W u l g a r y z m

Vita sine libertate nihil

Amator heroiny.

z 4 komentarzami

Nocą oglądałem Black Lagoon, Reia Hiroe, gdy nagle zdradziecko rozbolał mnie ząb. I to nie byle jak, bo wkrótce ból przeniósł się na ucho. Nie mogłem skupić się na gangsterskich intrygach, to też wyszedłem na miasto, by udać się do sklepu czynnego dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Ach, miasto nocą! Duszny zapach deszczu, w tej duchocie wegetujący ludzie, po krzakach, po ławkach ukryci, strzelają korkami od win, wybijają na puszkach dawno zapomniane rytmy, opowiadają sobie dawno przeżarte dowcipy. Ach, miasto nocą! Zachwycająca, rozległe i mroczne parki, w których tyle miejsc, kącików, domków, szaf, w których schować się możesz przed światem i na tę jedną chwilę zniknąć z ewidencji wszelkich rodzin, prac, szkół. Miasto, w którym nie ma spacerowiczów, nie ma starszych ludzi – zaledwie parę osób o rozmaitym, często podejrzanym acz ciekawym, pochodzeniu.
No a potem masz kaca.

Lecz dziś nie dla mnie to miasto. Ja idę z bólem zęba, całkiem mało rozrywkowy powód wyjścia do ludzi. Na sobie pasiaki, brudne buty i bluza z naciągniętym kapturem. Trochę się słaniam – to chyba efekt placebo. Nawet trzeźwy jest pijany, gdy przemierzy nocą drogi, którymi chodzi zwykle w innym celu.

Idę powoli, miasto pachnie, siedzący na murku pijacy tłumaczą sobie, dlaczego władza jest zła. Mówią o aktywizmie. „Bo tu trzeba coś zrobić”. Mnie tam boli ząb, ja nic robić teraz nie będę.

Pod nocnym sklepem, jak zwykle, zbiegowisko nagrzmoconych, agresywnych ludzi. Kupują piwa zdziwieni, że nocą płaci się o 50 groszy drożej. Dwa dni temu spotkałem ich w tym samym miejscu. Także się dziwili. I nagle, właśnie wtedy to się stało, jakby ktoś jupitery włączył, jakby ktoś ścianę żarówek postawił. I z tej bieli, z tej jasności wyłania się, oprócz Kupidynów i w ogóle aniołków i ptaszków i kwiatków, wyłania się dziewczyna! Jakże piękna ta dziewczyna, aż za serce się złapałem, zatoczyłem, pijany pięknością że wyć. I widzę, jak idzie w moją stronę, ja w tej kolejce wbity, nie ruszam się, a ona do mnie wciąż podąża – i już sklepu nie ma, nie ma bólu, tych dziwiących się też nie ma! Patrzę, pies – no psa ma ze sobą, prowadzi go. I ten bies nagle wyrywa się jej, Jezu jakie to romantyczne, wyrywa się jej i podbiega do mnie i zaczyna mnie wąchać, skakać na mnie i ja już sobie od razu skojarzyłem, acha! Podrywa mnie! Na 101 Dalmatyńczyków mnie bierze. Na chwyt z psem z romantycznych komedii. Podchodzi, bierze go, mówi „zostaw” (a jaki głos piękny!), i staje za mną w kolejce.

I tak stoimy. Pies ciągle mnie próbuje podejść, a ona ciągle z nim walczy. Patrzę, no masz ci los, buty! No buty! Ty naprawdę mogłeś wyczyścić te cholerne buty przed wyjściem. I jak to tak teraz, z brudnymi butami do dziewczyny! I jeszcze kaptur na głowie, i ręce w kieszeni, i zgarbiony, i długie włosy… no ćpun jak z podręcznika, amator heroiny, do sklepu po strzykawki wpadłem. Robię uśmiech – żałosny uśmiech! – patrzę na psa – żałośnie patrzę! Próbuję coś powiedzieć, ale nie wiem co. Bo przecież o szprycach jej opowiadać nie będę, choć ona by się tego spodziewała.

I robi do mnie uśmiech. Ziemia, ja zaręczam swoim słowem, poruszyła się! Ziemia się poruszyła, niebo zatrzęsło, wiatr haratał drzewa. Romantyczna miłość pod tym nocnym nas wzięła. Tylko te buty, no Dorian, serio, mógłbyś coś z tym zrobić…

Przede mną kupuje dwóch ledwo trzymających się na nogach panów – kupują dalsze środki rozwojowe – piwa mocne. Kłócą się, klną. To ja myślę, ha! Dobra szansa na pokazanie, że ja jednak ćpunem nie jestem, że ja z dobrego domu… no, a przynajmniej dobrze wychowany! Odchodzą od okienka, ja podchodzę, pewny siebie, wesoły, że oto zaraz zabłysnę, że nie kupię alkoholu i zapunktuję.

I wtedy mówię nisko, łamiącym się głosem: „Ibuprom… całą paczkę… Max”. I w tym kapturze, w tych butach brudnych, w kapturze, w pasiakach punkowych, tym głosem, trzymając się za szczękę, to mówię i nagle myślę – o niewolniku formy – znów ćpun! Ćpun Ibuprom kupuje, całą paczkę, max. I ona, ta śliczność, co już ją Julianną nazwałem, Julianna więc się patrzy tak na mnie niewyraziście, z takim dystansem, że ja już tak nisko upadłem, że sobie na łyżeczkach będę Ibuprom opalał…

Stracona szansa. Stracona! Odchodzę ze spuszczoną głową i słyszę za sobą jak ona, psia mać, dwie tatry mocne bierze, zimne, z lodówki. To błysnąłem. Mogłem killera zamówić, na miejscu, rozlać proszę do dwóch lampek, parasolkę dać, słomkę. Dla psa wodę w misce. I byśmy sobie o poezji przy killerze porozmawiali.

Wracam do domu smutny, że strach. I już nawet ząb mnie przestał boleć. Mijam aktywistów, wchodzę do domu, wznawiam spauzowane Black Lagoon i oglądam do rana. A smutno, że nie wiem.

Written by c y n i k

lipiec 10, 2008 @ 2:37 pm

Napisane w społeczeństwo

Tagged with , , ,

Odpowiedzi: 4

Subscribe to comments with RSS.

  1. świętej pamięci moja Babcia zwykła była mówić: “Tylko chamów bolą zęby. Kulturalny człowiek raz na kwartał odwiedza dentystę”.

    Lehoo

    lipiec 10, 2008 at 4:46 pm

  2. Przywykłem do głupich komentarzy, ale to bije wszystko :P

    c y n i k

    lipiec 11, 2008 at 8:38 am

  3. :) to mi się podobało… Dawno się tak nie uśmiałam :) :) :P

    Madzia

    lipiec 11, 2008 at 9:04 am

  4. @cynik
    To może byś rzeczywiście to dentysty poszedł. Potem będzie bolało jeszcze gorzej.

    Lehoo

    lipiec 11, 2008 at 10:43 am


Napisz odpowiedź