Archiwum dla sierpień 2008
Odpowiedzialność za Słowo.
To chyba normalne, że każdego nachodzi jakaś refleksja na temat tego, co stworzył. Znana polonistyczna rada głosi, że swojego tekstu nie ocenia się świeżo po napisaniu, raczej też nie przydaje się opinia znajomych i rodziny, a jedynie kogoś nieznajomego i bez skrupułów mogącego sprowadzić cię na ziemię czy to oceną czy opinią.
Blogi to straszny wynalazek. Podobnie jak cały internet. Demokratyzacja języka w wieku bodaj XIX doprowadziła do równouprawnienia względem tych, którzy językiem władali jak wojak muszkietem, i tymi, którzy znali jedyne parę prostych zdań jak „rzygać”, „dupczyć” i „żryć”. Kiedyś, aby cokolwiek napisać (i wydać), należało być światłym, wykształconym, mądrym, raczej też starszym. No i należało nie mieć waginy. Dzisiaj wystarczy mieć lat 16, samobójcze myśli i opłacony dostęp do internetu, a przyznaję, że z tym ostatnim mam problem. Konsekwencja tego „równouprawnienia” drastycznie obniżyła poziom pisma w ogóle, paradoksalnie, w gąszczu milionów tekstów, jakie się pojawiły po boomie stałych łącz i Neostrady, zmniejszyło się znaczenie krytyki literackiej. W sklepie internetowym Merlin zamiast opinii oczytanych, etatowych recenzentów odnajdziemy komentarze klientów. Toteż pod dziełami Coelho, Grocholi, Whartona czy Janusza Wiśniewskiego pojawiają się wpisy typu: „najlepsza książka na świecie” czy „najlepiej napisana”. Dzieła te zyskują też miano „kultowych”, „wiekopomnych”, „rewolucyjnych” i tym podobne. Często zresztą opinie te najeżone są błędami. Już nie krytyk decyduje o tym, czy dana książka jest cokolwiek warta, ale zwykły, bliżej niezidentyfikowany, internauta. Nie wiemy, czy ma lat 12 czy 60, czy ma maturę i teczkę w IPN, natomiast wiemy, że książka zyskała miano „rewolucyjnej”, co biorąc pod uwagę anonimowość recenzenta, tworzy ułudę obiektywizmu. Dzieło staje się obiektywnie rewolucyjne i pal licho, że autor takiej opinii użył tego słowa, bo akurat była to pierwsza jego książka z poza kanonu lektur i odkrył, że literatura używa słowa na „k”, a czasami nawet opisuje kopulację. Nawiasem mówiąc, podobnie stało się z samym językiem. O tym, czy dane słowo wejdzie do słownika języka polskiego czy nie, decydują dziś już nie poloniści, jak wierzy lud, nie profesor Miodek ani jakiś Związek Literatów, a decyduje o tym uzus, czyli użycie języka. Innymi słowy, decydujemy o tym my. Nasi dzielni badacze więc spisują kolejne słowotwórcze formy, które w dobie reklamy pojawiają się z tygodnia na tydzień (moje ulubione ostatnio zasłyszane słowo to „fotogenialny” – palce lizać!), poczym wyciągają wnioski i zatwierdzają, jeśli tylko forma ta nie jest w jakiś sposób, za przeproszeniem, kretyńska jak np. „poszłem”. Swoją drogą, obserwując np. Naszą Klasę.pl zastanawiam się, czy owi badacze nie popełniają czasem samobójstwa, bo praca musi rzeczywiście podła.
Wirtualizacja dzieła i demokratyzacja języka wymusiła zmianę na postrzeganiu utworu jako takiego. Bo przecież blog jest także publikacją, decydujemy się na jego czytanie dobrowolnie, a w dodatku, jak to w hipertekście , wybiórczo i fragmentarycznie, tj. nie czytamy całości, a tylko tę podstronę, do której zaprowadził nas odnośnik. Nie będę się dalej zagłębiał w ten temat, choć sam w sobie jest ciekawy. Interesuje mnie natomiast to, jak szybko okazało się, że utwory pisane na blogach czy witrynach WWW stały się… niezobowiązujące. W przypadku pomyłki czy skrytykowania (przez falę internautów-krytyków, zapewne po wieloletnich studiach z krytyki literackiej…) zawsze można zmienić adres, domenę czy ksywę. Pewnie każdy z nas pamięta romantyczną i modernistyczną koncepcję artysty, tak wałkowaną w liceum. Artyści ci różnili się, ale dostrzec można płaszczyznę porozumienia, tj. świadomość autorstwa tekstu. Romantyk wręcz krwią bazgrał te swoje teksty, by było jeszcze bardziej dramatycznie i by motłoch zrozumiał jego poświęcenie, a modernista nigdy by owych tekstów nie skasował, bo zawierały ucieleśnienie jego fotogenialności, którą mógł oświecać „nieoświecalny” w gruncie rzeczy tłum. Opisywane wyżej procesy wirtualizacji i demokratyzacji szybko jednak zmutowały wizję artysty (co nie oznacza, że romantyczny rodowód nie pokutuje co rusz w niektórych tekstach i w opiniach o pisarzach, że wspomnieć tu takie postacie jak Świetlicki czy Pilch, którzy mieliby za swoją genialność płacić alkoholizmem). Romantyk i modernista w tekście internetowych nie istnieje. Istnieją zaledwie blade imitacje, gdy ktoś próbuje przemawiać z Mont Blanc, choć siedzi zaledwie na usypanym kopcu kociej kupy. (Tak, lubię słowa na „k”). Pozbycie się imienia i nazwiska jest w istocie pozbyciem się autorstwa.
