cicho i teraz, drogi czytelniku, jeśli znane ci są wykładnie romantycznych obrazów, to wiesz, że to cisza przed burzą, teraz, czytelniku, gotuj się na najciekawsze choć także najniebezpieczniejsze. Bo nagle, w tej ciszy, w tej niemożliwe, przerażającej głuchej ciszy, rozległ się trzask. I wszyscy zgromadzeni natychmiast zwrócili się w stronę stojącej w pobliżu rzeźby Piotra Skargi, bo cokół jego pękł i pękał nadal. Pajęczyna niebezpiecznie pokryła całą rzeźbę i po chwili spokoju, kiedy wszyscy myśleli, że to już się skończy, że koniec tych nienormalnych wydarzeń z ulicy Grodzkiej, kiedy sikający pies odetchnął z ulgą, bo mógł nadal niezmiennie szczać w najlepsze, to nagle głowa Piotra Skargi zleciała na bruk, roztrzaskując się z łoskotem, a w ślad za głową, jak to bywa, całe ciało zleciało, rozpieprzając się efektownie na starodawnym brukowanym deptaku.

I potem świat jęknął, świat się wzburzył, potem ściany podejrzanie gruchnęły, i poczęły walić się gmachu i ludzie krzyczeli, bo zawsze boli, gdy świat się wali, i upadły wszyscy święci i ulica Kanoniczna znikła, a potem również Grodzka, i znikł Wawel niedaleko stojący, znikły Jezuski drewniane, katechizmy także. Cały świat jęknął, jaka naciągnięta struna i pierdolnął w najlepsze, a domek z kart niósł fale dalej, dalej, do Kazimierza i nawet do Nowej Huty.

A ja już nie siedziałem, bo ławki nie było.

Written by c y n i k

styczeń 25, 2009 at 12:44 am

Szczęśliwe zakończenie.

z 4 komentarzami

Muszę się wam przyznać do jednej zalety, jaką posiadam. Otóż nienawidzę ludzi. Sprawa prosta i stara jak świat, czasami zresztą popierana jakąś uwzniośloną literaturą i ideologią, a czasami popierana zaledwie afektem. Ja nie popieram niczym, bo temat w sumie zupełnie głupi. Nienawidzę ludzi. Nie cierpię ich, nie znoszę. Spektrum mojej nienawiści nie oszczędza nikogo. Bo nienawidzę właściwie każdego. Nauczony odbiorem moich tekstów powinienem chyba jednak ponieść myśl dalej i wyjaśnić, kogo tak naprawdę nie lubię.

Otóż, nie irytują mnie narody, kraje, obyczaje, kultury, plemiona – innymi słowy, nie widzę nic denerwującego w Niemcach, Rosjanach, Murzynach, Żydach, Marsjanach czy w pantofelkach. Ja znieść nie mogę samego człowieka. Na samą myśl, że mam jutro wstać i przejść przez miasto pełne rozmaitych ludzi, odechciewa mi się żyć. I nie daj Boże ktoś mnie zaczepi i o coś zapyta. Albo zobaczę jakaś nieprzyjemną sytuację: trzech chłoptasiów idących zbyt pewnie ulicą, dziewczynę silącą się w rozmowie na przynajmniej jedno analityczne pojęcie w każdym zdaniu, sprzedawcę w delikatesach reagującego na moje dzień dobry zblazowanym „ehe”, nieprzyjemnego klienta, który w renomowanej restauracji będzie wrzeszczał „ile jeszcze mam czekać?!”, profesora na katedrze, którego nauka doprowadziła już do zupełnego zidiocenia, pijaka, który prosi mnie na ulicy o pieniądze na chleb, „prawdziwego faceta” z namiastką mózgu pouczającego każdego, jak ma wyglądać, co nosić, i co golić, kibica dennej drużyny piłkarskiej wypowiadającego zdanie: „Za drużynę oddam życie”, niedouczonego prawicowca wypowiadającego sądy o całej literaturze, szesnastolatka zaczynającego zdanie od „kobieta powinna…”, początkującego skinheada malującego na ścianach swastykę „do góry nogami”, optymistyczną chrześcijankę rozdająca ulotki „Nietzsche pomylił się – Bóg żyje!”, osiemdziesięcioletnią babcię z ordynarny wyrazem twarzy, czterdziestoletniego faceta, emerytowanego górnika, rozpoczynającego zdanie od „bo to wszystko są złodzieje”. Wreszcie zwykłych ludzi, na których zmuszony będę spojrzeć i którzy odwzajemnią spojrzenie.

