Archiwum dla lipiec 2008
Ogniska już dogasa blask.
Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem
Polska jest Polską, a Polak Polakiem – Adam Mickiewicz
A co najgorsze nie było państwem [Polska – dop. Cynik] ani wielkim, ani małym: dość wielkie aby być powołane do aktywności historycznej, zanadto małe aby temu powołaniu sprostać – Witold Gombrowicz
Dla mnie ojczyzna to trzy, cztery osoby – Jean Genet
Wysiadam przed bramą ośrodka Wojska Polskiego. Jestem poirytowany – wyznaczona mi godzina ósma ma przypomnieć, że nie ja tu stawiam warunku. Idę wolno, wspominam z tęsknotą papierosowy nałóg – chętnie bym sobie przed armią zapalił.
W ręku mam małą, zieloną książeczkę wojskową – uśmiecham się, gdy spoglądał na srebrne, dumnie wypisane litery: Siły Zbrojne Rzeczpospolitej Polskiej. Moje imię i nazwisko jakoś dziwnie nie idzie w parze z Siłami Zbrojnymi.
I właśnie wtedy zobaczyłem rzeźbę Jelonka na bramie. Jelonek! Tak siedzi, sam, ale dumny, czekający, wytrwale przygotowany na wrogów. I coś za serce mnie wtedy złapało – że ach – do wojska, do armii ja idę! Do chlopców z karabinami, z armatami i czołgami podążam. I już żwawszym krokiem, bom pewny, że się nadam.
Na korytarzu studenci (poznaję po kacu) i pracujący (poznaję po nudnych rozmowach o zarobkach) siedzą – i ja dołączam dumny, pewny siebie, wyptostowany na baczność czekam w kolejce – do wojska, do wojska idziemy, panowie! Głowa do góry, bagnet na broń! I wtedy podstarzały, gruby i ordynarny pan mówi do mnie miło: „Skierowanie ma?”. Daję mu je i rozglądam się, gdzie broń, gdzie ci Turcy i inni wrogowie, a on mnie do kolejki, że po kolei, spokojnie, tutaj czekać, tutaj pukać, tutaj na klamkę naciskać, że tu, kurwa, dyscyplina jest.
To ja się jeszcze bardziej prostuję – jak drut – aż coś mi w krzyżu pierdykło i na twarzy groźny grymas, grymas żołnierza mi się zjawił. To dlatego tak wyglądał Jean-Claude Van Dame w Uniwersalnym Żołnierzu, to dlatego taką prezencję mieli naziści. Ale stoję – trzeba być twardym. Wojsko to nie łaskotki.
Panie szeregowy generale sierżancie, muszę Panu wyznać parę rzeczy. Spowiedź moją przedstawić, opłakaną ofiarami spowiedź, ciężkim życiem, ciężkimi ofiarami. Bo ja się, wstyd przyznać, wstyd dla Orła Białego, Bielika tego, ja się ukrywałem. Przed wami, przed panem majorem pułkownikiem sierżantem, po okopach, po uczelnianych korytarzach, zaświadczeniami się uchylałem – wstyd i biada, biada mi! Ja wiem, panie jenerale kapralu chorąży, to się nie godzi. Żeby Polak, z krwi i kości, żeby młody i gibki (ekhm…) tak uciekał w książki. Wiem, że się nie godzi. Na swoje mizerne usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że niczego w tych książkach nie znalazłem, panie plutonowy kapralu kapitanie, żadnych rozwiązań, żadnych dróg, niczego! Nie ma tam życia, sir, wszystko jest martwe.
Od chyba szesnastego roku życia jeździłem w różne mroczne miejsca, z różnymi mrocznymi ludźmi – wszyscy mieliśmy w głowach anarchię, wszystkim tak się przynajmniej zdawało. I te wina, ku chwale chaosu, i te jointy palone po koncertach, i te buńczuczne krzyki rzucane w niebo, na festiwalu Bielawa z kwiatem narodu, młodzieżą, ućpaną i intelektualnie zarzyganą, deklaracje pacyfizmu zawierane.