Tak o to można popełnić niezobowiązujący zupełnie tekst i dostać komentarze, czego zwykle nie umożliwiała zwarta publikacja, że tak to ujmę, papierowa. Dyskurs staje się namacalny, bo i widoczny w komentarzach do owej blogowej notki. Dyskurs ten ma w sobie coś z propagandy, bo i moderator w postaci czujnego autora potrafi usuwać nie pasujące do autorskiej wizji komentarze. W dyskurs ten, co najśmieszniejsze, czasami zakradnie się robot reklamowy i poinformuje adwersarzy dwóch stron o możliwości powiększenia penisa, cycków czy o tym, iż Tatiana robi niezły blowjob na tej i na tej stronie. Dodając do tego fakt, że na każdym komputerze owy blog może wyglądać inaczej (inna rozdzielczość ekranu, wielkość okien, przeglądarka, odwzorowanie kolorów itp.), otrzymujemy zupełnie niespójny śmietnik rozmaitych anonimowych, a więc nic nie wartych opinii.
Przejdźmy do konkretów. Z zaciekawieniem przyglądałem się temu, co dzieje się pod jedną z moich starszych i słabiej napisanych notek (tak, wiem, że wszystkie są słabe, ale dla potrzeb tego artykułu przyjmijmy, że pewne są „słabsze”). Przyznam, że w pewnym sensie mnie to przeraziło, bo oto w tekście, w którym ironicznie podkpiwam ze straszenia biednych ludzi sektami… owi biedni ludzie zaczęły sekty szukać. I tak oto Soul69 pisze: „ja tez szukam.., moze ktos poleci jakas godna uwagi..”. Wiecie, będąc autorem bloga (zresztą, będąc autorem czegokolwiek) należy mieć świadomość, że czytają cię różni ludzie. I ci młodsi i ci starsi. I ci głupi i ci mądrzy. Różni. Toteż niektórzy nie za bardzo rozumieją, że używasz ironii, hiperboli czy innej figury, by wprowadzić napięcie czy po prostu napisać coś ciekawe, może niebanalnie (niebanalnie mówić do pokolenia MTV, no kurwa…). Soul69 jest jedną z osób, którzy najwyraźniej nie załapali się, gdy Bóg rozumy rozdawał. Myślałem zresztą, że to jednorazowy wybryk, gdy pojawiły się kolejne, jak komentarz kevina: „tez szukam sekty najlepiej takiej co kultywuje sex ale nie moge zadnej znalesc a mieszkam w duzym miescie…”. Załamałem się jeszcze bardziej, gdy odkryłem, że ci ludzie to ludzie raczej już dorośli. Głupota w młodości to przypadłość, głupota u dorosłych to cecha. Z pomocą poszukiwaczom przyszedł Katharsis: „A jakie masz poglądy, czego dokładniej szukasz. Ja myśle żeby założyć własną… Wstąpienie do sekty uzależniłoby Cię od guru. Jakby co to pisz do mnie
”. Potem vik rzeczowo napisał: „Wstąpię do sekty ####@o2.pl” (adres zmieniłem). I wreszcie promyk nadziei, dziewczyna w jasności (choć z ksywą Wicia666) pisze: „sadze ze bardziej chodzilo o pokazanie ze cale narzekanie i lament o to ze sekty werbuja ludzi jest wypaczony,przerysowany i nie ma duzo wspolnego z rzeczywistoscia. a ze ludzie komentujacy nie widza ironii to nie moj problem
”. I brawo, autor się cieszy, bo jednak został zrozumiany, jednak ktoś go rozumie! Oprócz tego pojawiły się również głosy oburzenia (ci już w ogóle nie zrozumieli, o co biega). Fd pisze: „Jestescie jebnieci.. bez kitu.. takich jak ty powinni palic”, user o ksywce Obie natomiast nieznacznie się poirytował: „PIOPIERDOLENCY !!! PALIC CHUJOW ZAJEBAC !!! SZMATY PIERDOLONE JEBANE SEKTY!!!!!!!! DO CHUJA SIE PRZYŁACZCIE KURWAAAA !!!” oraz Kemsa: „powinno sie wam jajca podpalić idioci wielcy ave 666 idioci nie rozumiący samych siebie szukający pocieszenia w innych tzw religiach zastepczych FACK THE ALL MONSETERS”.
