Jak Deja wziął i znikł.
Albo jak Deja wziął i znikł. Normalnie siedzimy w nocy na naszej ławce, rozmawiamy na tematy transcendentalne bez zauważalnego konsensusu i nagle on wziął i znikł. Pyknęło i zamiast mniej lub bardziej atrakcyjnych kształtów Dei została chmura błękitno-zielonego dymu. I ja, wyrwany z dyskursu, rozdziawiłem zupełnie nieatrakcyjnie usta, i tak stałem, bo to ponad moje siły takie metafizyczne zabiegi podczas, bądź co bądź, niezobowiązującej rozmowie o bycie. Tak się nie robi, mówiąc wprost, gdy trzecia puszka leży już na trawniku, a diabelski wesoły ognik przekazywany z rąk do rąk za każdym machem wymazuje ci z pamięci jedną klasę podstawówki.
Znikł i ja zostałem sam, nie licząc Pepka, który sobie tylko wiadomym sposobem wysyłał fale ultradźwiękowe w stronę kosmicznych, nie odkrytych jeszcze światów z wiadomością: „Przybywam w pokoju”.
Więc łapię go za pięty i ściągam na Ziemię z tych jego galaktyk i kiedy jestem już pewny – lub prawie pewny – że zyskałem jego uwagę, a Pepek nie kolonizuje właśnie jakiejś odległej planety, to wskazuję ledwo widoczne już obłoczki i mówię: Deja wziął i znikł.
I chociaż wypowiadam tę kwestię dramatycznie, z odpowiednimi, przewidzianymi dla takich chwil pauzami, z niemalże podsycającą sensacyjny nastrój muzyką w tle, z oddaniem i takim, no wiecie, teatralnym przejęciem, to Pepek, nie czując chyba tragizmu, z wielkim uśmiechem i jakąś taką pierwotną radością mówi: I oto chodzi.
Wtedy ja zrywam się na nogi, chodzę po parku, kopię puste puszki i gorączkowo myślę.
Deja wziął i znikł, a Pepek właśnie odpala silniki prywatnej rakiety Apollo 13,5, w dodatku rzuca mało śmiesznymi żartami. A problem wzięcia i zniknięcia Dei pozostaje nierozwiązany. Bo co ja teraz powiem znajomym, Boże, co ja powiem jego dziewczynie – że co, że się w parze i dymie rozpuścił, że nagle pykło i znikło? Albo że się ulotnił? Że wzniósł się ponad to wszystko, naprawdę nie wiem jak, M., to jakoś tak nagle się stało, gdy rozmawialiśmy o ontologii, a być może nawet o aksjologii i wówczas właśnie stało się to, co się stało. Że nic nie braliśmy, no, to co zwykle, bez jakichś tam udziwnień, bez szamańskich stymulantów. I to się stało tak nagle, że jedna sekunda i nie ma.
Błądzę po parkowej górze, szukam go w krzakach, za drzewami, pod kamieniami, 30 centymetrów ponad chodnikami, omijam koralowe ostrowy burzanu, w tej cholernej ciemności to ja sobie nogi poharatam, nigdzie drogi ni kurhanu, i nagle patrzę, Jezus Maria, Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzeńka wschodzi? Nie, to błyszczy Deja! I po niebiańskich stopniach schodzi. Odziany w jakieś szaty sułtańskie, złote nici, diamenty, idzie i tak się do mnie szczerzy. Że on tu, Mesjasz Parkowy, nam się tu objawia, że nie lękajcie się owieczki, wasz pasterz nadchodzi, może trochę upierdolony, ale przecież jednak Zbawiciel. I tak schodzi do nas, a my klękamy, i już tam wina jedną ręką otwieramy. O rany! Rany! Rany!
A potem hiperrzeczywistość w namacalnej bezpośredniości. A potem Bakczysaraje i pytania o własne pochodzenie. A potem Ibuprom, magnez, B6 i obietnica poprawy. Pacierze w kosmos słane, że Jezus, kurwa, moja głowa, że kac mnie trawi.



Jeśli uważasz, że zbędziesz mnie taką niby-wzmianką, takim ochłapem, wspomnionkiem,popierdółką, quasi-wystąpieniem, to… ci na piwo nie pożyczę, spalę Kraków, wymienię ci wszystkie ciuchy na dresy i zbanuję cię na dopalacze.com. Na początek.
Tez coś – takie to mało feministyczne i feminizujace jeszcze jest.
Że się tak wyrażę – Phii!
M.
październik 8, 2008 at 11:22 am
Że tez nie potrafisz wyczuć prawdziwej i rasowej postaci literackiej!
;p
M.
październik 8, 2008 at 11:23 am
Ale to komplement, że nie pojawiasz się jako pełnoprawna postać w tych wypocinach. Komplement, bo to znaczy, że jesteś wyjątkowa, wiesz, indywidualnie niedopasowana. Taki klocek Lego-indywidualista. ;P
c y n i k
październik 10, 2008 at 5:24 pm
tjaaa Ibuprom, magnez, B6- Święta Trójca dla studenta
lady mcbeth
czerwiec 1, 2009 at 11:52 am