W u l g a r y z m

Vita sine libertate nihil

Kabotynki #2: Goniec Przyszłości.

z 6 komentarzami

dsc01303-403-x-537Biegłem w podskokach brukowaną drogą – byłem raczej w pośpiechu. Miałem wówczas w głowie następujące obrazy: Donalda Tuska, zakup hamburgera w restauracji innej niż wszystkie, wyjątkowo ciekawą maksymę mojego autorstwa i moje nowe, czerwone buty. Zwłaszcza te buty.

Biegłem zatem brukowaną drogą, a one, te buty, satysfakcjonująco stukały, co uspokajało moje polityczne myśli i ogólnie sprawiało wrażenie. Można posunąć się tu do opisu nader interesującego, że włosy moje na wietrze rozrzucone co chwilę opadały na świetnie skrojony płaszczyk z charakterystycznymi trzema srebrnymi guzikami na mankietach; mógłby ktoś powiedzieć, i pewnie powiedziałby, że oto biegnie sam Apollo, Ganimedes, Dorian Gray, Lord Douglas, Matt Damon, bo zaiste magicznie musiał owy młodzieniec (ja) wyglądać na tle Starówki. Ten młodzieniec, w długich włosach, z brązową studencką, skórzaną torbą, w czerwono-czarnym pasiastym swetrze, krwistych butach i ogólnie z image w stylu „wow” a nawet „how”, w dodatku mógłby ktoś dodać, że pachniał Kenzo, ale nie, nie będziemy się tu przecież przed czytelnikiem dekonspirować, należy zachować umiar, nie bądźmy egoistami, nie będę przecież narcyzem, o nie.

Ale biegnę,  stukam, a bardzo przyjemnie stuka mnie się tymi butami, stuk stuk, stuk stuk, bardzo to eleganckie, naprawdę, stuk stuk. Nagle wówczas słyszę pewien niepokojący dysonans, bo stuk stuk, stuk stuk, pam pam, stuk stuk. Byłoby to może pouczające bieganie, jeśli byłbym studentem muzykologii albo Deją, jednak żaden dżojt, ni żadne trucizny nie umożliwiły mi nigdy podmiany ciała. Dlatego tknęło mnie coś, jakaś wrodzona przezorność, troska o bliźniego chyba i obróciłem się, by zobaczyć, jakiż to beton, jakiż kanał czy inna powierzchnia wywołała ten ciekawy, rock’n'rollowy takt. Odwracam się i widzę, że na ulicy leży przejechane chyba przez TIRa, albo może przez tramwaj, albo może przez czterdziestu ociężałych uczestników kuligu, dziecko. Leży i tak krwawi. To ja od razu myślę, że Jezus Maria, w biały dzień na Starówce biją, co to za świat, na psy zszedł, co z tą Polską, i ta młodzież dzisiejsza w dodatku, te podatki, dziury na drogach, już ja rozpoczynam w myślach polską arię, że kurwa, sąsiadka pomyje mi pod oknami wylała, pies narobił, a ja przez to jajecznicę przypaliłem, w wannie mi się woda przelewa, ale jej nie zakręcę, o nie, niech zalewa, niech płynie!

Tak myślę o Polakach, że to skurwysyny straszne, ale nie żadne tam madafaki, nie żadni tam spryciarze czy cwaniacy, jak chciałaby potoczna zwykle opinia o Polakach zagranicą. Raczej ludziki, na których skarży się u Pani albo policji, a oni już, do obozów, do komór, do domów w trymiga. Pośpiewają sobie jeszcze coś z repertuaru żałobnego, jakieś golden hits of polish graveyard, a potem, po wszystkim, gdy wyjdą z tych domów, to robią groźne miny, to piąstki zaciskają. Do krwi.

