Archiwum dla listopad 2008
Incydent niedopuszczalny.
Tak, przyznaję, upadłem wczoraj w pewnym znanym krakowskim lokalu, rzeczywiście, upadłem na twarz, próbując wstać od stolika bardziej energicznie niż zwykle jest to czynione. Owszem, upadłem wczoraj na twarz będąc pijanym i w istocie, świat wirował, sala tańczyła, a ludzie chyba nawet mówili.
Wcale nie próbuję się wyłgać. Zdarzyło się to w czwartek, bo dzisiaj jest piątek, w pewnym krakowskim klubie powszechnie uznanym za ceniony i cenionym za uznanie doborowego towarzystwa studenckiego. Byłem tam nieco zanurzony, tak do okolic pępka, w lepkim intelektualizmie, który nie wiadomo, czy wypływał z nas, czy też do nas się dobierał. Piłem: czwarte jasne piwo i drugą pięćdziesiątkę wiśniówki gratis, piłem więc w sposób kontrolowany i powszechnie uznany za dopuszczalny, jeśli chodzi o cenione i uznane krakowskie kluby, acz zbliżałem się do nieprzekraczalnej granicy, oddzielającej duszę towarzystwa czy może adepta bliżej nieznanych mu dotąd systemów filozoficznych od zwykłego pijaka, który już się skończył. Prowadziłem więc, ogarnięty nieskrywanym podnieceniem, ciężkie dysputy w sposób lekkomyślny, co kwitowane było owacją raczej jednak na siedząco, aczkolwiek równie łechcącą dla mojego ego. Dyskusje toczyły się na tematy różne, bo była to podmiotowość według Kartezjusza, była to podmiotowość według Heideggera, była to podmiotowość według Hegla, była to podmiotowość według Sartre’a i była to krytyka wyżej wymienionych w duchu Derridy. Opluwaliśmy się więc szczątkami filozofii przez co najmniej godzinę, być może nawet było to opluwanie z morałem, który jednak nazajutrz umknął z powodów cięższych niż najcięższe teorie.
Natomiast muzyka była rozmaita. I kiedy właśnie nad nami zatańczyły pierwsze takty powszechnie uznanych i cenionych utworów jazzowej klasyki, zobaczyłem anioła, który w sposób bardzo jasny, w sposób bardzo widzialny, opadał ku mnie z niebios czy może z sufitu, bo klub ten miał chyba jednak sufit, i z takim niewłaściwym dobremu aniołowi perwersyjnym uśmiechem, kiwał na mnie głową. Doprawdy nie wiem, czy owy anioł w znanym krakowskim lokalu rzeczywiście zaistniał, czy może owy lokal jest powszechnie ceniony i uznany za anielskie objawienia właśnie, jednakże szybko okazało się, że anioł ten to po prostu zbieg okoliczności.
Kiedy więc anioł rozpłynął się w powietrzu, ja próbowałem podjąć pozostawiony przez chwilę na uboczu bardzo zajmujący mnie wątek hermeneutycznego koła, ale zauważyłem, że nikogo przy stoliku już nie było.
Zapragnąłem wyjść - i byłoby to wyjście zasłużone – ale wtedy zdarzył się incydent niedopuszczalny. Dopijałem właśnie piwo i nie wadziłem nikomu, naprawdę, zajmowałem mało miejsca w tym dość pojemnym jednak lokalu, ale mimo tego, niedaleko siedząca grupka studentów polonistyki roku czwartego, wskazała mnie palcem.
Wskazaniu temu towarzyszył niewybredny komentarz, z którego usłyszałem słowa takie jak „śmieszny”, „ograniczony”, „pijany”, „żałosny” i „podmiotowość”. W niedaleko siedzącej grupce studentów rozpoznałem twarze z tej czy innej instytucji, która wypluła na polski rynek i polską historię mesjaszy, żołnierzy, odkrywców i chyba nawet jakichś dostojników kościelnych, w szczególności zaś wypluła, już dziś zabitych przez komunistów, studentów.
