W u l g a r y z m

all that is solid melts into air

Archiwum dla Październik 2008

“Jebać żydów siekierami” – próba analizy.

z 119 uwagami

W windzie, którą każdego dnia wjeżdżam na dziewiąte piętro, ktoś napisał: „Jebać żydów siekierami”. I właściwie można się uśmiechnąć, bo to jebanie siekierami ma w sobie humorystyczny potencjał, ale my, jako oczytani i inteligentni i w ogóle fajni Polacy, powinniśmy postawić teraz pytanie: Co autor miał na myśli?

To, że na murach jebie się Żydów, wie chyba każdy. Jebie się ich różnie, po niemiecku (Jude Raus) czy po polsku (Żydzi wypierdalać). Nigdy jednak, w całej swojej karierze kolekcjonera owych napisów, nie natrafiłem na jebanie siekierą. Przyznacie, że autor owej myśli nie poszedł na łatwiznę i jakże skutecznie rozbudował i odnowił tak już wytarty frazes. Rzekłbym nawet, że odkrył jebanie Żydów na nowo. To zupełnie nowa jakość jebania.

Niestety, forma graficzna tekstu pozostawia wiele do życzenia. Artysta bowiem, by wyrazić ekspresję, użył ołówka, co w połączeniu z żółtymi ścianami windy i słabym, żarówkowym światłem, utrudnia odbiorcy obcowanie z dziełem. Można powiedzieć, że to i dobrze, że nadaje to dziełu pewien wymiar niedostępności dla typowego filistra, wręcz wymiar elitarny, a odbiorca, jeśli już napis odczyta, poczuje się jako ten, który dekoduje tajny znak. Takie dzieła zwykle zespalają się z odbiorcą i zawierają jakiś ukryty, tajny przekaz. Ta modernistyczna koncepcja, śmiem twierdzić, przejawiła się w wizji windowego artysty. Być może autor znał i cenił Wilde’a, Prousta czy Musseta, a dzieła tychże odbiły się na jego akcie twórczym? Samo jednak miejsce zaistnienia dzieła, tj. winda dziesięciopiętrowego bloku na Czyżynach krakowskich, również może dostarczyć nam materii badawczej, bo czyż nie ma tu aluzji i analogii do popularnych i licznych miejskich aktów twórczych, tj. spontanicznych „chujów”, „dziwek” i „kurw”? Autor więc idzie krok do przodu – ze swym aktem twórczym wychodzi do ludu, zostawia dzieło w miejscach ogólnodostępnych, w miejscach częstego użytkowania, co też nadaje dziełu pewną wartość użytkową – dzieło bowiem nierozerwalnie związane jest z windą, nadaje windzie cechy tragizmu. Czuć, że tak powiem, Zyklon B w tej windzie.

Modernizm spotyka się więc z nowoczesną sztuką, z koncepcją artyzmu czerpiącego ze współczesnego performance’u, tj. artysta-animator kultury wychodzący do ludu z dziełem. Pozwala nam to wstępnie scharakteryzować samego twórcę. Twórca jest oczytany, zna i stosuje rozmaite analogie – rolę modernistycznego poety uzupełnia cechami artysty-aktywisty. Jest buntownikiem, ignoruje political correctness. Jak łatwo zauważyć, zna i stosuje rozmaite analogie do historii nie tylko widocznego w grafii tekstu narodu żydowskiego, ale także i polskiego, cygańskiego itd. Odniesienia do historii Drugiej Wojny Światowej każe nam sądzić, iż artysta zna historię Europy i świata w ogóle, wszak mowa tu o wydarzeniu, które dotyczyło nie tylko przedmiotu badań, tj. Żydów, ale i w ogóle ludzi. Za wiedzą w ślad idzie pewność, tj. obiektywność owej wiedzy – autor jest pewny swoich myśli, co daje mu znaczącą przewagę w relacjach między nadawcą a odbiorcą. Odbiorca ma za zadanie odczytać intencje twórcy, sens dzieła lub ewentualnie, w ramach współczesnej humanistyki, owy sens wytworzyć. Artysta stawia się więc tu w roli Nauczyciela, przewodnika lub Mistrza. Nauczyciel naucza nas, odbiorców – tu w roli Uczniów.

