W u l g a r y z m

Vita sine libertate nihil

Radio Armageddon, Żulczykowska anarchia heroinistyczna.

z 10 komentarzami

OkladkaPo przebiciu się przez 450 stron ustawiłem sobie na Gadu Gadu status: „Przeczytałem Radio Armageddon i chcę kurwa mordować”. Jeszcze dobrze nie ochłonąłem, nie sięgnąłem po inną, czekającą w kolejce książkę, nie zdążyłem się nawet najebać, przetrawić to i po wódce komuś opowiedzieć w ciemnym, złym parku gdzie porządni chłopcy nie chadzają, jak Cyprian, Nadzieja, Szymon, Gnat i Jezus naćpali mnie heroiną i wywieźli do jakichś podziemi, gdzie przypalali mnie papierosami, wyrywali paznokcie i oblewali kwasem, gdzie puszczali mi swoje kawałki, a potem zgwałconego takiego zostawili mówiąc: „czy kiedykolwiek miałeś wrażenie, że zostałeś oszukany?” Nie zrozumcie mnie źle – nie mam szesnastu lat, nie łapią mnie za serce koszulki z anarchią, trampki z wyrysowanymi markerem pentagramami, nie chodzę w pasiakach (często), nie odkryłem nagle, że wszyscy jesteśmy sterowani, tak jak nie dowiedziałem się przed chwilą, że każdy bunt jest dziś pakowany i stawiany na sklepach albo dodawany jako gadżet do telefonów z kolorowymi wyświetlaczami, nie oszukuję się, że długie włosy są protestem na znak zarażania HIV dziewic w Afryce, nie słucham rytualnie Włochatego, nie wieszam swastyk na mieście, nie łudzę się, że moja obecność na Przystanku Woodstock czy innej Bielawie cokolwiek znaczy dla tych, którzy to organizują. A jednak mnie Radio urzekło. Opowieść o grupie przyjaciół (?), którzy zakładają Dziką Bandę, zespół punkowy – i nie jest to jeden z tych zespołów, które grają na jakichś przeglądach studenckiej piosenki – to zespół, który wywołuje totalną anarchią, pożogę, rewolucję i niekontrolowany (?) zew rozpierdolu. I w końcu Cyprian, lider zespołu, znika – rozpływa się w powietrzu, zostawiając całe to zjawisko samemu sobie. Urzekło mnie to Radio. Bo Cyprian, postać której przez połowę książki chciałem zajebać, złapać za twarz i powiedzieć, koleś, pieprzysz jakbyś cofnął się do gimnazjum, ostatecznie wyrywa się, strzela mi w pysk, kopie po nerkach a potem proponuje jointa z WSB-23, środkiem do przeczyszczania mózgu. Bo Cyprian broni się przede mną, a ja w swoim całym kurewskim egoizmie muszę powiedzieć, że broni się skutecznie, bo nie mówi mi, że tu chodzi o bunt nad buntem, że muszę zrozumieć, iż jestem nadkontrolowany, że wszystkie role są dla mnie przygotowane od mojego urodzenia i nawet jak wybiorę żywot true fucking punka to system coś ciekawego mi zaoferuje, jakąś taryfę, nocne rozmowy i odpowiedni design. On najnormalniej w świecie czai. Rozumie. Czekałem na tę książkę długo, bo lubię Żulczyka, bo byłem ciekaw, co napisze po Zrób mi jakąś krzywdę. Bo ogólnie zachodziłem w głowę, o co chodzi temu dwudziestoczteroletniemu kolesiowi, który raz równa wszystkie subkultury z błotem, którego proza polega na uogólnieniu, gdzie wszyscy metalowcy są pojebami ulegającymi samo spaleniu na widok krzyża i wody święconej, gdzie punkowcy są już zupełnie dead, a jeśli nie są, to znaczy że mają lat maksymalnie dwadzieścia i siano