W u l g a r y z m

Vita sine libertate nihil

Najlepsza powieść na świecie.

z 13 komentarzami

W dniu wczorajszym uznanym przez ogół za groźny, mroczny i taki romantyczny, w zadymionym, dość szemranym, dość przebrzmiałym lokalu zebrali się pisarze: Piotr Czerski, Jakub Żulczyk, Dorota Masłowska i Michał Witkowski w celu podniesienia rękawicy rzuconej przez Janusza Sławińskiego, Czesława Miłosza i Losowego Publicystę z Pisma Fronda. Zadanie było proste: napisać najlepszą powieść na świecie – tzn. w Polsce – która nie byłaby o gejach ani też o pedałach, nie byłaby o młodzieży – lub przynajmniej młodzież nie stanowiłaby podmiotu – nie byłaby też o narkotykach – choć może pojawić się opium – żadnych też subkultur, grup społecznych powszechnie uznanych za anarchistyczne (feministki, Żydzi, ekolodzy, wegetarianie, fani Alice Coopera, adepci dowolnego ponowoczesnego filozofa). Warunkami zwycięstwa było też: brak słów potocznie uznanych za wulgarne – np. „kurwa”, „dupa”, „cwel”, czy słów, które poprzez kulturowe konotacje zostały uznane za abiektalne, tj. „rzygi”, „sperma”, „ślina”, „sraczka”. Należy również pominąć następujące słowa i denotacje z nimi związane: „ciało”, „rola”, „tożsamość”, „alienacja” i „transgresja”.

Tematyka tekstu dowolna, ale należy pamiętać, że książka ta miałaby być o miłości – takiej metafizycznej, takiej sentymentalnej, takiej różnej. Miłość ta byłaby heteroseksualna (choć tego słowa użyć nie można) i zaczęłaby się, gdy młody absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego z tytułem magistra polonistyki wróciłby po dziesięciu latach nauki do swej rodzimej, sielankowej, statystycznej wsi. Ta typowa, statystyczna wieś polska byłaby pełna czerwieni, kaczeńców, tulipanów i lilii, mieniłaby się w słońcu refleksami pobliskiego krystalicznie przejrzystego strumyku (w którym ów absolwent w dzieciństwie pluskał się radośnie). Mieszkańcy wsi byliby z warstwy wyższej, mieliby konie, które nie robią kupy i mieliby kobiety, które też kupy nie robią – i on tam właśnie wraca do tej wsi, wchodzi do swojego dworku, a tam o ja pierdole – tzn. patrzy, a tam takie promyki niewiadomo skąd błyszczą, takie refleksy kryształowe z ogrodu dochodzą. I to światło – tu należy zasygnalizować rozmaite konotacje światła, tj. Bóg, dobroć, harmonia – zaczyna go prowadzić. Musi to być tak napisane, jakby absolwent był właśnie kierowany przez to światło – ten nasz bohater z miną cokolwiek oniemiałą, z taką jakby mu się tam objawił Jezus Chrystus albo McDonalds, wchodzi do ogrodu – od razu czytelnika atakuje mnogość kolorów i tu należy zawrzeć krótki i zwięzły opis natury na szesnaście i pół strony małych piaszczystych alejek, białych kamyczków i ciemnozielonych krzaczków równiutko podciętych najpewniej przez wiekowego, przekazywanego z pokolenia na pokolenie ogrodnika, czyli byłby to opis tych wszystkich rzeczy, które współczesnego czytelnika szalenie zainteresują.

Bohater więc patrzy ze wspaniałością i świadom jest tego, że każdy dzień przynosi mu radość i takie właśnie zjawiska jak to przedstawione, gdy nagle dostrzega białą sukienkę czy może halkę na dziewiczo czystej dziewicy z wiankiem na głowie. I ta dziewczyna ma długie kręcone blond włosy i tak nimi zarzuca, że o żesz kurwa, tzn. że bohaterem aż wstrząsa transcendentalno-ontologiczny dreszcz, tzn. taki wiecie, no, i wstrząsa nim ten dreszcz w takim sposób, że autor ma nam przekazać, że to było tak głębokie, tak donośne przeżycie.