Relacja Nauczyciel-Uczeń, jak się domyślamy, zaistnieć może tylko wówczas, gdy istnieje to samo culture background, tj. pewna wspólnota kulturowa (w tym wypadku, takim wspólnym polem dla Nauczyciela i Ucznia będzie krew, a ściślej, bycie Polakiem oraz język polski). Relacja, jaka zachodzi między nami a dziełem, czy między N i U, szybko staje się tu najważniejsza. Dochodzimy więc do sprawy doniosłości dzieła. Nie możemy bowiem oceniać go w kategoriach estetycznych (te, jak informuje grafia tekstu, schodzą na dalszy plan), powinniśmy natomiast, w ślad za intencją twórcy, użyć kategorii etycznych. Bo aby odczytać sens dzieła, postawić musimy pytanie. Do kogo adresowane jest dzieło? Do kogo, ściślej, zwraca się autor zdaniem „Jebać żydów siekierami”. Czy autor zwraca się do samych Żydów, czy może Polaków? Biorąc pod uwagę wcześniejsze, arbitralne założenie więzi Nauczyciel-Uczeń, odpowiedź wydaje się prosta: do Polaków. To z Polakami autora łączy culture background, więź narodowa i krwi, więź historyczna. Potwierdzeniem tej tezy niech będzie fakt, że autor Żydów nie traktuje jak ludzi i jego modernistyczna rola artysty nie pozwala skierować oblicza ku, jak sądzę, ignoranckiej postawie motłochu żydowskiego.

Samo słowo „siekierami” jest jakże ciekawie. To ono właśnie czyni akt twórczy takim wyjątkowym. Samo jebanie Żydów jest niewystarczające, natomiast jebanie Żydów siekierami dostarcza tak potrzebnego semantycznego wzmocnienia. Te siekiery pełnią tu funkcję podwojenia tragizmu, aktywizmu, żeby nie rzec, że artystycznej agresji. Ta żydowska Siekierazada zdaje się nie mieć końca, wszak gdyby spojrzeć na dzieło przez intertekstualność odnajdziemy miliony powiązanych naściennych ekspresji, dzieł innych artystów.

Podsumowując, autor Nauczyciel zwraca się do Polaków z wyraźną intencją rękoczynów. Ta prawdziwa perełka wśród literatury masowej, popularnej i naściennej, jest jedyna w swoim rodzaju, a tragizm, który zawiera, nie pozwala nam beznamiętnie przejść obok owego dzieła. Prawdziwie piękna ekspresja w dobie współczesnej myśli o holocauście. Bauman miałby co robić. Brawo, Polaku!

Jak Deja wziął i znikł.

z 4 uwagami

Albo jak Deja wziął i znikł. Normalnie siedzimy w nocy na naszej ławce, rozmawiamy na tematy transcendentalne bez zauważalnego konsensusu i nagle on wziął i znikł. Pyknęło i zamiast mniej lub bardziej atrakcyjnych kształtów Dei została chmura błękitno-zielonego dymu. I ja, wyrwany z dyskursu, rozdziawiłem zupełnie nieatrakcyjnie usta, i tak stałem, bo to ponad moje siły takie metafizyczne zabiegi podczas, bądź co bądź, niezobowiązującej rozmowie o bycie. Tak się nie robi, mówiąc wprost, gdy trzecia puszka leży już na trawniku, a diabelski wesoły ognik przekazywany z rąk do rąk za każdym machem wymazuje ci z pamięci jedną klasę podstawówki.

Znikł i ja zostałem sam, nie licząc Pepka, który sobie tylko wiadomym sposobem wysyłał fale ultradźwiękowe w stronę kosmicznych, nie odkrytych jeszcze światów z wiadomością: „Przybywam w pokoju”.

Więc łapię go za pięty i ściągam na Ziemię z tych jego galaktyk i kiedy jestem już pewny – lub prawie pewny – że zyskałem jego uwagę, a Pepek nie kolonizuje właśnie jakiejś odległej planety, to wskazuję ledwo widoczne już obłoczki i mówię: Deja wziął i znikł.