w mózgu, że buntują się pijąc Keleris i Komandosa. W jego książkach wszyscy ludzie są głupi tak mocno, że aż wydaje nam się to nierealne (a jednak!); jakby Żulczyk pastwił się nad tymi biednymi rastafarianami, katolikami, satanistami i innymi grupami z etykietami. I oczywiście dresami, ale ci są tak durni, że istnieją tylko, gdy zachodzi taka potrzeba fabularna, nie trzeba ich nawet przesadnie komentować. Natomiast subkultury, które widać (po fotach) Żulczyk zna na co dzień, dostają na twarz całą salwę krytyki. Zasłużenie, zresztą. Tutaj katolicy oczywiście są brzydcy jak harcerze, oczywiście śpiewają piosenki o Maryi, oczywiście to poza, bo magazynują w pryszczach wszystkie pornosy świata; tutaj rodziny są tradycyjnie patriarchalne, w których ojciec trzyma syna w ryzach, a żona połyka piętnaście paczek deprimu, żeby ostatecznie skończyć w szpitalu. Tutaj są dzielnice, które w Wałbrzychu zwą Palestyną, we Wrocławiu Trójkątem Bermudzkim. A w Radiu nazywają to po prostu Piekłem. I to jest kurwa prawda. To ta karykaturalna Polska, jak chciałbym wierzyć, codziennie jest przecież przez nas stwarzana: w naszych opowieściach, że słyszałeś, iż za ścianą ktoś katował kobietę, że widziałeś w telewizji, jak dresiarze gwałcili dziewczynę, że czytałeś antyglobalistyczny manifest, oglądałeś ZeitGast i Teorię spisku, że teraz już wiesz, jaki jest świat – przerysowany. Zupełnie prawdopodobny, jak w Radiu Armageddon, chociaż Żulczyk tutaj drwi, sączy jad, pozostaje kurewsko cyniczny. I nie daje odpowiedzi, bo nie jest guru, bo nie będzie ci tu, tak myślę, wskazywał drogi, pokazywał szyby, którą masz wybić i wskazywać auta, które masz strepować. Nie powie ci jak być prawdziwym punkiem, grungowcem czy kurwa sklejaczem modeli samolotów. On cię, co najwyżej, intelektualnie przeleci, a i zabawi, bo książka wpisuje się w poczet literatur luźnych (lub, przynajmniej, w poczet tych literatur, które luźnie można przelecieć). Sam chętnie przypaliłbym brauna z bohaterami tej książki, z Cyprianem, z którym pewnie bym się pobił, z Szymonem, którego bym nie zauważył (a ostatecznie kolesiowi bym naklepał, przeczytajcie, dowiedzie się), Nadzieję, którą… no nieważne, z Jezusem, który z miejsca stał się moją ulubioną postacią obok Apostoła, z Następny do raju, Hłaski. Bo totalnie pokurwiony kolos-terrorysta o ksywie Jezus nie może być nie lubiany. Nawet z Bulim, Nadią, ha, nawet z Gnatem, który jawi się, tak naprawdę, najbardziej realistycznie, a przynajmniej, najwięcej takich Gnatów znam. Nie szukajcie w tej powieści odpowiedzi – Żulczyk nie wymyślił sposobu na całkowitą anihilację systemu, on „jedynie” puka ci w czaszkę. Wielu, naprawdę wielu powinno tę książkę przeczytać, chociażby w przerwie między adaptacją Harrego Pottera i Grocholą. Dedykowana Mirkowi Nahaczawi, który odebrał sobie życie w wieku bodaj dziewiętnastu lat, proza Żulczyka to kawał porządnego realizmu, chociaż karykaturalnie i bezlitośnie przedstawionego. I nie będę już więcej tu nudził: przeczytajcie tę książkę i wymalujcie mój blok w cały w czaszki. Czekam. Kup tę książkę w sieci Merlin.