I wtedy się lekko zniesmaczyłem, być może nawet, nie przeczę, poirytowałem. Pomyślałem, że podejdę wówczas, że wstanę, zrobię te parę dzielących mnie od studentów roku czwartego kroków, podejdę spokojnie i dostojnie, jakbym to nie ja był tym żałosnym i pijanym, jakby to była tylko taka moja chwilowa rola do odegrania, podejdę więc, ukłonię się może, a może się po prostu zachwieję, w drodze wygładzę spodnie, bo pewnie od tego siedzenia już się pogięły, strzepię paproch z koszuli, uśmiechnę się, po czym pierdolnę prosto w ryj studenta, który uśmiecha się najszczerzej, kopnę w brzuch studentkę z ironicznym wyrazem twarzy i rozbiję delikatny przecież kufel po piwie na głowie ostatniego, w sumie całkiem ładnego chłopaka. I właśnie ich tak, zgoła transgresyjnie, załatwię. Bo muszę przyznać, że nic tak nie działa mi na nerwy, jak studenci polonistyki roku czwartego z tej czy innej instytucji nauki, którzy wskazują Bogu ducha winnego klienta klubu przecież, sami przekonani o swojej nietykalności z racji odwiecznej obowiązującej kultury polemiki. Co się zaś tyczy motywacji głębszej, to rzeczywiście, łączyły mnie ze wspomnianą trójką studentów relacje na tyle osobiste, że osoby postronne z zakłopotaniem pytały, czy my ze sobą sypiamy, czy też po zajęciach próbujemy się na noże.
Wstałem więc dość gwałtownie, krzesło z hukiem uderzyło o zalaną różnymi płynami podłogę powszechnie cenionego i uznanego klubu i gdy już miałem ruszyć w stronę trójki studentów, to przyznaję, wywróciłem się w sposób niefortunny na twarz, upadłem nie ratując się rękoma, jak kłoda, uderzyłem czołem w parkiet. Krew mnie zalała. Proszę jednak sobie uświadomić, że byłem, to nie ulega wątpliwości, pijany, więc czym prędzej próbowałem owy fakt niezaplanowanej wywrotki obrócić w żart sceniczny, co spowodowało, że leżąc na twarz i brocząc krwią, machałem rękoma w zamyśle próbując przedstawić wyjaśniającą gestykulację, co przez postronnych mogło zostać odebrane jako całkiem zgrabny żabi hapenning. Wreszcie obróciłem się na plecy i siedząc na parkiecie, krwawiąc i próbując odnaleźć wątek, wymamrotałem następujące słowa: „ojejku”, „śliska”, „nie stało”, „podmiotowość”. Zalewała mnie więc krew i czułem, że straciłem parę przednich zębów, bo wyżej wymienione słowa brzmiały podejrzanie śmiesznie, gdy na domiar złego podszedł do mnie barman, z rozbrajającym spokojem nachylił się nade mną i zapytał, czy przypadkiem się nie wywróciłem i czy coś mi się nie stało. Ja więc, pokonawszy w sobie demona gniewu, z radosnym uśmiechem i zmasakrowaną twarz odpowiedziałem, że ależ skąd.
Ową trójkę studentów, do której dojść mi się wówczas nie udało, jeszcze załatwię. Parę jednak zbiegów okoliczności spowodowało, że akurat tamtej nocy musiałem odpuścić. Udałem się więc w kierunku miejsca spoczynku, znacząc drogę śladami krwi, jak niejeden bojownik o wolność w czasach pogardy. Byłem piękny, przyznaję.
Najlepsza powieść na świecie.