Tak myślę wówczas zupełnie poważnie, gdy podchodzi ktoś do mnie, ktoś mnie zaczepia i mówi, że panie, że kurwa, że ja pierdole, że co pan, tak po córce, tak po córce mi pan przebiegł tymi butami czerwonymi, nie powiem, fajnymi, ale chyba ciężkimi, że pan normalnie ją chyba zabił na śmierć. Na to ja w śmiech. Pytam: ja? Przecież biegłem tylko, szybko, spóźniony byłem, na spotkanie z Donaldem Tuskiem podążałem, to niemożliwe.

I patrzę na to dziecko, a ono rzeczywiście, zabite na śmierć, zgładzone i chyba na twarzy odcisk jakiejś opony albo może podeszwy. A ojciec podchodzi, wskazuje podeszwę i mówi z żachnięciem w stylu „Aha! Mam cię!”, ta moja córka, biedna, uczona choć młoda, szła właśnie do szkoły odegrać rolę w teatrzyku, bo grała tam królewnę śpiącą i długo po nocach się do tej roli przygotowywała, a pan to wszystko zepsuł, jak pan tak w ogóle może, tak stać normalnie.

Wtedy mnie nagła skrucha wzięła i wgryzła się w kark, ten ugiął się z jękiem. Bo ona ze swoim Kubusiem Puchatkiem na plecaku, z kwiatkami na czapce, ze swoimi zabawami, mikro sprawami, a ja z ciężkością historii, z Donaldem Tuskiem po niej, butami, aż kości strzeliły, krew jak z wulkanu i chyba jakieś tam ostatnie tchnienie wydała, ale jazgot ulicy zagłuszył. Bo rzeczywiście miała w sobie coś z rozjechanej przez kombajn krowy, takie mniej więcej odczucia, taki feeling.

To mówię do niej: ej no, wstawaj, nie maż się, do wesela się zagoi, gdyby kózka nie skakała… i na koniec jeszcze dodałem, bo czułem się nawet zobowiązany, że przepraszam, że uczyniłem cię solą tej ziemi.

Komu w drogę, temu czas, mówię do ojca i już chcę biec dalej, już do Donalda na konferencję ruszam, gdy on mówi, ten ojciec, że tu trzeba jakiegoś zadośćuczynienia za szkodliwość czynu ze względów moralnych, bo on to właśnie strasznie przeżywa i załamał mu się świat, światopogląd i w ogóle niebo. I jakby się tak zastanawiał, że jaką tu karę wyznaczyć, ile lat więzienia, ciężkich robót fizycznych, ile razy Pana Tadeusza przeczytać, i klepie się tym palcem po brodzie, stojąc nad córką i myśli, a to trzeba przyznać, tragiczny kadr, bo dusza z ciele wyleciele, a on, myśliciel, jak jakaś Temida czy inna pani od polskiego, wyznacza karę.

Wreszcie zapaliła mu się w głowie żarówka, albo nawet reflektor i wykrzykuje, wskazując moje buty: narzędzie zbrodni zabiorę! Na pamiątkę po stracie mojej jedynej córki, wezmę, oprawię, na ścianie powieszę albo na telewizorze postawię. I odwraca się w stronę reszty zgromadzonych, niemych ludzi, kiwa im głową, a oni też kiwają głową, jakby to co powiedział, było myślą godną Platona, Descartesa, Nahacza.