Toteż wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy wczorajszego dnia wstałem zupełnie szczęśliwy. Otworzyłem oczy i sufit bynajmniej nie wisiał na pięć centymetrów nad nosem, nic mnie nie przytłaczało, nic nie dobijało, nikt nie napierdalał od bladego świtu. Oaza spokoju. Zdziwiony stanąłem na nogi – już nie pamiętam, czy to lewa, czy to prawa – i z niedowierzaniem wyszedłem na korytarz mojego studenckiego mieszkania. Tak. Tak, to zadziwiające, ale obecność za ścianą studentek germanistyki wcale mnie nie irytowała! Nie chciałem, przynajmniej tego dnia, powiesić na drzwiach celtyckiego krzyża, nie chciałem związać sznurówek ich germańskich butów, nie chciałem ukraść notatek, popisać podręczników, napluć do kieszeni. Wszystko było lekkie, bez bagażu niemal unosiłem się nad ziemią. Ta ściana przy kuchni, która zawsze z miną Roberta de Niro mówiła do mnie: „Jesteś beznadziejny” dziś nuciła sobie jakąś wesołą piosnkę o elizejskich polach, owieczkach i kryształowym niebie. Wszedłem do kuchni i pijąc kawę, jedząc orzechowe masło, nabierałem głęboko powietrza, ryzykując zakrztuszenie, bo to szczęście było jak papieros po dziesięcioletniej przerwie od nałogu. Skłamałbym, że drżałem, ale jednak, czułem się jak jakiś Leonardo di Caprio, który wstaje rano budzony aromatem parzonej kawy, rozsuwa pilotem zasłony i patrzy sobie na swój gigantyczny basen z pływającymi w nim plażowymi piłkami, patrzy i zaczyna się zastanawiać, które ferrari dzisiaj wybierze, by pojechać po mleko.

Pomyślałem więc: Boże! Jestem szczęśliwy, tak pierwotnie szczęśliwy, tak niezobowiązująco szczęśliwy, tak prosto i w oderwaniu od jakichkolwiek czynników zewnętrznych, od kultury, od telewizji, od kawy rury i rozsypanego o siódmej rano cukru na kuchennym blacie, jestem tak dziwnie nieludzki, że aż chyba zaraz to opiszę! Że utrwalę to, abym kiedyś pamiętał, że tego dnia słoneczko wstało punktualnie. I siedząc tak przy stole, zacząłem zastanawiać się, jaka ja wam to przekażę, jaka ja to spiszę, te moje oślepiające reflektory. I kiedy układałem kolejne zdania, śmieszne uwagi, błyskotliwe pointy, kiedy tak formowałem tekst w głowie, to co rusz potykałem się o kropkę, o przecinki, o semantykę jakiegoś nazbyt wąskiego słowa, to zacząłem kląć pod nosem, przy tej porannej kawie, przy chlebie z orzechowym masłem; klnąc zacząłem i wreszcie tak się zdenerwowałem, że to wszystko nic, że to do kosza, a wy, tak, wy, wy do bani jesteście i w ogóle się nie poznacie, o nie, w ogóle, bo wy jesteście typem skurwysynów w ogóle, tak się zdenerwowałem na bezsens tych moich starań, że nagle ściana z korytarza rozwrzeszczała się na dobre „Jesteś beznadziejny!”, że nagle ta kawa okazała się tak obrzydliwą, że nagle świat za oknem, co jeszcze przed chwilą „prószył delikatnymi płatkami nieba” teraz napierdalał ostrymi stropami bezwzględności.

Więc wstałem! I wiedząc, że nie zaczyna się zdania od „więc”, jeszcze bardziej się wkurzyłem, wbiegłem na korytarz i wodoodpornym markerem po drzwiach tym pieprzonym germanistkom zacząłem „faking dojczland” pisać, i swasty wieszać, i naplułem w kieszenie, sznurówki związałem, a na koniec, tak, tak właśnie, buty im kurwa schowałem!!!

Written by c y n i k

styczeń 17, 2009 at 8:32 pm