Miałem mieszane uczucia i zastanawiałem się, czy po prostu owych komentarzy, owych świadectw głupoty nie usunąć, bo poziomem nawiązują do wspomnianych wyżej robotów reklamowych od powiększania penisa. Zostawiłem je jednak, bo są tak pięknym i wzruszającym dowodem świadczącym o… no właśnie, o czym? Może wy potraficie to ocenić?
Traktowałem tekst pt. „Szukam sekty!” jako tekst dość humorystyczny, a jego recepcja okazała się jednak, przyznacie, drastyczna. Ciekawe, czy Nietzsche stworzyłby koncepcję Ubermenscha, gdyby wiedział, że Hitler później błędnie ją wykorzysta. To co zawsze irytowało mnie w innych blogach – podkreślenia, boldy, selekcjonowanie i wyszczególnienie najważniejszych tez (bo odbiorca jest głupi i trzeba mu wszystko narysować) stało się nieuchronną konsekwencją XXI wieku. I sam musiałem zacząć podkreślać, o czym piszę, musiałem wyboldować to, co chcę, aby zostało przeczytane i zrozumiane. Przeraziłem się, gdy i tak ktoś nie zrozumiał, że w tekście „Dlaczego wierzę w Szatana?” owego Szatana nie ma, natomiast autor satanistą nie jest (i nawet czarno na białym o tym napisał na końcu artykułu). Być może wymagam tutaj za dużo, bo wymagam od odbiorcy, po pierwsze, zdolności czytania ze zrozumieniem, po drugie, znajomości mojej osoby i moich poglądów. A być może po prostu sam na tym artykule poległem i nie uwydatniłem znacząco tego, że jestem ateistą, a Szatan w tym tekście to cholerna metafora negacji i buntu. Ale i tak muszę przyznać, że zasugerowanie mi, iż nie powinienem mieć ksywki „cynik” i pisać o tym, o czym pisałem, bo to mieszanie „antropologii starożytnej z nowoczesnością” zbiło mnie z tropu. To ja się tu trudzę, staram, by było ciekawe, a to jak krew w piach. Ja tu o tym, że Dekalog jest nieosiągalny, a ktoś z pretensją o tym, że to nie Szatan powoduje, a ludzie… Ja tu o moim stosunku do kleru, a ktoś wyraża (ironicznie, w zamyśle) swój gniew, bo nie ma kogo zaprosić do łóżka. Następnym razem użyję kolorów, by podkreślić ważność tez. Zielona – mało ważne, żółte – umiarkowanie ważne, czerwone – bardzo ważne.
Znacie te historie, według których niezrównoważony fan muzyki rockowej popełnia samobójstwo, bo nasłuchał się Sabbath Bloody Sabbath czy innego utworu, w którym Szatan nakłania do targnięcia się na swoje życie? Wiecie, to na swój sposób piękne, że Słowo ma wciąż taką siłę – że potrafi zabić – ale myślę, że wokalista takiego zespołu musiał się w pewnym momencie zastanowić, bo trzymał przy sobie potężną władzę i musi jej, uwaga, teraz sentencja ze Spidermana, używać rozsądnie. I pytanie na koniec: Czy artysta, który dostosowuje swoje teksty do słabiej przygotowanego odbiorcy, czy taki artysta nie przestaje przypadkiem być artystą, a staje się rzemieślnikiem? I czy jego tekstu na tym nie tracą?
Dodatek dla złośliwych:
Autor podaje się za artystę tylko pod wpływem.
Dlaczego wierzę w Szatana?
Powiedzmy to sobie szczerze: nie ufam nikomu, kto oficjalnie nie bzykał. Jezus nie bzykał. Maryję wybzykał Bóg we śnie, a oniryzm się nie liczy. Jan Paweł II nie bzykał. Proboszcz, który mnie bierzmował, nie bzykał. Wielka sekta niebzykaczy nie może być normalna.
Właściwie Jezus, jako literacka postać, szybko mi się znudził. Być może dlatego, że w ślad za nim podąża nie do końca przyjemna świta, który próbuje Jezusa tłumaczyć, choć z każdym ich słowem pierwotnie proste przesłanie Jezusa ulega skomplikowanym modyfikacjom. A Szatan? Ach, Szatan… urzekający mrok, skróty z długiej i nudnej chrześcijańskiej drogi. Jezus (Kościół) mówi: Życie to próba. Szatan mówi: Życie to życie. I chuj.