I nic się nie stało, i świat się nie zmienił, i ciągle było tak samo. I dlatego ja tutaj, panie generale podpułkowniku szeregowy, ja tutaj, do Was, do Wojska Polskiego. Jak Robert Redford w Lions for Lambs, dostrzegłem szansę na zmianę. Tylko karabin mi dać, panie chorąży majorze kapralu, tylko dać mi szansę i wroga postawić!
A sprawdzę ja się na żołnierza, już ja trenuję: brzuszki, pompki, przysiady, zwieracze – już ja gotów! Dziewczynę nawet do sąsiedniego pokoju wstawiłem, i z drugiego do niej listy piszę, a ona odpisuje, że tęskni, że czeka, że w ciąży jest i że mały Kubuś z utęsknieniem wyczekuje na tatusia jak z wojny wróci, że już umie mówić: „Wojna!”.
Na sztandar się klnę, na Orła!, czytałem literaturę, muzyki reggae słuchałem, Bogu w twarz plułem, gejem nawet byłem, ale do czasu, sir, do czasu panie majorze generale sierżancie! Już ja swój licencjat, o tych zbereźnikach, spedalonych dżenderowcach, spaliłem, już jedynego słusznego Sienkiewicza na półkach mam, już Dmowskiego portrety, już Moniuszki tapety, i Strasznego Dworu recytacje, już Mickiewicz, ach, Mickiewicz! Już ja rozprawiłem się z błędami młodości, tymi zakazanymi owocami, tymi manowcami, zwodnikami podstępnymi.
I gotowość swą, panie jenerale chorąży kapralu, deklaruję! Gotowość do walki, do obrony Orła Białego na frontach wschodnich, bo bronić tam trzeba naszej wiary, naszej Ojczyzny przed zapędami barbarzyńców arabskich – bo Polski bronić trzeba w Afganistanie! Braterski splećmy krąg – pochodnię rewolucji zatrzymamy. I znów będziemy ważni.
I komunistów i liberałów, tfu, Żydów i pedałów, tylko dajcie znać, już ja bagnet na broń założę, już ja wszystkich poustawiam, powybijam – bo kto pluje w twarz ojczyźnie…
Tyle smutków by nam oszczędzili, sir, gdyby te Giaury się nie narodziły – ileż można by ocalić istnień, gdyby nie Marks, który jak twierdziła moja pani od literatury, cierpiał na chorobę weneryczną i na mózg już mu się rzuciła i stąd te teorie. Jaki spokój byłby, gdybyśmy obudzili się w świecie bez Żydów i gejów. Pan, panie sierżancie szeregowy majorze, to sobie wyobraża? Wyobraża pan sobie ten spokój? Bo mi aż ręce drżą. Na myśl samą. Na myśl złotą.
Zderzenie z rzeczywistością #2
- Dorek! Do ciebie!
- Co??
- Coś przyszło do ciebie!!!
- Co?!?!
- Z WKU!
- Z czego?
- No z WKU!
- Z czego?!
- Od WKU!!!
- Od kogo?!?!
- Od tych skurwysynów z Jeleniej kurwa!!!
Zderzenie z rzeczywistością #1
- Dzień dobry. Ja chciałem zapisać się do lekarza.
- Po co?
- No… po zaświadczenie do szkoły, że mogę kontynuować na…
- Legitymacja ubezpieczeniowa.
- E?
- No legitymację poproszę.
- A co to jest?
- Panie, jest pan ubezpieczony?
- Ee… nie.
- Pracuje pan?
- Nie.
- Uczy się pan?
- No tak.
- No to niech pan porozmawia z rodzicami żeby panu dali legitymację dla członka rodziny. Nie ma leczenia bez ubezpieczenia.
Amator heroiny.