Więc on ją widzi, a ona ucieka, bo to nie byle kurwa – tzn. bo to nie byle kobieta. W każdym razie ona ucieka z takim chichotem zadziornym, takim w stylu „złap mnie i przeleć jeśli potrafisz, ale w książce napisz, że co najwyżej pocałowałeś mnie uroczyście w rękę”, a nasz bohater jeszcze długo tam stoi.

Aż wreszcie nie stoi i idzie i dalej, w wyniku zawirowań fabularnych, w wyniku rozmaitych analogii do wartości znamiennych, bohater nasz wplątuje się w konflikt, raczej zresztą zbrojny. Tu już rozpoczyna się główna tematyka powieści, bo i dochodzą takie motywy jak po pierwsze: dojrzałość, po drugie, walka narodowowyzwoleńcza, po trzecie, opisy borów i polanek, po czwarte: tragizm. Bohater musi więc sobie poradzić w wieloma przeciwnościami losu, bo to kolejny ważny i aktualny dla dzisiejszego czytelnika wątek, musi zostawić za sobą swoje dzieciństwo i stanąć twarzą w twarz z ogromem Historii, a może nawet ze Światem. Innymi słowy, musi poddać próbie swoją dojrzałość – swoją męskość. Te inicjacyjne próby to między innymi przejście po rozżarzonych węglach, tor przeszkód, jazda koniem po murach i rzucanie podkową do celu. Ostateczną próbą jest objęcie roli wodza w powstaniu zbrojnym – to również jakże szalenie aktualny wątek, warty nauczania dzieci w szkołach – i dokonanie wyboru między naiwną, młodzieńczą miłością (czyt. cielesnością, seksem, niedojrzałością obywatelską), a dojrzałą rolą w imię Narodu. I bohater tak się waha i waha, bo niby tu sobie by pobzykał, tzn. niby chciałby nawiązać dialog z dziewczyną z ogrodu, ale z drugiej strony – tu kolejny aktualny wątek – przebrzydli Moskale atakują od wschodu i należałoby raczej coś z tym zrobić. Więc bohater dokonuje iście tragicznego wyboru – odrzuca szepczącą, kuszącą swoją obsceniczną cielesnością dziewczynę, stając na czele powstania jako dojrzały i męski i odważny przywódca. W ręku dzierży sztandar Polski, idzie w stronę szeregów ruskich, idzie i intonuje Bogurodzicę, gdy przy drugim wersie zbłąkana zupełnie kula trafia go w czoło, przebija czaszkę i wywala cały mózg na idącego za nim żołnierza, który reaguje: „o fuj!”. Sztandar Polski, to musi być odpowiednio wzruszająco opisane!, zbrukany krwią upada na ziemię, wzbijając lekki tuman pyłu.

Przy końcu jeszcze pojawia się ogrodowa dziewica i płacząc i szlochając i strasznie lamentując opłakuje zmarłego powstańca, który nie sikał, kupy nie robił, nie przeklinał, nie bzykał i nie był z Westerplatte.

Co się zaś tyczy wyniku owego spotkania w knajpie – to cóż – pisarze wysłuchali wszystkich komentarzy, instrukcji, zasad i uwag komisji od wartości literatury, pijąc przy tym darmowe wino, paląc darmowe papierosy, kiwali głowami, patrzyli ze zrozumieniem coraz to bardziej szklanymi oczyma, poczym gdy się już mocno nawalili, podziękowali zasłużonym autorytetom krajowym i zostawiając ich z durnym wyrazem twarzy, wyszli. I drzwi nie zamknęli!

Sławiński miał pretekst do dalszego szydzenia z postmodernizmu, Miłosz z dzisiejszych pisarzy, natomiast Losowy Publicysta z Frondy błysnął jakimś tekstem o lewackich ideałach, ponowoczesnej papce i upadku ostatecznym kultury polskiej.

A autor jak zwykle przypomina, że skoro Miłosz is ded, to fikcja to jest.

Written by c y n i k

listopad 9, 2008 @ 2:06 pm

Odpowiedzi: 13

Subscribe to comments with RSS.

  1. Jeśli mam być szczery to gdyby ktoś położył przede mną taką powieść to przeczytawszy ją stwierdziłbym, że wtórne to dzieło jest. I chyba nudne troche by było, bo 16 stron opisu krajobrazu? Dżizas.
    Zakończenie co prawda ciekawe (bo tak ni-z-gruszki-ni-z-pietruszki), ale cóż z tego, skoro cała reszta idzie w piach?