Muszę jednak zauważyć pewien fakt. O ile Jezus ciągle jest głównym bohaterem Biblii, o tyle w dzisiejszych powieściach nie ma go w ogóle. Albo prawie w ogóle, bo w tej chwili przypomnieć mogę sobie tylko trylogię Achai Ziemiańskiego, w której Jezus się pojawia, choć stanowi zaledwie ciekawostkę. Natomiast Lucyfer czy Szatan stał się tematem zarówno dla literatury powszechnej (Neil Gaiman), jak i polskiej (opisywana już przeze mnie Kossakowska). Trauma Lucyfera, jako tego, który pierwszy zapłakał lub tego, który popełnił dziecinny zupełnie błąd, a został ukarany jako dorosły to ciekawe historie. Szkoda jednak, że pisarze zapomnieli o Jezusie.
Wracając jednak do tematu artykułu: dlaczego ufam Szatanowi bardziej niż Jezusowi? Czy tylko dlatego, że Jezusa zadeptali jego prorocy i wyznawcy? Nie. Może dlatego, że gdybym jednak miał spotkać się z Jezusem na piwie, to zgadzałbym się w nim tylko w części jego poglądów. Wbrew stereotypowi, Dekalog chrześcijański nie zawsze nakłada się na moralność ateisty – czy może dokładniej – Dekalog nie pokrywa się z tym systemem, który akurat decyduje się stworzyć dla siebie ateusz. To, co zawsze irytowało mnie w poglądach ateistów – chociażby tych z ateista.pl – to pewien kompleks w stosunku do wierzących. Bo czy człowiek zdrowy na umyśle skreśla Dekalog? Jak można zanegować: „Nie zabijaj” czy „Nie kradnij”? Oczywiście, negacja tych, jak to śmiesznie podkreśla kler, „naturalnych” praw nie prowadzi do czegokolwiek dobrego, ale czy to oznacza, że ateista, który nie zabija i nie kradnie, wyznaje Dekalog?
Odpowiedź jest prosta, jeśli przyjrzymy się innym boskim zasadom. I nie, nie mam na myśli „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, a raczej inne, zbyt jak dla mnie ogólne. „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”, „Czcij ojca swego i matkę swoją”, „Nie pożądaj żony bliźniego swego” – te zasady pękają w moim relatywnym świecie i nigdy nie odważyłbym się ich nazwać „naturalnymi”. Dla tych, którzy nie rozumieją: nie jest „naturalne” wierzyć w Boga.
Zabawne, jak przez lata ludzie wykorzystywali Dekalog, aby czynić dokładną odwrotność, zabijać, kraść czy gwałcić. I wszystko w imię pewnej wartości czy idei. Nie czepiam się – po co czepiać się średniowiecza (które w niektórych żyje nadal i prosperuje). Dzisiejszy dyskurs ateistyczno-teistyczny nie dojdzie do niczego, jeśli ciągle będziemy wyciągać te same argumenty – ateiści będą przypominać czasy odległe i Inkwizycję, wierzący sięgną po Ikony, a więc świętości, z którymi się nie polemizuje – po Dekalog właśnie.
A ja polemizuję z Dekalogiem, bo nie jest dla mnie odpowiedni. Nie zgadzam się z nim, po prostu. Nie pokrywa się on z moim systemem zasad, to raz, a dwa – nie płakałem po papieżu i nie jestem tym ateistą, którzy jak mówili media, również byli wielce zasmuceni utratą Wojtyły. Proszę nie doszukiwać się tutaj żadnych złośliwości i nie wychodzić poza to, co zostało tu napisane: po prostu, ta śmierć mnie nie ujęła.
Jezus odstrasza mnie nie tylko dlatego, że się z nim nie zgadzam, a on sam jest jakąś personifikacją platońskiego świata duchowego, tj. niezmiennego, ale także dlatego, że lifestyle, jaki Jezus proponuje, po prostu jest ułomny i niemożliwy do zrealizowania. A owej niemożliwości świadczy dwa tysiące lat praktyki. Z zażenowaniem obserwuję, jak wszelkie europejskie i zachodnie wojska wykorzystują w swoich statutach słowo Bóg, Wola czy Wiara. Zamordujmy wszystkich Niemców, tak mi dopomóż Bóg. Dlaczego wówczas traktuje się „Nie zabijaj” z przymrużeniem oka, natomiast już w innej sytuacji „Nie zabijaj” jest solidne, stałe i niezmienne – jak czarno na białym. Innymi słowy: czym różni się zabicie z zimną krwią niewinnego człowieka, wracającego do domu do rodziny, od zamordowania tysięcy ludzi w jakimkolwiek kraju? Wszystko to oczywiście pod banderolą Alfy i Omegi. Czy morderstwo z rozkazu Prezydenta różni się od morderstwa popełnionego przez zdesperowanego i złego człowieka? Czy Bóg przy piątym przykazaniu zostawił adnotację „Nie zabijaj, no chyba że rządzisz krajem”?