I chociaż wypowiadam tę kwestię dramatycznie, z odpowiednimi, przewidzianymi dla takich chwil pauzami, z niemalże podsycającą sensacyjny nastrój muzyką w tle, z oddaniem i takim, no wiecie, teatralnym przejęciem, to Pepek, nie czując chyba tragizmu, z wielkim uśmiechem i jakąś taką pierwotną radością mówi: I oto chodzi.

Wtedy ja zrywam się na nogi, chodzę po parku, kopię puste puszki i gorączkowo myślę.

Deja wziął i znikł, a Pepek właśnie odpala silniki prywatnej rakiety Apollo 13,5, w dodatku rzuca mało śmiesznymi żartami. A problem wzięcia i zniknięcia Dei pozostaje nierozwiązany. Bo co ja teraz powiem znajomym, Boże, co ja powiem jego dziewczynie – że co, że się w parze i dymie rozpuścił, że nagle pykło i znikło? Albo że się ulotnił? Że wzniósł się ponad to wszystko, naprawdę nie wiem jak, M., to jakoś tak nagle się stało, gdy rozmawialiśmy o ontologii, a być może nawet o aksjologii i wówczas właśnie stało się to, co się stało. Że nic nie braliśmy, no, to co zwykle, bez jakichś tam udziwnień, bez szamańskich stymulantów. I to się stało tak nagle, że jedna sekunda i nie ma.

Błądzę po parkowej górze, szukam go w krzakach, za drzewami, pod kamieniami, 30 centymetrów ponad chodnikami, omijam koralowe ostrowy burzanu, w tej cholernej ciemności to ja sobie nogi poharatam, nigdzie drogi ni kurhanu, i nagle patrzę, Jezus Maria, Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzeńka wschodzi? Nie, to błyszczy Deja! I po niebiańskich stopniach schodzi. Odziany w jakieś szaty sułtańskie, złote nici, diamenty, idzie i tak się do mnie szczerzy. Że on tu, Mesjasz Parkowy, nam się tu objawia, że nie lękajcie się owieczki, wasz pasterz nadchodzi, może trochę upierdolony, ale przecież jednak Zbawiciel. I tak schodzi do nas, a my klękamy, i już tam wina jedną ręką otwieramy. O rany! Rany! Rany!

A potem hiperrzeczywistość w namacalnej bezpośredniości. A potem Bakczysaraje i pytania o własne pochodzenie. A potem Ibuprom, magnez, B6 i obietnica poprawy. Pacierze w kosmos słane, że Jezus, kurwa, moja głowa, że kac mnie trawi.

Written by c y n i k

Październik 6, 2008 at 9:41 pm

Kabotynki – zapiski z Krakowa.

z 3 uwagami

fot. M.P.

fot. M.P.

W tramwaju słyszę rozmowę. O literaturze rozmowę słyszę i nadstawiam machinalnie uszy, bo pocieszam się, pocieszam bardzo, że wciąż kontaktuję. Ona mówi, że Coelho jest wspaniały, że odkrywa przed nią światy, na co on przytakuje i pyta się, czy czytała Weronika postanawia umrzeć, bo to bardzo poruszająca aż do nasady powieść. Ona że tak. Że w ogóle twórczość Coelho, wiesz, Alchemik, Była płynąca jak rzeka, Mały Książę, że to bardzo wartościowe książki są. Że poleciłaby każdemu. Ja wiszę na tramwajowej rurce, patrzę się jak kretyn w widoczki zaokienne i notuję w pamięci, bo w końcu przypadkowo mi tę pozycję polecono, by zamówić na Allegro Małego Księcia autorstwa Paula Coelho.