Nocą oglądałem Black Lagoon, Reia Hiroe, gdy nagle zdradziecko rozbolał mnie ząb. I to nie byle jak, bo wkrótce ból przeniósł się na ucho. Nie mogłem skupić się na gangsterskich intrygach, to też wyszedłem na miasto, by udać się do sklepu czynnego dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Ach, miasto nocą! Duszny zapach deszczu, w tej duchocie wegetujący ludzie, po krzakach, po ławkach ukryci, strzelają korkami od win, wybijają na puszkach dawno zapomniane rytmy, opowiadają sobie dawno przeżarte dowcipy. Ach, miasto nocą! Zachwycająca, rozległe i mroczne parki, w których tyle miejsc, kącików, domków, szaf, w których schować się możesz przed światem i na tę jedną chwilę zniknąć z ewidencji wszelkich rodzin, prac, szkół. Miasto, w którym nie ma spacerowiczów, nie ma starszych ludzi – zaledwie parę osób o rozmaitym, często podejrzanym acz ciekawym, pochodzeniu.
No a potem masz kaca.
Lecz dziś nie dla mnie to miasto. Ja idę z bólem zęba, całkiem mało rozrywkowy powód wyjścia do ludzi. Na sobie pasiaki, brudne buty i bluza z naciągniętym kapturem. Trochę się słaniam – to chyba efekt placebo. Nawet trzeźwy jest pijany, gdy przemierzy nocą drogi, którymi chodzi zwykle w innym celu.
Idę powoli, miasto pachnie, siedzący na murku pijacy tłumaczą sobie, dlaczego władza jest zła. Mówią o aktywizmie. „Bo tu trzeba coś zrobić”. Mnie tam boli ząb, ja nic robić teraz nie będę.
Pod nocnym sklepem, jak zwykle, zbiegowisko nagrzmoconych, agresywnych ludzi. Kupują piwa zdziwieni, że nocą płaci się o 50 groszy drożej. Dwa dni temu spotkałem ich w tym samym miejscu. Także się dziwili. I nagle, właśnie wtedy to się stało, jakby ktoś jupitery włączył, jakby ktoś ścianę żarówek postawił. I z tej bieli, z tej jasności wyłania się, oprócz Kupidynów i w ogóle aniołków i ptaszków i kwiatków, wyłania się dziewczyna! Jakże piękna ta dziewczyna, aż za serce się złapałem, zatoczyłem, pijany pięknością że wyć. I widzę, jak idzie w moją stronę, ja w tej kolejce wbity, nie ruszam się, a ona do mnie wciąż podąża – i już sklepu nie ma, nie ma bólu, tych dziwiących się też nie ma! Patrzę, pies – no psa ma ze sobą, prowadzi go. I ten bies nagle wyrywa się jej, Jezu jakie to romantyczne, wyrywa się jej i podbiega do mnie i zaczyna mnie wąchać, skakać na mnie i ja już sobie od razu skojarzyłem, acha! Podrywa mnie! Na 101 Dalmatyńczyków mnie bierze. Na chwyt z psem z romantycznych komedii. Podchodzi, bierze go, mówi „zostaw” (a jaki głos piękny!), i staje za mną w kolejce.
I tak stoimy. Pies ciągle mnie próbuje podejść, a ona ciągle z nim walczy. Patrzę, no masz ci los, buty! No buty! Ty naprawdę mogłeś wyczyścić te cholerne buty przed wyjściem. I jak to tak teraz, z brudnymi butami do dziewczyny! I jeszcze kaptur na głowie, i ręce w kieszeni, i zgarbiony, i długie włosy… no ćpun jak z podręcznika, amator heroiny, do sklepu po strzykawki wpadłem. Robię uśmiech – żałosny uśmiech! – patrzę na psa – żałośnie patrzę! Próbuję coś powiedzieć, ale nie wiem co. Bo przecież o szprycach jej opowiadać nie będę, choć ona by się tego spodziewała.
I robi do mnie uśmiech. Ziemia, ja zaręczam swoim słowem, poruszyła się! Ziemia się poruszyła, niebo zatrzęsło, wiatr haratał drzewa. Romantyczna miłość pod tym nocnym nas wzięła. Tylko te buty, no Dorian, serio, mógłbyś coś z tym zrobić…
Przede mną kupuje dwóch ledwo trzymających się na nogach panów – kupują dalsze środki rozwojowe – piwa mocne. Kłócą się, klną. To ja myślę, ha! Dobra szansa na pokazanie, że ja jednak ćpunem nie jestem, że ja z dobrego domu… no, a przynajmniej dobrze wychowany! Odchodzą od okienka, ja podchodzę, pewny siebie, wesoły, że oto zaraz zabłysnę, że nie kupię alkoholu i zapunktuję.
