Ogniska już dogasa blask.
Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem
Polska jest Polską, a Polak Polakiem – Adam Mickiewicz
A co najgorsze nie było państwem [Polska – dop. Cynik] ani wielkim, ani małym: dość wielkie aby być powołane do aktywności historycznej, zanadto małe aby temu powołaniu sprostać – Witold Gombrowicz
Dla mnie ojczyzna to trzy, cztery osoby – Jean Genet
Wysiadam przed bramą ośrodka Wojska Polskiego. Jestem poirytowany – wyznaczona mi godzina ósma ma przypomnieć, że nie ja tu stawiam warunku. Idę wolno, wspominam z tęsknotą papierosowy nałóg – chętnie bym sobie przed armią zapalił.
W ręku mam małą, zieloną książeczkę wojskową – uśmiecham się, gdy spoglądał na srebrne, dumnie wypisane litery: Siły Zbrojne Rzeczpospolitej Polskiej. Moje imię i nazwisko jakoś dziwnie nie idzie w parze z Siłami Zbrojnymi.
I właśnie wtedy zobaczyłem rzeźbę Jelonka na bramie. Jelonek! Tak siedzi, sam, ale dumny, czekający, wytrwale przygotowany na wrogów. I coś za serce mnie wtedy złapało – że ach – do wojska, do armii ja idę! Do chlopców z karabinami, z armatami i czołgami podążam. I już żwawszym krokiem, bom pewny, że się nadam.
Na korytarzu studenci (poznaję po kacu) i pracujący (poznaję po nudnych rozmowach o zarobkach) siedzą – i ja dołączam dumny, pewny siebie, wyptostowany na baczność czekam w kolejce – do wojska, do wojska idziemy, panowie! Głowa do góry, bagnet na broń! I wtedy podstarzały, gruby i ordynarny pan mówi do mnie miło: „Skierowanie ma?”. Daję mu je i rozglądam się, gdzie broń, gdzie ci Turcy i inni wrogowie, a on mnie do kolejki, że po kolei, spokojnie, tutaj czekać, tutaj pukać, tutaj na klamkę naciskać, że tu, kurwa, dyscyplina jest.
To ja się jeszcze bardziej prostuję – jak drut – aż coś mi w krzyżu pierdykło i na twarzy groźny grymas, grymas żołnierza mi się zjawił. To dlatego tak wyglądał Jean-Claude Van Dame w Uniwersalnym Żołnierzu, to dlatego taką prezencję mieli naziści. Ale stoję – trzeba być twardym. Wojsko to nie łaskotki.
Panie szeregowy generale sierżancie, muszę Panu wyznać parę rzeczy. Spowiedź moją przedstawić, opłakaną ofiarami spowiedź, ciężkim życiem, ciężkimi ofiarami. Bo ja się, wstyd przyznać, wstyd dla Orła Białego, Bielika tego, ja się ukrywałem. Przed wami, przed panem majorem pułkownikiem sierżantem, po okopach, po uczelnianych korytarzach, zaświadczeniami się uchylałem – wstyd i biada, biada mi! Ja wiem, panie jenerale kapralu chorąży, to się nie godzi. Żeby Polak, z krwi i kości, żeby młody i gibki (ekhm…) tak uciekał w książki. Wiem, że się nie godzi. Na swoje mizerne usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że niczego w tych książkach nie znalazłem, panie plutonowy kapralu kapitanie, żadnych rozwiązań, żadnych dróg, niczego! Nie ma tam życia, sir, wszystko jest martwe.
Od chyba szesnastego roku życia jeździłem w różne mroczne miejsca, z różnymi mrocznymi ludźmi – wszyscy mieliśmy w głowach anarchię, wszystkim tak się przynajmniej zdawało. I te wina, ku chwale chaosu, i te jointy palone po koncertach, i te buńczuczne krzyki rzucane w niebo, na festiwalu Bielawa z kwiatem narodu, młodzieżą, ućpaną i intelektualnie zarzyganą, deklaracje pacyfizmu zawierane.
I nic się nie stało, i świat się nie zmienił, i ciągle było tak samo. I dlatego ja tutaj, panie generale podpułkowniku szeregowy, ja tutaj, do Was, do Wojska Polskiego. Jak Robert Redford w Lions for Lambs, dostrzegłem szansę na zmianę. Tylko karabin mi dać, panie chorąży majorze kapralu, tylko dać mi szansę i wroga postawić!
A sprawdzę ja się na żołnierza, już ja trenuję: brzuszki, pompki, przysiady, zwieracze – już ja gotów! Dziewczynę nawet do sąsiedniego pokoju wstawiłem, i z drugiego do niej listy piszę, a ona odpisuje, że tęskni, że czeka, że w ciąży jest i że mały Kubuś z utęsknieniem wyczekuje na tatusia jak z wojny wróci, że już umie mówić: „Wojna!”.
Na sztandar się klnę, na Orła!, czytałem literaturę, muzyki reggae słuchałem, Bogu w twarz plułem, gejem nawet byłem, ale do czasu, sir, do czasu panie majorze generale sierżancie! Już ja swój licencjat, o tych zbereźnikach, spedalonych dżenderowcach, spaliłem, już jedynego słusznego Sienkiewicza na półkach mam, już Dmowskiego portrety, już Moniuszki tapety, i Strasznego Dworu recytacje, już Mickiewicz, ach, Mickiewicz! Już ja rozprawiłem się z błędami młodości, tymi zakazanymi owocami, tymi manowcami, zwodnikami podstępnymi.
I gotowość swą, panie jenerale chorąży kapralu, deklaruję! Gotowość do walki, do obrony Orła Białego na frontach wschodnich, bo bronić tam trzeba naszej wiary, naszej Ojczyzny przed zapędami barbarzyńców arabskich – bo Polski bronić trzeba w Afganistanie! Braterski splećmy krąg – pochodnię rewolucji zatrzymamy. I znów będziemy ważni.
I komunistów i liberałów, tfu, Żydów i pedałów, tylko dajcie znać, już ja bagnet na broń założę, już ja wszystkich poustawiam, powybijam – bo kto pluje w twarz ojczyźnie…
Tyle smutków by nam oszczędzili, sir, gdyby te Giaury się nie narodziły – ileż można by ocalić istnień, gdyby nie Marks, który jak twierdziła moja pani od literatury, cierpiał na chorobę weneryczną i na mózg już mu się rzuciła i stąd te teorie. Jaki spokój byłby, gdybyśmy obudzili się w świecie bez Żydów i gejów. Pan, panie sierżancie szeregowy majorze, to sobie wyobraża? Wyobraża pan sobie ten spokój? Bo mi aż ręce drżą. Na myśl samą. Na myśl złotą.



Genialne… zreszta jak wszystkie
dominiq
lipiec 25, 2008 at 1:40 pm
eee… no ten, tego… teraz to naprawde jestem pod wrazeniem, zreszta… jak prawie zawsze ;]
Kamil
lipiec 25, 2008 at 2:54 pm
Genialny cynizm, mam co czytać…
kosa1
lipiec 26, 2008 at 9:11 am
podzielam – genialne!
darek olejniczak
lipiec 28, 2008 at 8:44 am