Sam jestem jak postać autorstwa Paula Coelho. Jestem jego pomysłem i błąkam się od myśli do myśli, od przystanku do przystanku, skulony, przestraszony ogromu i huku. Rozglądam się i każde moje spojrzenie „przepełnione jest bólem”, każdy mój krok „jest jakby ostatnim krokiem”. Idę, a jednak uciekam, maszeruję, a chcę biec. Tylko dokąd, och, jak bardzo odczuwam niepowetowaną stratę, że aż mnie do ziemi ta strata przybija, że aż padam przed tramwajem i nie mogę, nie mogę wcisnąć tego przycisku z podpisem: „Otwieranie drzwi”. I tramwaj – teraz ckliwy chwyt – odjeżdża. A ja sam, tak na tych torach, sam leżę, charczę, rękę dramatycznie wyciągam za tym tramwajem, numer cztery, na margi

fot. M.P.

fot. M.P.

nesie, a on już odjechał w stronę, i teraz chwyt surrealistyczny, w stronę Nowej Huty, już tam odjechał do dzieła polskiego narodu i zostawił mnie, Boże, zostawił.

Wieczorem piwo w pubie bardzo kulturalnym – w doborowym artystycznym towarzystwie, gdzie się artystycznie spożywa piwo i wódki wszelkiej maści, gdzie się artystycznie płaszcz ściąga i szcza się do pisuaru artystycznie. Forma jak skała, materializuje się przy stoliku, przy którym dopiero co zasiadłeś. Moja prowincjonalna krew domaga się barowego piwska za cztery złote, ale szybko tę część siebie ukrywam pod kurtką i wyciągam grubsze pieniądze. Toczy się rozmowa. Dosłownie o niczym, takie blablabla. Nikt jeszcze nie wie, jak się skończysz, mój bohaterze, w jakim miejscu i o jakim czasie.

Tu się nie siedzi, tu się chodzi po knajpach, ktoś instruuje. To idziemy, to chodzimy po knajpach. W którejś z kolei zasiadamy. Na potrzeby lokalu wymieniam artyzm w clubingowy dizajn. Rzucam kurwą, stroszę piórka, w mózgu Dj Kastracja rozpieprza zwoje. Cała sala tańczy i wtedy wchodzę ja, wymiatacz parkietów, wchodzę ja do tego klubu, biorę piwo i usuwam się w cień. Bo ta forma nie moja zupełnie, wymyka mi się, nie potrafię, nie rozumiem.

Jest piwo i jest muzyka. Bum bach mam w głowie i w żołądku, bum bach w myślach. Piję, mentalnie palę, bo fizycznie już nie mogę. Siedzę w ciszy na dyskotece. Moi współtowarzysze poszli potańczyć do znanych i powszechnie cenionych hitów. Nagle poruszenie, wrzask, pisk, podniecenie – odziana w sportowe ubrania młodzież unosi ręce bo oto, tak, tak jest, leci Akurat – Dyskoteka gra. Ty tego nie zrozumiesz, Dorianie, ty nie czaisz po prostu bazy, fabułki nie kąsasz, bo nagle te dresy, te wszystkie skretyniałe istoty, które ta piosenka dotkliwie obraża, zaczynają wyć i skakać, jakby to był ich ulubiony przebój, jakby to mieli nagrane na każdej empetrójce, a nawet empeczówrce. Ta banda małpoludów, których nigdy nie rozumiałeś, jednoczy się w tej plemiennej pieśni i śpiewa:

Kto z paskami spodnie nosi
Ha, ha, haczyk na bluzie
Robi często smutne oczy
I smutną ma buzię
O czym myśli tajemnicza
Smutno-oka młodzież?
Czy z haczykiem ma obuwie
I z paskami odzież

Wypełniam buzię piwem, bo już mi z trzewi kurwy wylatują, już chuje się wiją i atakować chcą, gryźć tych mięsistych panów i odpicowane panie. Upijam się więc skutecznie acz niezauważalnie. Trzymam fason, połykam miotłę i gapię się wciąż, jak oni mijają się z przesłaniem piosenki. I myśl wpada głupia, że ten utwór śpiewany przez takich wykonawców jak bohaterowie i bohaterzy z dyskotek wiejskich i miejskich, nabiera zupełnie nowego znaczenia i jakiejś nowej, dramatycznej, tragicznej treści.