Brzmię jak hipis i sam się sobie dziwię. Pacyfizm Hemingwaya zawsze mnie urzekał (bo był niedościgniony i równie niemożliwy do osiągnięcia jak realizacja Dekalogu), choć rozumiałem, że pęknie w niektórych sytuacjach. Podobnie Dekalog, podobnie sam Jezus.
Nie chcę brać udziału w takiej realizacji. Z uszanowaniem ściągnę swój niematerialny kapelusz, ukłonię się i odwrócę w stronę palącego fajkę Szatana. Bo przecież już nawet nasz dzielny chrześcijanin, Zbigniew Herbert pisał, że w ostatnim kręgu piekielnym jest całkiem znośnie. Cóż mam powiedzieć… Kręci mnie Szatan.
Adnotacja dla słabiej czytających:
Autor nie jest satanistą w żadnej postaci.
Wszyscy jesteśmy dziećmi Szatana.
Polska to kraj, w którym będąc katolikiem trudno nie być jednocześnie idiotą. Naprawdę, zaledwie garstce ludzi udaje się nie popadać w jakiś dziki fanatyzm i rozpalać intelektualnych stosów. Tutaj nie można być po prostu wierzącym, ale musisz być wierzącym narodowcem i znać na pamięć wszystkich zabitych w Katyniu. Przesadzam? Owszem. Ale czy próbowaliście kiedykolwiek dostosować się do listy żądań, jakie wysuwa przed wami kler?
Nie interesuje mnie „zdrowy” katolicyzm (jeśli w ogóle taki istnieje). Nie interesuje mnie czyjaś wiara, chyba że ta wiara w jakikolwiek sposób mnie dotyka. W Polsce, oprócz po prostu katolicyzmu, mamy też katolicyzm słuszny, katolicyzm jedyny, platońsko obiektywny i uniwersalny. Katolicyzm prawdziwy. Bo czymże jest wiara zawłaszczana przez różnych przedstawicieli, którym akurat Bozia umysłu nie dała? Czym jest wiara Pana Tadeusza Rydzyka, czy Ryszarda Nowaka? Jaką wizję wiary roztacza przed nami Nasz Dziennik, że wspomnę tu chociażby księdza Alekswandra Posackiego, do której zresztą zaraz przejdę? Otwórzcie ich internetowy serwis bądź, nie daj Boże, zakupcie ich gazetę – wypiszcie na kartkę postulaty jedynego słusznego kleru i potem odnieście je do rzeczywistości. Co otrzymacie? Wesołego nastolatka z Lednicy, który gra na gitarze proste piosenki, na koszulce ma napis: „Jezus nosił glany” i jest fanem Maleo tudzież 2Tm2,3? Nie. Ten nastolatek to niemalże czysto duchowy twór, fantazmat, którego nigdy nie było i nie będzie. Bo nastolatek, nihil novi sub sole, pije, pali, przeklina i rączek nie trzyma na kołdrze. Lednica to jeszcze śmieszniejsze miejsce niż Przystanek Woodstock. Bo Lednica to totalne 100% strejt, 100% pure, 100% virgin, 100% innocent. Pierwszego dnia. A potem Tyskie za 2,90 złotych, tani seks z koleżanką ze scholii, którą podrywa się na Biblię i wersety Jezusa, w przerwie śpiewanie oazowych piosenek i skok z kolegami na wino. Nie będę zresztą tu przedstawiał sylwetki dzisiejszego młodego wierzącego – powiem tylko: znam tych ludzi i regularnie palę z nimi marihuanę. Zaciągają się, panie Posacki. I to Woodstock jest hipokryzją? Ja przynajmniej nie twierdzę, że jestem czysty.
W 2005 roku trafiłem na Slot Art Festival, spęd otwartych ludzi, którzy otwarcie czczą Jezusa. Czytałem wówczas Popiół i diament Andrzejewskiego, lekturę cokolwiek naruszającą ideę Slotu. Czułem się jak dziwoląg, choć wiara serwowana za coś ponad 100 złotych (tyle kosztował karnet) zdawała się być szczególnie inna. Oczojebna, a i owszem, równie fanatyczna co hiszpańska inkwizycja, ale jednak, rozmawiasz z tymi ludźmi i nie czujesz zażenowania ich poziomem inteligencji, wręcz przeciwnie, z przyjemnością wymieniasz poglądy. I choć nie potrafiłbym na dłuższą metę żyć z ludźmi, którzy przez trzy dni przeprowadzają na schizofreniku egzorcyzmy, seks uprawiają tylko po ślubie (i to bez oralnego, niemożliwe!) oraz spowiadają się ze spożycia piwa, to jednak z przyjemnością z nimi rozmawiam. Moja była przyjaciółka jest jedną z najgorliwszych chrześcijanek, jakie dane mi było spotkać na swej krzyżowej drodze i choć czasami woda święcona uderzała jej do głowy, to jednak – dało się z nią rozmawiać bez irytacji. Więc jednak istnieje zdrowy katolicyzm? Najpiękniej chrześcijańskie wodogłowie przedstawił Żulczyk w Radiu Armageddon. Zainteresowanych odsyłam do literatury.
