W u l g a r y z m

Vita sine libertate nihil

Incydent niedopuszczalny.

z 7 komentarzami

Tak, przyznaję, upadłem wczoraj w pewnym znanym krakowskim lokalu, rzeczywiście, upadłem na twarz, próbując wstać od stolika bardziej energicznie niż zwykle jest to czynione. Owszem, upadłem wczoraj na twarz będąc pijanym i w istocie, świat wirował, sala tańczyła, a ludzie chyba nawet mówili.

Wcale nie próbuję się wyłgać. Zdarzyło się to w czwartek, bo dzisiaj jest piątek, w pewnym krakowskim klubie powszechnie uznanym za ceniony i cenionym za uznanie doborowego towarzystwa studenckiego. Byłem tam nieco zanurzony, tak do okolic pępka, w lepkim intelektualizmie, który nie wiadomo, czy wypływał z nas, czy też do nas się dobierał. Piłem: czwarte jasne piwo i drugą pięćdziesiątkę wiśniówki gratis, piłem więc w sposób kontrolowany i powszechnie uznany za dopuszczalny, jeśli chodzi o cenione i uznane krakowskie kluby, acz zbliżałem się do nieprzekraczalnej granicy, oddzielającej duszę towarzystwa czy może adepta bliżej nieznanych mu dotąd systemów filozoficznych od zwykłego pijaka, który już się skończył. Prowadziłem więc, ogarnięty nieskrywanym podnieceniem, ciężkie dysputy w sposób lekkomyślny, co kwitowane było owacją raczej jednak na siedząco, aczkolwiek równie łechcącą dla mojego ego. Dyskusje toczyły się na tematy różne, bo była to podmiotowość według Kartezjusza, była to podmiotowość według Heideggera, była to podmiotowość według Hegla, była to podmiotowość według Sartre’a i była to krytyka wyżej wymienionych w duchu Derridy. Opluwaliśmy się więc szczątkami filozofii przez co najmniej godzinę, być może nawet było to opluwanie z morałem, który jednak nazajutrz umknął z powodów cięższych niż najcięższe teorie.

Natomiast muzyka była rozmaita. I kiedy właśnie nad nami zatańczyły pierwsze takty powszechnie uznanych i cenionych utworów jazzowej klasyki, zobaczyłem anioła, który w sposób bardzo jasny, w sposób bardzo widzialny, opadał ku mnie z niebios czy może z sufitu, bo klub ten miał chyba jednak sufit, i z takim niewłaściwym dobremu aniołowi perwersyjnym uśmiechem, kiwał na mnie głową. Doprawdy nie wiem, czy owy anioł w znanym krakowskim lokalu rzeczywiście zaistniał, czy może owy lokal jest powszechnie ceniony i uznany za anielskie objawienia właśnie, jednakże szybko okazało się, że anioł ten to po prostu zbieg okoliczności.

Kiedy więc anioł rozpłynął się w powietrzu, ja próbowałem podjąć pozostawiony przez chwilę na uboczu bardzo zajmujący mnie wątek hermeneutycznego koła, ale zauważyłem, że nikogo przy stoliku już nie było.

Zapragnąłem wyjść  - i byłoby to wyjście zasłużone – ale wtedy zdarzył się incydent niedopuszczalny.  Dopijałem właśnie piwo i nie wadziłem nikomu, naprawdę, zajmowałem mało miejsca w tym dość pojemnym jednak lokalu, ale mimo tego, niedaleko siedząca grupka studentów polonistyki roku czwartego, wskazała mnie palcem.

Wskazaniu temu towarzyszył niewybredny komentarz, z którego usłyszałem słowa takie jak „śmieszny”, „ograniczony”, „pijany”, „żałosny” i „podmiotowość”.  W niedaleko siedzącej grupce studentów rozpoznałem twarze z tej czy innej instytucji, która wypluła na polski rynek i polską historię mesjaszy, żołnierzy, odkrywców i chyba nawet jakichś dostojników kościelnych, w szczególności zaś wypluła, już dziś zabitych przez komunistów, studentów.

I wtedy się lekko zniesmaczyłem, być może nawet, nie przeczę, poirytowałem. Pomyślałem, że podejdę wówczas, że wstanę, zrobię te parę dzielących mnie od studentów roku czwartego kroków, podejdę spokojnie i dostojnie, jakbym to nie ja był tym żałosnym i pijanym, jakby to była tylko taka moja chwilowa rola do odegrania, podejdę więc, ukłonię się może, a może się po prostu zachwieję, w drodze wygładzę spodnie, bo pewnie od tego siedzenia już się pogięły, strzepię paproch z koszuli, uśmiechnę się, po czym pierdolnę prosto w ryj studenta, który uśmiecha się najszczerzej, kopnę w brzuch studentkę z ironicznym wyrazem twarzy i rozbiję delikatny przecież kufel po piwie na głowie ostatniego, w sumie całkiem ładnego chłopaka. I właśnie ich tak, zgoła transgresyjnie, załatwię. Bo muszę przyznać, że nic tak nie działa mi na nerwy, jak studenci polonistyki roku czwartego z tej czy innej instytucji nauki, którzy wskazują Bogu ducha winnego klienta klubu przecież, sami przekonani o swojej nietykalności z racji odwiecznej obowiązującej kultury polemiki. Co się zaś tyczy motywacji głębszej, to rzeczywiście, łączyły mnie ze wspomnianą trójką studentów relacje na tyle osobiste, że osoby postronne z zakłopotaniem pytały, czy my ze sobą sypiamy, czy też po zajęciach próbujemy się na noże.