fot. Chmurka

I szok! I nagle wrzawa! Bo zmiana piosenki, bo Raissa leci, bo z tej wiejskiej krakowskiej potańcówki zrobił się rockowy pokaz dresiarski. I ci wszyscy panowie prezentują broń, roztaczają mięśnie, rozpylają efekt Axe. Łapią swoje oniemiałe partnerki, łapią je za dupę: „Cześć, jestem Przemek” może mówią, może się przedstawiają, bo złapanie kogoś za dupę być może daje pretekst do zapoznania się, do kulturalnej wymiany myśli – i już w parach ekstatycznie tańczą, a ty Dorianie, ty narratorze siedzisz i śmiejesz się, siedzisz i pijesz ile wlezie, bo boisz się, że nagle pierdolniesz śmiechem i zalejesz cały ten parkiet czystą radością, że twoje wnętrzności od tego śmiechu nie wytrzymają i zwymiotujesz komuś na wypieprzone w kosmos lakierki i galaktyczny dres z Croppa albo Diversa. I ty Dorianie siedzisz i dziękujesz jakiemuś wyimaginowanemu, narysowanemu na szybie bogu, że uczynił się tym kabotyńskim literatem, tym cholernym samozwańczym cynikiem – dziękujesz, że nie musisz tańczyć, tu, na tym parkiecie, że nie musisz łapać tej wytapetowanej piękności za wytapetowane pośladki, że nie musisz nie rozumieć polskiego tekstu w polskiej piosence. Boże, jak ty bardzo się wówczas cieszysz z tego, kim jesteś.

Pijesz litrową Warkę, tak, zdarzają ci się wpadki i błędy w życiu – więc pijesz litrową Warkę, Dorianie i szukasz jakiegoś klucza, żeby zrozumieć, ugryźć tę wichurę. Lokal staje się coraz bardziej zadymiony, a tobie trudniej utrzymać głowę. I nagle światło, jakieś niebiańskie trąby, deus ex machina nadchodzi, nagle objawia ci się twój pozostawiony w innym mieście kumpel – nagle ci się, po prostu, objawia Ptaku.

I mówi Ptaku, cały w tym świetle skąpany, mówi z aureolą (trochę pogiętą, bo schlany zupełnie), tak mówi: Kurwa. Nie mają tu Dębowego?
I ty, Dorianie, uśmiechasz się – wątek tragiczny tu wchodzi – uśmiechasz się, choć serce twe jak naprężona struna, jęczy i grozi zerwaniem. Uśmiechasz się, bo ci się nostalgia włącza.

Ptaku mówi: Ja się zjawiam, a tu takie coś? Ja się, pierdoło, zjawiam tylko w porządne, pijackie spędy, a nie imprezę dla dzieci w wieku lat dwudziestu pięciu. Już tak się stoczyłeś? Już tak się, Dorian, prowadzasz? I co, pewnie naszej jedynej słusznej wódki Sentyment nie tykasz?

I znika Ptaku, znika ta niebiańska jasność, a ja sam, w ciemności zostałem, pogrążony może nie w myślach, bo bez jaj, w jakich myślach na bani mogłem być, ale w piwie pogrążony, w piwie krakowskim, okropnym, nieprzyswajalnym – pogrążony w nadętym kuflu, zupełnie nie twoim.

Obracam głowę – jakże smutnie to robię! – i widzę, że obok siedzi Deja. I mówię: „Deja, ty tutaj! Ty tutaj, Szatanie, jak ty tu?” A on patrzy, pije Tatrę albo Piasta, pije i mówi: „No sześć”. I zanim Pepek się materializuje w chmurze bardziej lub mniej legalnej, materializuje się i podaje Dei skręta, bardziej lub mniej legalnego, i obydwoje uruchamiają swoje rakietowe silniczki, przebijają się przez sufit, znikają za czwartą, czy to piątą planetą. I ja znów sam. I może jeszcze piję, może, bo już nic nie jest pewne.

Piosenka mówi, że Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka. Ok. Spoko. Nie pytam o nią, wychodzę, przy barze odbieram dowód osobisty, wychodzę w noc, a przecież każdy czytelnik wie, że jak bohater wychodzi w noc, to już koniec jest, finito, że nie ma już nic.

Written by c y n i k

Październik 1, 2008 at 6:07 pm

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.