Temat chrześcijańskiej młodzieży niech stanowi tło do moich dalszych rozważań, głównie na temat tekstu Posackiego, dostępnego pod adresem: http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20080811&typ=my&id=my91.txt. Sam Posacki wspiął się na wyżyny głupoty, zaryzykuję nawet i powiem, że chyba przebił niedoścignionego Ryszarda Nowaka. Znacie to uczucie? Kiedy rozmawiacie z naprawdę głupim człowiekiem i nie wiecie, jak mu powiedzieć, że się myli? Bo co powiedzieć Posackiemu? Że o thrash metalu czytał na wikipedii? Bo według niego thrash metal „zajmuje się” horrorami, okultyzmem i satanizmem. Biedna Metallica. A NSBM? Brawo! Posacki poczytał także o Vargu i napomknął, że oprócz pogaństwa propagował narodowy-socjalizm. Ciekaw jestem, czy cokolwiek Varga słuchał. Proponowałbym jednak Posackiemu zmienić temat, bo akurat narodowy socjalizm jest Kościołowi szczególnie bliski z racji brata bliźniaka – Telewizji Trwam.
O ile Posacki w kwestii Burzum się nie myli (ale pytanie: co z tego? Vikernes jest chory psychicznie, odsiaduje wyrok w więzieniu za morderstwo i dziękuje Hitlerowi, że najechał Norwegię, bo ta rządzona była przed żydowskie lobby), to już następne kwiatki wołają o pomstę do nieba, że przytoczę tu jeden cytat: „Death metal z kolei promuje śmierć w każdej postaci”. Posacki… ty jesteś głupi, czy jak?
Nie koniec rewelacji – dostaje się też, o zgrozo, naszej polskie literaturze i oczywiście, grom komputerowym. Mowa o znanym w środowisku sataniście, Andrzeju Sapkowskim (razem gwałcimy koty na grobach, w gruncie rzeczy spoko ziom) i jego bluźnierczym dziełom, poprzez które doświadczamy palca (i przyrodzenia) Szatana. Saga o Wiedźminie doczekała się również gry pt. The Witcher, gdzie można chędożyć, chlać i mordować nie gorzej jak literacki odpowiednik multimedialnego Geralta z Rivii.
Szkoda, że Posacki nie pisze o Harrym Potter, który przecież zwykle osadzony zostaje jako narzędzie wiedźmy Rowling do deprawacji młodych umysłów (z samą Rowling też sypiałem, smarowaliśmy się krwią po tyłkach i siadaliśmy na grobach biskupów, a potem podziwialiśmy wspaniałe odbicia naszych pośladków na marmurowych płytach). Widać Potter już wystarczająco klechy skompromitował.
Posacki nie daje za wygraną i freudowskim kompleks penisa konsekwentnie kompensuje kompromitacją. Oto o satanizm posądzony zostaje szwedzki Clawfinger (jeden z najlepszych koncertów na tegorocznym Woodstocku, na marginesie mówiąc), bo przecież zespół ten utrzymywał mniejsze lub większe kontakty (pedały!) z takimi satanistami jak: „Faith No More, Alice’em Cooperem, Ozzym Osbournem, Megadeth i Paradise Lost”. Dalej dostaje się Panteon Rococo (grający bardzo skoczne i pozytywne ska) za jakichś pentagram na ich stronie. Obrywa tez Acid Drinkers. Doprawdy, nie wiem, co wspólnego mają Kwasożłopy z satanizmem, ale wie to Posacki. Nie zdradza nam tego, bo szybko zmienia temat – to po chuj to pisałeś, panie Posacki?
Na zakończenie następują bardzo trudno do zanalizowania fragmenty, bo Posacki rzuca wikipedyjną wiedzą na lewo i prawo (głównie na prawo), nie czyniąc zresztą zapowiadanej syntezy. Ot, po prostu powiedział co wiedział. I zakończył jakże wzruszającym truizmem, którego nie powstydziłby się żaden ksiądz niezdrowo zbliżający się do dzieci:
„Taki egzystencjalny wybór decyduje o zbawieniu wiecznym. Należy więc pomóc młodzieży we właściwej decyzji, tej młodzieży, która jest zasadniczo dobra i szlachetna, ale bardzo zagubiona”.