I wtedy mówię nisko, łamiącym się głosem: „Ibuprom… całą paczkę… Max”. I w tym kapturze, w tych butach brudnych, w kapturze, w pasiakach punkowych, tym głosem, trzymając się za szczękę, to mówię i nagle myślę – o niewolniku formy – znów ćpun! Ćpun Ibuprom kupuje, całą paczkę, max. I ona, ta śliczność, co już ją Julianną nazwałem, Julianna więc się patrzy tak na mnie niewyraziście, z takim dystansem, że ja już tak nisko upadłem, że sobie na łyżeczkach będę Ibuprom opalał…
Stracona szansa. Stracona! Odchodzę ze spuszczoną głową i słyszę za sobą jak ona, psia mać, dwie tatry mocne bierze, zimne, z lodówki. To błysnąłem. Mogłem killera zamówić, na miejscu, rozlać proszę do dwóch lampek, parasolkę dać, słomkę. Dla psa wodę w misce. I byśmy sobie o poezji przy killerze porozmawiali.
Wracam do domu smutny, że strach. I już nawet ząb mnie przestał boleć. Mijam aktywistów, wchodzę do domu, wznawiam spauzowane Black Lagoon i oglądam do rana. A smutno, że nie wiem.
Nowy lepszy Szatan.
Lampka westchnął.
- W sumie tak.
Asmodeusz wzruszył ramionami.
- Więc co ty właściwie masz sobie do zarzucenia?
Przystojna twarz Lucyfera była napięta i poważna.
- Że czasem cholernie mi żal – powiedział.
Wlatuję do Empiku celem zaspokojenia szatańskiego pożądania. Mam za sobą obronę licencjatu i obronę mózgu przed etanolem po licencjacie. Szukam czegoś lekkiego, z hedonistycznej zachcianki – a poszli w las Mickiewicze, Kuczoki i inni nudziarze. Ja tu przyszedłem po szatańskie fantasy, po niepoważną zupełnie rzecz. Znajduję Maję Lidię Kossakowską – Siewce Wiatru. Iście anielska, w sposób szatański, to książka.
Wydanie w twardej oprawie kosztowało mnie 40 złotych. Fabryka Snów lubi się szarpnąć na efektowne wydania (jak zresztą wszystkie dzisiejsze wydawnictwa fantastyki, książka to przecież produkt). Wracam z „lekką”, prawie siedmiuset stronicową biblią do domu. Czytam. Czytam. O ja! Gdzież ten Sapkowski mi uciekł, gdzie te wieczory do czwartej nad ranem przy zimnej kawie, przy gorącym papierosie (muszę odnowić stare nawyki) i przy Geralcie z Rivii, co i gadać umiał i przywalić także. Jakże brakowało mi miecza i magii, i smoczków i rycerzyków i księżniczek (najlepiej takich z Achaji Ziemiańskiego, mrau!). Brakowało tym bardziej, że za sobą mam męczącą lekturę Jacka Piekary i jego, (jak to się nazywało…) Miecza Aniołów. Tak czy siak, Siewca urzekł mnie od początku.