Odpowiedzi: 10

Subscribe to comments with RSS.

  1. No Dorian, kiedy pytałem Cię na gg o ta książkę to właśnie takiej odpowiedzi jak tutaj oczekiwałem. Narobiłeś mi strasznej ochoty na Żulczyka i spróbuje jakoś zdobyć ta książkę. Nie lubię czytać o subkulturach bo zawsze autorzy mają jakieś sympatie i antypatie co kończy się IMO propagandowym pieprzeniem o (nie)prawdziwych metalach, hiphop(polo)owcach czy innym badziewiu. Zobaczymy czy Radio mnie zaskoczy :) .

    Akuma

    kwiecień 9, 2008 at 11:28 am

  2. dałeś siana z tym Merlinem. Armageddon powinno się xerować, ewentualnie rozrzucać na ulicy kartki z fragmentami książki odbite na powielaczu ;-) ))

    galaktyczny

    kwiecień 9, 2008 at 2:11 pm

  3. Rzeczywiście, siano :]
    Czytam sobie z rosnącym zainteresowaniem, bo tu mnie niespodziewanie gugiel wyrzucił, myślę sobie, że chyba stronkę zabukmarkuję, a tu pod koniec “kupcie se ha do de”…
    Co jest? Sponsor o swoje się upomniał? “Marlboro” na czole wytatuwał i “Shell”?

    Kura Rossolini

    kwiecień 18, 2008 at 8:54 am

  4. Rzeczywiście, siano :]
    Czytam sobie z rosnącym zainteresowaniem, bo tu mnie niespodziewanie gugiel wyrzucił, myślę sobie, że chyba stronkę zabukmarkuję, a tu pod koniec “kupcie se ha do de”…
    Co jest? Sponsor o swoje się upomniał? “Marlboro” na czole wytatuwał i “Shell”?

    Kura Rossolini

    kwiecień 18, 2008 at 8:56 am

  5. A cóż to ma znaczyć?
    Po dwa razy się wyświetla, hm… Jak dotychczas: dwa razy.
    Dajmy skryptom więcej czasu, to może i do tysiąca wyświetleń dojdzie.

    Kura Rossolini

    kwiecień 18, 2008 at 9:03 am

  6. Pan Żulczyk sam ma duży problem z odnalezieniem swojego miejsca w tym świecie, bohaterowie książki plują na wszystkich i wszystko wkoło, bo tak jest im najłatwiej – to rodzaj wewnętrznej terapii, która daje poczucie własnego JA. Książka przez to staje się sama częścią systemu, przeciw któremu Żulczyk zdaje się występować, jest w pełni komercyjna, pisana pod dyktando współczesności. Takich wydawnictw jest na pęczki. Oprócz tego wieje infantylnością, naiwniactwem i płycizną, w fabule jest sporo błędów logicznych. Żeby zakończyć optymistycznie, czekam na coś pozytywnego ze strony pana Żulczyka. Wierzę, że prócz mało oryginalnej demolki, potrafi mimo wszystko budować niebanalne historie.

    opcja7

    grudzień 2, 2008 at 1:59 pm

  7. nie ma lepszej książki, bardziej otwierającej oczy,
    czytam ją już drugi raz, uzależnia .
    taa, Jezus wymiata, terminator .
    czytając tą książkę mam ochotę się zaćpać,
    mordować i mieć punkowy zespoł, który by tak napierdalał. xD

    alena

    grudzień 7, 2008 at 1:58 pm

  8. aleno, po Żulczyku spróbuj Nahacza. Trochę trudniej i bardziej skomplikowane, ale nadal młodzieżowo.

    c y n i k

    grudzień 7, 2008 at 4:56 pm

  9. ksiażka “radio armageddon” jest poprostu niesamowita, od kiedy skończyłam to czytać ( ostatni rozdział 5 razy ) niemoge przestac o tym myslec, cholera szkoda ze zespól ten nei istnieje, jednak wartosci zawarte w ksiazce nie są fikcją. ksiażka zayebista, najlepsza jaką dotychczas czytałam

    xaneq

    sierpień 12, 2009 at 3:43 pm

  10. cholera tylko to zakonczenie.. niby wiadomo było że tak sie stanie ( stary dziadek ) a jednak troche szkoda ;/ az łezka poleciała, szymon dupek, młody Hitler ze zrytym dzieciństwem ;/ jak mogłes kretynie ;D

    xaneq

    sierpień 12, 2009 at 3:46 pm


Dodaj komentarz