Tym jakże rozwijającym fragmentem pragnę zostawić wasze dusze w spokoju. Pamiętajcie – Szatan czeka, Szatan kusi, Szatan nie jeździ do Lednicy. Bądźcie zdrowi, realizujcie postulaty Naszego Dziennika, pamiętajcie o Katyniu, uważajcie na masonów i Alice Coopera. Nie czytajcie Sapkowskiego – najlepiej wyrzućcie wszystkie jego książki, natomiastprenumerujcie wspomnianą już gazetę oraz może Gościa Niedzielnego. Jedynymi książkami, jakie możecie czytać, to świetnie napisane przewodniki księży, np. „Przewodnik po życiu seksualnym” napisanym przez bardzo doświadczonego w tym temacie księdza. Idźcie i rozmnażajcie się, ale uważajcie, bo w waginie i w spermie mieszka Szatan.
Tekst napisany po przeczytaniu notki na http://irethh.wordpress.com/
Zderzenie z rzeczywistością #3
- A właśnie, ile osób zmarło w tym roku na Woodstock?
- Jedna osoba ponoć.
- Eee, tylko? Słabiutki ten Woodstock… Od razu widać. Woodstock się kończy. Coraz mniej ludzi ginie co roku.
Przystanek Woodstock – Przystanek do Nieba.
I ja pukam do tych bram, po sześciogodzinnej bodaj podróży, pukam uwalony jak świnia, halo, panie Owsiak? Panie Jurku? Proszę otworzyć, karimaty mi ciążą, plecaki i miłość wielka mi ciąży. Ja tu do pana w celach pokojowych przybyłem, znaczy będę pacyfikował. Co pacyfikował? Siebie.
skazani na punk rock
Podróż autobusowa minęła zadziwiająco szybko. Za stary już jestem na pociągi, łatwo się irytuję i denerwuję mnie, delikatnie powiedziawszy, punkowcy. Toteż autobus wydawał się dobrą opcją – co tam, że ludzie zachowuję się zupełnie tak, jakby byli w pociągu (no, drzwi w czasie jazdy nie otwierają…), liczy się fakt, że w miarę przyjemnie dotarłem do Kostrzyna. A w Kostrzynie impreza, choć ciągle mam wrażenie, że nie tak liczna, jak w latach ubiegłych, to jednak trwa w najlepsze, wiecie, papierosy, wódka (w plastikowych butelkach, oczywiście), piwo, wino, papierosy, muzyka i na stołach gołe kobiety, goli faceci, wszyscy goli, i czarni kapłani krwią jagnięcia nasze klaty nam malują – w pentagramy, w krzyżyki, w krucy-kurwa-fiksy. I koty palone i dziewice w Toi-Toiach gwałcone, narkotyki, tak, narkotyki w żyłach, wpięte strzykawki i tylko dopychamy małe tłoczki do oporu, a w arterii balanga czerwonych krwinek, a w mózgu blitzkrieg. I podnosimy ręce i krzyczymy, że Woodstock! Że miłość, że przyjaźń, że muzyka! Że rock’n'roll!
Że rzygać nam się chce. Więc padamy, rzygamy na świat, rock’n'rollowo zupełnie rzygamy, buntowniczo zarzygamy wszystko – i wreszcie zasypiamy przy namiotach, powaleni, jakby zabici, pokonani przez własny bunt, skazani na punk rock. Niektórzy w Toi-Toiach posnęli, panie świeć nad ich duszą.
Nad ranem zbiegowisko ludzi – telewizja, mikrofony, wykrochmalone prezenterki. Z fotogenialnymi kamerami. Mówią do nas: Czy podoba wam się na Przystanku Woodstock? A my, że tak, że czekaliśmy na to całe życie, że to jest nasz kawałek ziemi, o który dbamy, że tu jest miłość, przyjaźń, muzyka, że stop narkotykom, mówimy tak, że stop przemocy, że zapisaliśmy się na warsztaty grania na harmonijce. I na teatralne. Że to dobrze, że w kraju jest taki kawałek ziemi, gdzie jest miejsce dla tych, którymi tak świat pogardza, pani to zanotuje, świat pogardza.
Czy macie siłę, pyta się Jurek. Mamy, odpowiadamy. Skwar, 35 stopni w cieniu, piwo zimne jest tylko przez dwie minuty, Ptaku wypija trzydzieści, Ptaku wali się do namiotu, Ptaku umiera. Ptaku potem wstaje, gdy już zmartwychwstał i podchodzi do mnie. Ptaku mówi: „Ty już nie ćpaj”. Ptaku wygląda jak skamieniała rzeźba, mówi ta rzeźba do mnie, zza muzealnej gabloty: „Ty już nie ćpaj”. Ja chcę mu powiedzieć, że niczego o nas nie ma w konstytucji, ale ktoś wtyka mi lufkę do buzi. Ktoś mi ją podpala. Ktoś rozbija gablotę.