W zachwyt książkami popadam dość często, że wspomnieć tu moje słowa o Radiu Armageddon, „takiej se” książce, jak się okazało wówczas, gdy już moje emocje opadły. Zostawiając jednak Żulczyka, Siewca Kossakowskiej to kawał porządnego fantasy. Jest długie, jest hard, jest teen, nie ma tylko porn. I jest vulgar. Dla niektórych i profanis. Oto Kossakowska sięga po mój ulubiony newralgiczny punkt w strukturze Polaka – po religię, a ściślej, po jej mitologię. Siewca to książka o Królestwie Niebieskim, bohaterami są aniołowie (podzieleni według hierarchii na chóry), którzy żyją sobie wesoło pod pieczą Jasności, Architekta, Boga, Stwórcy, tzn. tego poczciwego ziomala na tronie bielszym niż rzeczy wyprane w Perwolu. Jeden z nich, Anioł Miecza, Daimon Frey, wkrótce w wyniku różnych ciekawych wypadków, stanie się Abbadonem, Destruktorem, Burzycielem Światów (pachnie tu Białym Płomieniem Tańczącym na Kurhanach Wrogów z Sapka) i wkrótce też archaniołowie odkryją że… Boga nie ma. Tzn. był ale zabrał część świty i znikł. Nawet drzwi nie zamknął, kartki, że w salonie Pegouet jest nie zostawił. „Bóg umarł – stwierdził filozof. A może odszedł? – zapytała Kossakowska” głosi okładka. Coś mi się wydaje, że pogląd, według którego Bóg coś stworzył i zabrał swoje grabki już istniał na długo przed Siewcą Wiatru, ale trzeba przyznać, że to co nie udało się Piekarze (bo u niego ten Bóg też gdzieś spierdzielił – jakichś wędrówek im na starość się widocznie zachciewa) całkowicie wyszło Kossakowskiej. Ci aniołowie autentycznie mają przechlapane, bo nie dość, że Lucyfer, dla przyjaciół Lampka, dokonał buntu to w dodatku nadciąga totalny kataklizm. Nie, nie w postaci Szatana! O nie! Szatan w tej książce jest… no może nie dobry, ale na pewno poszedłbym z nim na piwo. Lucyfer nie pełni tu głównej roli – wręcz przeciwnie, jest postacią dość tragiczną, podobnie jak u Gaimana, jest raczej ofiarą niż kimś, kto świadomie dokonał przewrotu. Jego stołek (a dzierży go z Asmodeuszem, anielsko-gejowski to wątek) także zostaje zagrożony wobec Antykreatora. Cienia Jasności, Cienia Boga. Nie chcę niczego tutaj zdradzać, gnostycy pewnie odnajdą tu coś swojego – tak czy inaczej, Antykreator to ciekawa (hmm) postać i jakiegoś tam Lucka zdmuchnąłby kichnięciem.
Kossakowska kpi z niektórych mitów biblijnych. Aniołowie nie zazdroszczą ludziom – Ziemię traktują raczej jako hurtownię papierosów i ganji. Samo Niebo jest… państwem. Stąd też wątki polityczne, jest trochę lewicy, trochę prawicy. Wielokrotnie miałem wrażenie, że czytam już o ludziach – bo aniołowie mówią brzydkie słowo na „k”, palą, piją – gwałcą czasami, bo i Kossakowska dała im płcie. I nie jest to tylko próbą wzbudzenia pustego szoku. Nasza sympatia naprawdę stoi po stronie anielskiej, śledzimy intrygę polityczną, i że tak powiem, metafizyczną.
Język jest taki jaki lubię – nie popadła w przesadę wulgaryzmów (przecież to aniołki!), nie ma też nudnych opisów przyrody w stylu Adama M. – wszystko sprawdza się jako fantasy i czytelnik chce pochłaniać książkę bez reszty. Spektakularność powieści wzbudza smutek, bo i mam świadomość, że pewnie nigdy nikt nie zaadaptuje Kossakowskiej i nie ujrzę Siewcy w kinach. A szkoda, bo fajerwerków nie brakuje. (Może chociaż komiks?)
Nie znam się na fantasy, czytam tego typu książki rzadko, bo inaczej nie mogę. Ale cieszę się, że czasami trafię na taką perełkę. Kossakowska to rzeczywiście nasza polska mistrzyni fantasy. Hail to the Queen.
Elektryczne Browary
Wczoraj w wyniku zawirowań złych czasów, trafiłem na koncert grupy Elektryczne Gitary. Już tutaj, czytelniku, być powinieneś podejrzliwy, bo i koncert ten odbył się w specyficznej miejscówce, którą ktoś dla szpanu i pozornej ważności, nazwał Kamienną Górą.
