Elektryczne Browary
Wczoraj w wyniku zawirowań złych czasów, trafiłem na koncert grupy Elektryczne Gitary. Już tutaj, czytelniku, być powinieneś podejrzliwy, bo i koncert ten odbył się w specyficznej miejscówce, którą ktoś dla szpanu i pozornej ważności, nazwał Kamienną Górą.
O mieście pisałem już parę razy, pokutuje w moim tekstach jako Golgota czy inne przyjemne miejsce. Otóż Kamienna Góra to typowe małe miasteczko z małym, za przeproszeniem, fallusem i dużą wyszczekaną mordką. Ten falliczny kompleks objawia się co rusz w przypadku jakichś kulturalnych eventów, w których słowo kultura odnosi się do rzygania nie na ulicy a w krzakach. Scena na takich miastowych wydarzeniach musi być obowiązkowo wysoka, wielka, do nieba wręcz – niedługo sięgniemy tej Woodstockowej. I na tej wielkiej scenie, jak przystało na wyimaginowany duży fallus, grają gwiazdki. W tym przypadku były to trzy zespoły, z tego jedna prawdziwa gwiazda, która zgasnąć powinna już dawno.
No i stoi nasza Kamienna Góra ze sterczącą sceną (miejscowi animatorzy kultury licytują się jej wielkością, strach zapytać, co robią w ubikacjach) i pod nią wyczekuje wasz wierny acz skromny korespondent. Wiernie czeka, jak pies, z poświęceniem sączy piwo, z poświęceniem zerka na boki. I czeka! A musicie, drodzy czytelnicy, wiedzieć, iż ciągnęli mnie wówczas na wódkę, pasy ze mnie zdzierali i do ucha, jak te diabły, szatany, mi szeptali, że chodź, tu wódeczka, tu kubeczki, białe, tak jak lubisz, tu jest murek, pareczek, krzaczki, ławeczka, nie wiem, stoliczek jeszcze i lampka.
Ale ja twardy i dzielny, przecież dziennikarski obowiązek zobowiązuje. Więc stoję i przypatruję się spontanicznej (bo pijanej) zgromadzonej ludności Kamiennej Góry. A wydarzenie to absurdalne. Darmowe imprezy plenerowe mają już to do siebie, że oprócz zatwardziałych fanów muzyki rockowej ściągają też zatwardziali amatorzy (i profesjonaliści) mętnego wzroku i dna butelki. Toteż długie włosy wymieniają się z odorkiem rozsiewanym przez boskich w swej nieświadomości śmierdzenia żuli. Całość współgra ze sobą i wzajemnie się uzupełnia – wielka masa nagrzanych i schlanych ludzi. No dobrze, dziennikarski obowiązek każe mi wspomnieć o niedzielnych starszych parach pod krawatem.
I wchodzi gwiazda wieczoru, spiker zapowiada to, na co tak wszyscy czekali (Dorian, no chodź na wódkę…) – Elektryczne Gitary rozpoczynają grać. Przyznam, że ich twórczość kojarzę albo z pijackich śpiewów albo z polskich filmów. I doprawdy, zdziwiłem się, jak ten zespół stał się tak popularny. Bo jak można rozgrzać do tańca ludzi utworami takimi jak „Już tylko killer” czy np. „Spokój grabarza”. Nudny i beznamiętny głos frontmana usypiał i ludzie poczęli szybciorem zamawiać piwo, co by odnaleźć w utworach Elektrycznych Gitar jakiś ukryty przekaz.
I tak grali, a ja tak stałem, a znajomi tak ciągnęli, że aż ściemniło się i dopiero istny szatan w publikę wstąpił, że gdy zespół śpiewał „Ona jest pedałem” to oni tam zaczęli pogo odstawiać. Ach, niewinne pogo! Kolega, punk z zamiłowania, wlazł tam i począł delikatnie dawać do zrozumienia, iż skończyły się łaskotki. I fruwały dziewczęta, fruwały komóry i dresiarze nadto wstawieni. No, przynajmniej dopóki nie wyprowadziła kolegi ochrona… Bo pogo, okazało się, robić na Elektrycznych Gitarach nie wolno.
Po odegraniu obowiązkowych „Dzieci” postanowiliśmy zastosować się do treści utworu i spoczęliśmy kulturalnie, by skonsumować tę cholerną wódkę, co tak myśli mym znajomym mąciła. Nazajutrz, gdy jakimś zrozumiałym tylko ludziom na kacu sposobem o 9 rano wyszedłem na miasto (a jest, oczywiście, niedziela!), zauważyłem swoje brudne buty – zupełnie tak, jakbym to ja w tym pogo tam uczestniczył. I to chyba była moja jedyna głębsza refleksja, jaka została mi po tym koncercie.



[...] Original post by c y n i k [...]
Muzyka » Blog Archive » Elektryczne Browary
lipiec 6, 2008 at 10:36 am
eeee… EG to nie muzyka tylko publicystyka…nie ma co sie czepiac.
tomeks
lipiec 7, 2008 at 7:11 pm
A ściślej – pewien odłam publicystyki zwany archeologią. Irytuje mnie ciągła obsesja komunistami. A w tekstach EG pełno tego.
c y n i k
lipiec 26, 2008 at 3:01 pm