I tylko błyski.
- Przepraszam, macie coś na zgagę?
- Na zgagę mamy wpierdol.
- Macie siłę?!
- Ej nie wiecie, czy ktoś ma palenie?
- Nie wiemy. Nikt nie ma.
po pijaku grzechy nasze niosą
Uciekam, Boże, do ciebie mknę przez tę straszną puszczę, pomocy potrzebuję, trzeźwości, opatrzności twojej. I nagle patrzę, a tu jest – Jezus Chrystus. Z Krzyżem stoi, wielkim, drewnianym. I ja już padać chcę, na kolana, ja już modlitwy dziękczynne zaczynam wznosić, a tu patrzę, Jezusa mają! Boże, Jezusa mają! W sidła Szatana Jezusa zwabili, bo Jezus nastukany jak zawodowy alkoholik, bo Jezus jedną ręką trzyma krzyż, trzyma grzechy nasze, a w drugiej popala regularnie czerwonego Marlboro. I zatacza się, bynajmniej nie przez krzyż. To mu punkowcy zaczynają wyrywać, daj, ci Dzizes, pomogę. I niosą ten krzyż, grzechy nasze, po pijaku niosą, bo na trzeźwo nie zniosą. I ja już w płacz, że Boże, tu nawet Jezus jest jakiś dziwny.
Wracam pod namioty, a oni już tam z szelmowską miną czekają, za plecami strzykawki ukryte i zaraz mnie będą nakłuwać, tu się połóż, Dorianku, my ci tu zaraz szpryckę na lulu przygotujemy.
I tylko błyski.
- Ty naprawdę jesteś tą Chylińską?
- Ty już nie ćpaj.
- Słyszeliście? Ukradli krzyż Jezusowi i kogoś ukrzyżowali na pasażu handlowym!
- Gdzie jest Ptaku?
- Macie siłę?
- Co żyje to rośnie.
- Ukośnie.
- Woodstock za rok!!!
- Ptaku jest tak duży, że zaznaczają go na GPSie.
- Macie jakieś palenie?
- Ja tu jeżdżę osiem lat i to już nie jest to…
- Chodźcie na Closterkeller!
- Wszystkich was zajebią nas Westerplatte!
Aneta siedzi, Aneta patrzy, Aneta ma w głowie koniec świata. Aneta mówi: „zapalmy coś”. Aneta przebywała cały dzień na ASP i jest artystycznie pobudzona. Aneta mówi: „zapalmy coś”.
Uciekamy stąd, z tego pola, z burdelu, 150 tysięczny tłum, w większości Polaków, nagrzanych jak szarańcza, imprezują, trują, pierdolą, kąpią się w błocie, w kurzu, w afiszowej miłości. Z oczojebną pacyfą.
Chmurka mówi „podpal”
A my do miasta, do czystości, do knajp i kelnerów, do rachunków po 100 złotych zostawianych i będziemy wachlować się pieniędzmi, żeby punkowcy widzieli, będziemy kupować najdroższe dania i potem wyrzucać je na bruk. Będziemy potem siedzieć w pogo, pod sceną i rozłożymy swoje książki, filozoficzne traktaty – i będziemy czytać Foucaulta, będziemy mówić: „czy wiesz już, dlaczego Derrida był taki ważny”? Będziemy mnożyć i dzielić, tabliczką mnożenia w twarz wam rzucać. Będziemy analizować.
- Ty już nie ćpaj.
Jest niedziela. Jest nieznośnie. Jest cicho. Wszyscy umarli. Chmurka mówi: „podpal”. Bo się nie ciągnie. Bo się mózg nie pali. Już jedziemy. Już wstajemy, już się pakujemy. Ci którzy umarli na zawsze zapiszą się w naszej pamięci. Westerplatte dwa, za rok odfajkujemy minutę ciszy. Aneta mówi: „Mam coś dziwnego, nie wiem co to jest, palimy?”. Sprzedałem półkulę mózgową, czy możesz mówić do mnie wielkimi literami?
Aneta mówi: „Za miesiąc Kraków, pamiętaj, ucz się renesansu”. Ze szprycą w żyle. Zostawiam swoje glany, podziurawione, zasłużone, zostawiam je w pyle. Inni zostawiają namioty. Zostawiamy coś po sobie. I suweniry z wioski Tyskiego do plecaka. Mamusiu, wracam. Do książek już jadę. Tylko że pocztówkę przepiłem.