O mieście pisałem już parę razy, pokutuje w moim tekstach jako Golgota czy inne przyjemne miejsce. Otóż Kamienna Góra to typowe małe miasteczko z małym, za przeproszeniem, fallusem i dużą wyszczekaną mordką. Ten falliczny kompleks objawia się co rusz w przypadku jakichś kulturalnych eventów, w których słowo kultura odnosi się do rzygania nie na ulicy a w krzakach. Scena na takich miastowych wydarzeniach musi być obowiązkowo wysoka, wielka, do nieba wręcz – niedługo sięgniemy tej Woodstockowej. I na tej wielkiej scenie, jak przystało na wyimaginowany duży fallus, grają gwiazdki. W tym przypadku były to trzy zespoły, z tego jedna prawdziwa gwiazda, która zgasnąć powinna już dawno.
No i stoi nasza Kamienna Góra ze sterczącą sceną (miejscowi animatorzy kultury licytują się jej wielkością, strach zapytać, co robią w ubikacjach) i pod nią wyczekuje wasz wierny acz skromny korespondent. Wiernie czeka, jak pies, z poświęceniem sączy piwo, z poświęceniem zerka na boki. I czeka! A musicie, drodzy czytelnicy, wiedzieć, iż ciągnęli mnie wówczas na wódkę, pasy ze mnie zdzierali i do ucha, jak te diabły, szatany, mi szeptali, że chodź, tu wódeczka, tu kubeczki, białe, tak jak lubisz, tu jest murek, pareczek, krzaczki, ławeczka, nie wiem, stoliczek jeszcze i lampka.
Ale ja twardy i dzielny, przecież dziennikarski obowiązek zobowiązuje. Więc stoję i przypatruję się spontanicznej (bo pijanej) zgromadzonej ludności Kamiennej Góry. A wydarzenie to absurdalne. Darmowe imprezy plenerowe mają już to do siebie, że oprócz zatwardziałych fanów muzyki rockowej ściągają też zatwardziali amatorzy (i profesjonaliści) mętnego wzroku i dna butelki. Toteż długie włosy wymieniają się z odorkiem rozsiewanym przez boskich w swej nieświadomości śmierdzenia żuli. Całość współgra ze sobą i wzajemnie się uzupełnia – wielka masa nagrzanych i schlanych ludzi. No dobrze, dziennikarski obowiązek każe mi wspomnieć o niedzielnych starszych parach pod krawatem.
I wchodzi gwiazda wieczoru, spiker zapowiada to, na co tak wszyscy czekali (Dorian, no chodź na wódkę…) – Elektryczne Gitary rozpoczynają grać. Przyznam, że ich twórczość kojarzę albo z pijackich śpiewów albo z polskich filmów. I doprawdy, zdziwiłem się, jak ten zespół stał się tak popularny. Bo jak można rozgrzać do tańca ludzi utworami takimi jak „Już tylko killer” czy np. „Spokój grabarza”. Nudny i beznamiętny głos frontmana usypiał i ludzie poczęli szybciorem zamawiać piwo, co by odnaleźć w utworach Elektrycznych Gitar jakiś ukryty przekaz.
I tak grali, a ja tak stałem, a znajomi tak ciągnęli, że aż ściemniło się i dopiero istny szatan w publikę wstąpił, że gdy zespół śpiewał „Ona jest pedałem” to oni tam zaczęli pogo odstawiać. Ach, niewinne pogo! Kolega, punk z zamiłowania, wlazł tam i począł delikatnie dawać do zrozumienia, iż skończyły się łaskotki. I fruwały dziewczęta, fruwały komóry i dresiarze nadto wstawieni. No, przynajmniej dopóki nie wyprowadziła kolegi ochrona… Bo pogo, okazało się, robić na Elektrycznych Gitarach nie wolno.
Po odegraniu obowiązkowych „Dzieci” postanowiliśmy zastosować się do treści utworu i spoczęliśmy kulturalnie, by skonsumować tę cholerną wódkę, co tak myśli mym znajomym mąciła. Nazajutrz, gdy jakimś zrozumiałym tylko ludziom na kacu sposobem o 9 rano wyszedłem na miasto (a jest, oczywiście, niedziela!), zauważyłem swoje brudne buty – zupełnie tak, jakbym to ja w tym pogo tam uczestniczył. I to chyba była moja jedyna głębsza refleksja, jaka została mi po tym koncercie.