To ja się wkurwiłem, nie będę ściemniał w tym momencie, w tym momencie w mój zblazowany język wchodzi element spontaniczności i przygodności, bo ja rozumiem, ja rozumiem, że kurwa cierpi po stracie, ja rozumiem, przecież nie uciekłem, zostałem, by człowieka wysłuchać, pocieszyć, może nawet zadośćuczynić za szkodę, ale kurwa, ale są pewne granice, jak mówi moja mądra matka. To jest non-kurwa-sens, żeby tak w człowieku wywoływać bóle sumienia, bo na to Ibuprom zwykły nie działa i trzeba ten max kupować, ale on droższy, albo w ogóle prosić, jak jakiś ćpun z parku w Kamiennej Górze, o Ketanol, albo Tussipect, albo Tantum Rosa, żeby nie czuć niepowetowanej straty. Toteż mówię do człowieka: panie, wymiar kary winien być adekwatny do szkodliwości czynu. Pan przyzna, że ta pana córka to mała jeszcze jest, mało widziała więc mało cierpieć będzie, bo w sumie nie ma za czym, pan wie, dziura w budżecie, dziura w historii, dziura ozonowa, dziura w akceleratorze LHC, pan musi przyznać, że nieciekawe ma życie człowiek współczesny, tak targany tymi doczesnymi uciechami i duchowymi tomami. Przecież niech pan pomyśli, gdyby ona nadal, nie daj Boże, żyła, to mogłaby zostać jakąś feministką, albo co gorsze, wegetarianką i nie jadłaby tych kiełbas, tych wszystkich boczków i salami, które pan za ciężko zarobione uczciwie pieniądze przynosisz do domu. I jeszcze zapisałaby się do Green Peace i zaczepiałaby biednych przechodniów na rynku w Krakowie z pytaniem: „czy popierasz Green Peace?”, a taki przychodzień generalnie nigdy nie zastanawiał się, czy popiera, czy też może nie popiera i mógłby się wkurwić, mógłby wyjąć przygodny zupełnie pistolet, np. Glock 17 i strzelić jej w głowie. I pan rozumie, ona mogła umrzeć pod pomnikiem Adamem Mickiewicza, pan rozumie, że to o wiele gorsze niż umrzeć pod moimi, co jak co, pan przyznał, wspaniałymi butami? To jest, proszę pana, mniejsze zło. Nie będzie pan musiał teraz drzwi otwierać w niedzielę, bo jakiś burak bez matury pewnie, bez pracy i z pryszczami bawi się dzwonkiem i wygrywa sobie wojenne pieśni Legii Warszawy, a jest niedziela, są kotlety schabowe, ziemniaki i surówka, jest powtórka meczu i zimne piwo, i jest fotel z pilotem, i jest dom, cztery ściany, jest bardzo bezpiecznie i miło, a wtedy ta Legia Warszawa, a pan przecież jest fanem Białej Gwiazdy, a nie jakiejś tam Warszawki. I będzie pan musiał otworzyć mu drzwi i powiedzieć, wypier-kurwa-dalaj z mojego domu i odpieprz się od mojej córki. A to wiele zachodu, niepotrzebnych uniesień, stresu. Ona zginęła w słusznej sprawie, proszę pana, przez chwilę stanowiła fundament dla gońca przyszłości.

Tak mu powiedziałem na koniec – goniec przyszłości – a on aż usta rozdziawił, oczy na wierzch i w płacz szczerzy wpadł, klepie mnie w ramię: leć, gońcu, leć! To ja kiwam głową, patrzę mu w duszę i mówię najpoważniej jak mogę: na zawsze będzie w naszej pamięci. I odwracam się i biegnę i już mnie nie ma.

Written by c y n i k

grudzień 5, 2008 @ 8:04 pm

Odpowiedzi: 6

Subscribe to comments with RSS.

  1. cyniczne, w rzeczy samej, nie mniej czytałam z zapartym tchem

    skem

    grudzień 6, 2008 at 6:09 pm

  2. A ja nie.

    Alchemia

    grudzień 6, 2008 at 8:17 pm

  3. Alchemio, maybe next time. W drugim życiu, gdy ja będę psem, a ty kotem ;]

    c y n i k

    grudzień 8, 2008 at 11:28 pm

  4. Maybe ;)

    Alchemia

    grudzień 9, 2008 at 6:42 am

  5. Niesamowite ^^

    DevonSix

    grudzień 31, 2008 at 9:16 pm

  6. I dobrze. Dzieci do piachu.

    Szymon

    czerwiec 9, 2009 at 3:04 pm


Dodaj komentarz