W dniu wczorajszym uznanym przez ogół za groźny, mroczny i taki romantyczny, w zadymionym, dość szemranym, dość przebrzmiałym lokalu zebrali się pisarze: Piotr Czerski, Jakub Żulczyk, Dorota Masłowska i Michał Witkowski w celu podniesienia rękawicy rzuconej przez Janusza Sławińskiego, Czesława Miłosza i Losowego Publicystę z Pisma Fronda. Zadanie było proste: napisać najlepszą powieść na świecie – tzn. w Polsce – która nie byłaby o gejach ani też o pedałach, nie byłaby o młodzieży – lub przynajmniej młodzież nie stanowiłaby podmiotu – nie byłaby też o narkotykach – choć może pojawić się opium – żadnych też subkultur, grup społecznych powszechnie uznanych za anarchistyczne (feministki, Żydzi, ekolodzy, wegetarianie, fani Alice Coopera, adepci dowolnego ponowoczesnego filozofa). Warunkami zwycięstwa było też: brak słów potocznie uznanych za wulgarne – np. „kurwa”, „dupa”, „cwel”, czy słów, które poprzez kulturowe konotacje zostały uznane za abiektalne, tj. „rzygi”, „sperma”, „ślina”, „sraczka”. Należy również pominąć następujące słowa i denotacje z nimi związane: „ciało”, „rola”, „tożsamość”, „alienacja” i „transgresja”.
Tematyka tekstu dowolna, ale należy pamiętać, że książka ta miałaby być o miłości – takiej metafizycznej, takiej sentymentalnej, takiej różnej. Miłość ta byłaby heteroseksualna (choć tego słowa użyć nie można) i zaczęłaby się, gdy młody absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego z tytułem magistra polonistyki wróciłby po dziesięciu latach nauki do swej rodzimej, sielankowej, statystycznej wsi. Ta typowa, statystyczna wieś polska byłaby pełna czerwieni, kaczeńców, tulipanów i lilii, mieniłaby się w słońcu refleksami pobliskiego krystalicznie przejrzystego strumyku (w którym ów absolwent w dzieciństwie pluskał się radośnie). Mieszkańcy wsi byliby z warstwy wyższej, mieliby konie, które nie robią kupy i mieliby kobiety, które też kupy nie robią – i on tam właśnie wraca do tej wsi, wchodzi do swojego dworku, a tam o ja pierdole – tzn. patrzy, a tam takie promyki niewiadomo skąd błyszczą, takie refleksy kryształowe z ogrodu dochodzą. I to światło – tu należy zasygnalizować rozmaite konotacje światła, tj. Bóg, dobroć, harmonia – zaczyna go prowadzić. Musi to być tak napisane, jakby absolwent był właśnie kierowany przez to światło – ten nasz bohater z miną cokolwiek oniemiałą, z taką jakby mu się tam objawił Jezus Chrystus albo McDonalds, wchodzi do ogrodu – od razu czytelnika atakuje mnogość kolorów i tu należy zawrzeć krótki i zwięzły opis natury na szesnaście i pół strony małych piaszczystych alejek, białych kamyczków i ciemnozielonych krzaczków równiutko podciętych najpewniej przez wiekowego, przekazywanego z pokolenia na pokolenie ogrodnika, czyli byłby to opis tych wszystkich rzeczy, które współczesnego czytelnika szalenie zainteresują.
Bohater więc patrzy ze wspaniałością i świadom jest tego, że każdy dzień przynosi mu radość i takie właśnie zjawiska jak to przedstawione, gdy nagle dostrzega białą sukienkę czy może halkę na dziewiczo czystej dziewicy z wiankiem na głowie. I ta dziewczyna ma długie kręcone blond włosy i tak nimi zarzuca, że o żesz kurwa, tzn. że bohaterem aż wstrząsa transcendentalno-ontologiczny dreszcz, tzn. taki wiecie, no, i wstrząsa nim ten dreszcz w takim sposób, że autor ma nam przekazać, że to było tak głębokie, tak donośne przeżycie.