Wstałem więc dość gwałtownie, krzesło z hukiem uderzyło o zalaną różnymi płynami podłogę powszechnie cenionego i uznanego klubu i gdy już miałem ruszyć w stronę trójki studentów, to przyznaję, wywróciłem się w sposób niefortunny na twarz, upadłem nie ratując się rękoma, jak kłoda, uderzyłem czołem w parkiet.  Krew mnie zalała. Proszę jednak sobie uświadomić, że byłem, to nie ulega wątpliwości, pijany,  więc czym prędzej próbowałem owy fakt niezaplanowanej wywrotki obrócić w żart sceniczny, co spowodowało, że leżąc na twarz i brocząc krwią, machałem rękoma w zamyśle próbując przedstawić wyjaśniającą gestykulację, co przez postronnych mogło zostać odebrane jako całkiem zgrabny żabi hapenning. Wreszcie obróciłem się na plecy i siedząc na parkiecie, krwawiąc i próbując odnaleźć wątek, wymamrotałem następujące słowa: „ojejku”, „śliska”, „nie stało”, „podmiotowość”.  Zalewała mnie więc krew i czułem, że straciłem parę przednich zębów, bo wyżej wymienione słowa brzmiały podejrzanie śmiesznie, gdy na domiar złego podszedł do mnie barman, z rozbrajającym spokojem nachylił się nade mną i zapytał, czy przypadkiem się nie wywróciłem i czy coś mi się nie stało. Ja więc, pokonawszy w sobie demona gniewu, z radosnym uśmiechem i zmasakrowaną twarz odpowiedziałem, że ależ skąd.

Ową trójkę studentów, do której dojść mi się wówczas nie udało, jeszcze załatwię. Parę jednak zbiegów okoliczności spowodowało, że akurat tamtej nocy musiałem odpuścić. Udałem się więc w kierunku miejsca spoczynku, znacząc drogę śladami krwi, jak niejeden bojownik o wolność w czasach pogardy. Byłem piękny, przyznaję.

Written by c y n i k

listopad 26, 2008 @ 11:16 pm

Odpowiedzi: 7

Subscribe to comments with RSS.

  1. A mówiłam, mówiłam, mówiłam! Studiuj Wać Pan we Wrocławiu! Heidegger i hermeneuci dozowlony jest do godziny 16. Sartre, ewentualnie do 18. A podmiotowość jest tu w knajpach zupełnie nie na miejscu.

    Trochę mi ten Twój Kraków pachnie barokiem i pseudo-odpowiednie wpisać. I troche bylby chyba fajniejszy, bez dzisiejszych trendy-studentów. Ale snobizm bywa podobno napędem rozwoju (Wojciech Burszta – żeby nie było, że nonszalancko i nieuczenie powołuję się tylko na siebie!)

    /a jak Cię dalej będa wkUrwiać, dawaj cynki: wpadniem-przypierdolim-wypadniem/

    M.

    listopad 27, 2008 at 8:18 am

  2. Wrocław jest dla ciot i pijaków. ;]

    Podmiotowość jest zajebista.

    Ej, i weź, nie oceniaj Krakowa po moich tekstach, bo chyba wszystko w nich jest zdeformowane, wyolbrzymione i nieprawdziwe ;]

    c y n i k

    listopad 27, 2008 at 9:12 am

  3. Toteż ja pisałam o Krakowie z Twoich tekstów.

    M.

    listopad 27, 2008 at 10:09 am

  4. Oj wypraszam sobie. Nie jestem ani ciotą ani pijakiem!

    Alchemia

    listopad 30, 2008 at 8:33 am

  5. I jeszcze coś ;p “U misia” o kwestiach noatycznych rozprawia się bez względu na porę ;)

    Alchemia

    listopad 30, 2008 at 8:41 am

  6. U misia to ten bar mleczny z wieczną kolejką sięgająca poza lokal? Ła, miałem zaszczyt tam spożywać. I było to dobre.

    c y n i k

    grudzień 8, 2008 at 11:29 pm

  7. Nie to jeszcze nie ten. “Misiów” we Wrocławiu pod dostatkiem….

    Alchemia

    grudzień 9, 2008 at 6:44 am


Dodaj komentarz