    Że płytki jestem? Może i tak, ale ja lubię dreszczyk… Dlatego czytam King’a. Nałogowo.

    Dobrze, że to tylko fikcja.

    tomekwojcik

    listopad 9, 2008 at 5:01 pm

  2. Panu się to wydaje wtórne, ale przerażające jest to, że wielu ludziom tak się literatura kojarzy – z opisami na 16, czy 20 stron, z mocno podszytą narodowością fabułą i spuścizną romantyzmu. Jeszcze bardziej przerażające jest to, że potem rozmawiam ze znajomym, a on się pyta: “co ciekawego jest w literaturze” natomiast jako przykłady podaje “Słowacki, Mickiewicz, Kochanowski”. Ja nie wiem zupełnie, co wówczas odpowiedzieć. Pozostaje odesłać takiego znajomego do szkolnych polonistów i tych naukowców-strukturalistów, którzy owe normy i kanony ustalili. I jakoś nie zauważyli, że zmienił się świat, że Mickiewicz już dawno leży posiekany na dnie studni, a ze stron Słowackiego to sobie co najwyżej można blanta zrobić. I że w dupie mają, co wydarzyło się w obozie zagłady.

    Nie mam zielonego pojęcia, jak można zainteresować np. hip-hopowca sonetem. Mam dziwne wrażenie, że lepiej by było, gdyby dziś nie uczono po prostu każdego klasycznego tekstu polskiego – bo i tak to nic nie daje, a nawet nie pamięta się o tym na studiach – natomiast język polski miałby rozwijać. A moja naiwność każe mi myśleć, że wówczas coś nas rozwija, gdy nas to zainteresuje. Kochanowski interesuje tylko trójkowiczów piszących licencjaty na odwal się i historyków literatury. Uczniów i zwykłych ludzi nie.

    c y n i k

    listopad 9, 2008 at 6:30 pm

  3. Więc właśnie. Trzeba wyjść ku tym “zwykłym ludziom” i pokazać im literaturę taką jaka dzisiaj jest.

    Przyznam się, bez bicia żeby nie było, że ani “Pana Tadeusza” ani “Potopu” ani nawet “Lalki” nie przeczytałem. Cóż z tego skoro mam na koncie m.in. kilkadziesiąt pozycji wspomnianego już przeze mnie King’a, “Hobbita”, “Władcę Pierścieni” i “Silmarillion” Tolkien’a (po polsku i angielsku), “Forresta Gumpa” William’a Groom’a, “Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa? O Shakespeare’a też zawadziłem. Czytam to, na co mam ochotę. Poezji szukam w muzyce i ją tam znajduję.

    A najgorsze jest to, że tak naprawdę twórcy programów nauczania nie wiedzą czego dzisiejsza młodzież oczekuje. Jak zainteresować hip-hopowca sonetem? Podłóż pod ten sonet odpowiedni beat i podaj to tak jak ten osobnik oczekuje treści. Przykładem niech będzie “Do Prostego Człowiekia” w wykonaniu Akurat. Zapytaj pierwszego z brzegu rastaman’a o prawdziwego autora tego tekstu. 99% nie wymieni Tuwima (sprawdzałem wśród swoich znajomych, z których większość ma maturę). Nie zmienia to faktu, że każdy z nich zacytuje tekst tego utworu. Dlaczego? Ano dlatego, że został im odpowiednio podany…

    Z własnego doświadczenia wiem, że program nauczania powinien się rozwijać wraz z osobnikami, których się naucza. Sam stwierdziłeś, że świat się zmienia. Czy to dobrze? Nie wiem. Wiem jedno – jeśli szkoła nie podąży za tymi zmianami to o Mickiewiczu, Słowackim tudzież obozach zagłady słuch niedługo zaginie. Na zawsze.

    tomekwojcik

    listopad 9, 2008 at 10:30 pm

  4. Czyli co? Zamiast Krzyżaków nich sobie dzieciątka czytają Wojnę polsko-ruską Masłowskiej? ;)

    Zgadzam się z Panami, ale nie idźmy też w groteskę….