Więc on ją widzi, a ona ucieka, bo to nie byle kurwa – tzn. bo to nie byle kobieta. W każdym razie ona ucieka z takim chichotem zadziornym, takim w stylu „złap mnie i przeleć jeśli potrafisz, ale w książce napisz, że co najwyżej pocałowałeś mnie uroczyście w rękę”, a nasz bohater jeszcze długo tam stoi.
Aż wreszcie nie stoi i idzie i dalej, w wyniku zawirowań fabularnych, w wyniku rozmaitych analogii do wartości znamiennych, bohater nasz wplątuje się w konflikt, raczej zresztą zbrojny. Tu już rozpoczyna się główna tematyka powieści, bo i dochodzą takie motywy jak po pierwsze: dojrzałość, po drugie, walka narodowowyzwoleńcza, po trzecie, opisy borów i polanek, po czwarte: tragizm. Bohater musi więc sobie poradzić w wieloma przeciwnościami losu, bo to kolejny ważny i aktualny dla dzisiejszego czytelnika wątek, musi zostawić za sobą swoje dzieciństwo i stanąć twarzą w twarz z ogromem Historii, a może nawet ze Światem. Innymi słowy, musi poddać próbie swoją dojrzałość – swoją męskość. Te inicjacyjne próby to między innymi przejście po rozżarzonych węglach, tor przeszkód, jazda koniem po murach i rzucanie podkową do celu. Ostateczną próbą jest objęcie roli wodza w powstaniu zbrojnym – to również jakże szalenie aktualny wątek, warty nauczania dzieci w szkołach – i dokonanie wyboru między naiwną, młodzieńczą miłością (czyt. cielesnością, seksem, niedojrzałością obywatelską), a dojrzałą rolą w imię Narodu. I bohater tak się waha i waha, bo niby tu sobie by pobzykał, tzn. niby chciałby nawiązać dialog z dziewczyną z ogrodu, ale z drugiej strony – tu kolejny aktualny wątek – przebrzydli Moskale atakują od wschodu i należałoby raczej coś z tym zrobić. Więc bohater dokonuje iście tragicznego wyboru – odrzuca szepczącą, kuszącą swoją obsceniczną cielesnością dziewczynę, stając na czele powstania jako dojrzały i męski i odważny przywódca. W ręku dzierży sztandar Polski, idzie w stronę szeregów ruskich, idzie i intonuje Bogurodzicę, gdy przy drugim wersie zbłąkana zupełnie kula trafia go w czoło, przebija czaszkę i wywala cały mózg na idącego za nim żołnierza, który reaguje: „o fuj!”. Sztandar Polski, to musi być odpowiednio wzruszająco opisane!, zbrukany krwią upada na ziemię, wzbijając lekki tuman pyłu.
Przy końcu jeszcze pojawia się ogrodowa dziewica i płacząc i szlochając i strasznie lamentując opłakuje zmarłego powstańca, który nie sikał, kupy nie robił, nie przeklinał, nie bzykał i nie był z Westerplatte.
Co się zaś tyczy wyniku owego spotkania w knajpie – to cóż – pisarze wysłuchali wszystkich komentarzy, instrukcji, zasad i uwag komisji od wartości literatury, pijąc przy tym darmowe wino, paląc darmowe papierosy, kiwali głowami, patrzyli ze zrozumieniem coraz to bardziej szklanymi oczyma, poczym gdy się już mocno nawalili, podziękowali zasłużonym autorytetom krajowym i zostawiając ich z durnym wyrazem twarzy, wyszli. I drzwi nie zamknęli!
Sławiński miał pretekst do dalszego szydzenia z postmodernizmu, Miłosz z dzisiejszych pisarzy, natomiast Losowy Publicysta z Frondy błysnął jakimś tekstem o lewackich ideałach, ponowoczesnej papce i upadku ostatecznym kultury polskiej.
A autor jak zwykle przypomina, że skoro Miłosz is ded, to fikcja to jest.