    Alchemia

    listopad 11, 2008 at 7:35 am

  5. Jeśli Masłowska nie byłaby jedyną lekturą i jedynym preferowanym stylem pisania, to czemu nie? W końcu to obraz pewnej świadomości literatury, która w pewnym momencie stanęła i nie wiedziała, co robić dalej, bo wszystko to, co oferowała, okazało się zupełnie martwe i nieprzydatne.

    c y n i k

    listopad 11, 2008 at 12:19 pm

  6. A to Miłosz nie żyje?

    godai

    listopad 12, 2008 at 9:06 am

  7. Tylko wiesz Cyniku (vel Dorianie G.) – obok tej Masłowskiej rzeczonej kazaliby też pewnie czytać P. Cohelo… Każde rozwiązanie niesie z sobą jakieś zło, mniejsze lub większe (i nawiasem pisząc nie wiem czy taki Cohelo nie jest tym gorszym rozwiązaniem ;p ba – jeśli o mnie chodzi byłby takim napewno ;p)

    Alchemia

    listopad 13, 2008 at 3:40 pm

  8. Mnie akurat zawartość programu nauczania w szkole tak bardzo nie przeszkadzała. Lubiłem te teksty, dziwnej treści, napisane niecodziennym językiem. Inna sprawa, że wtedy miałem inną mentalność, inna też że ‘nowoczesna&postępowa’ koncepcja literatury i sztuki mnie nie pociąga, przynajmniej owe Masłowskie i spółka, z takim zapałem promowani przez media. W tym punkcie warto by się było zastanowić, co miałoby się w takim programie nauczania znaleźć. Jego autorzy najwyraźniej patrzyli przez pryzmat narodu, historii, ideologii, itd… Tak na dobrą sprawę cały program, wszystkich szkolnych przedmiotów, sprowadza się do rzeczy wysoce niepraktycznych, z których najwyżej można pisać maturę w ramach egzaminu na studia, a i tam się okaże że 50% materiału jest nieaplikowalne w życiu. Przynajmniej tak to wygląda z socjologią… Czego Wy oczekujecie po języku polskim w szkole? Ja chętnie bym zobaczył coś, co spotkałem na lekcjach angielskiego w prywatnych szkołach językowych – praktyczne umiejętności, wskazówki jak pisać tekst CIEKAWY i śladowe ilości prawdy, że pisanie… może być zawodem. W szkole wmówili mi, że pisarz to artysta, boży pomazaniec, który właściwie nie wiadomo skąd się wziął, bo dobrze coś napisać nie każdy potrafi, a nawet jak potrafi, to jeszcze musi w tym zawrzeć cały ten krzyż narodowo-wyzwoleńczy, albo chociaż jakąś niespotykaną prawdę filozoficzną na saklę historii ludzkości.

    cyborg

    listopad 22, 2008 at 10:15 am

  9. Polska to zadziwiający kraj. Zadziwia mnie powrotami do dyskusji które gdzie indziej zmarły- jak się wydawało – ze starości. Jest to odświerzające – ot coś jakby happening z seksem na żywo i zwymyślaniem publiczności w muzeum archeologii kultury.
    Koncepcja literatury i jej miejsca w zbiorowej świadomości. Kanon lektur. Recepcja dzieła literackiego w czasach zamętu.
    Jakie to piękne.

    telemach

    grudzień 8, 2008 at 10:59 pm

  10. telemach, ale co cię dziwi? Sprawa pozostaje wciąż niezałatwiona.

    c y n i k

    grudzień 8, 2008 at 11:22 pm

  11. @cynik: taki i nie. To zależy od tego, w jaki sposób wyobrażamy sobie jej “ostateczne” załatwienie.
    Czy widzisz to inaczej?

    telemach

    grudzień 9, 2008 at 10:23 am

  12. Nie można tej sprawy “ostatecznie” załatwić, bo literatura jest, że użyję modnego określenia, przygodna. Historycznie zmienna. Rozmowa o literaturze czy jej krytyka również.

    c y n i k

    grudzień 10, 2008 at 1:46 pm

  13. @cynik: to nie dziwiłbym się, że sprawa pozostaje niezałatwiona.
    Ale, ale, to może jest dobry pomysł na książkę. Ostatnią.

    telemach

    grudzień 10, 2008 at 5:51 pm


Dodaj komentarz