Archiwum dla kwiecień 2008
Zemsta Murzyna z Atrapy II
Porobiło się w tej Polsce, w tej ziemi. Straszne rzeczy, straszne dyskusje, dialogi, monologi, pikiety, wystąpienia, megafony, ach, splendor, po stokroć, splendor! Życie ostatnimi czasy raczy nam niezwykłą ilością punktów spornych; nie wiem, czy zauważyliście, ale TV aż huczy od dyskusji między kobietami a mężczyznami, między liberałami a tradycjonalistami.
I różne rzeczy, różne argumenty przytaczane – nie tak dawno pisałem o Murzynie z jeleniogórskiego klubu Atrapa, co wszedł do środka i doznał deja vu z Apartheidu. Szybko okazało się, że niewinny czarny Murzyn był całkiem białym Murzynem, bo ponoć on zachowywał się „skandalicznie” i praktykował „chuligańskie wybryki”. To ja sobie myślę: zaraz, Murzyn czarny zachowuje się skandalicznie w klubie białym, dla białych, podrywa białe dziewczęta, obraża białych facetów… Toż to atrapa Murzyna, jak nic! Toż to zupełny Polak z krwi i kości! On chciał, wiecie, po swojsku, po polsku się zachowywać, a wy do niego z takim niezrozumieniem, naprawdę, wstyd, wstyd…
Takim Murzynem z Atrapy są też ostatnimi czasy kobiety – aż, porobiło się, porobiło. Dyskusje w telewizji o tym, jaki status ma Kościół w XXI wieku to tak naprawdę dyskusje o paru spornych punktach – m.in. aborcji. Widziałem nie tak dawno wymianę poglądów między paniami z różnych instytucji dla matek i dziecka i panami z PiS. Różnica wiedzy jest porażająca – no bo spójrzmy prawdzie w oczy – co taki polityk PiS wie o aborcji czy chociażby o problemie samotnej matki czy środkach antykoncepcyjnych dla młodych? Zero, zupełna papka ideologiczna, jakieś idee, powoływanie się na tradycje – kurwa – ci tu o tradycji, a tam rodzą piętnastolatki, ci tu o tradycji, a tam matka rodzi szóste dziecko pijanemu mężowi, ci tu o tradycji, a tam kurwa życie, samo życie. Kobiety więc miażdżyły w dyskusji panów z PiSu i tych innych takich wynalazków. Na co dzień stykają się z rozmaitymi problemami, to i nazbierało im się argumentów. 1:0 dla aborcji.
Inny problem, szalenie aktualny, to wspomniana wyżej tradycja zestawiana z pędem ku nowoczesności, nowoczesnemu humanizmowi i wreszcie, ku nowoczesnej wolności. Otóż, KRRiT to bardzo przeze mnie lubiana organizacja. Nikt nie wie po co są; chyba tylko po to, żeby przyjmowali telefony od Radia Maryja i LPR. Okazało się bowiem, że psie kupy i polska flaga to złe połączenie. Połączenie godne kary. I tym sposobem, za wtykanie w psie kupy polskich flag zostanie ukarany Kuba Wojewódzki.
Mi się już naprawdę nie chce pisać setny raz o wolności słowa i o tym, że w Polsce to fikcja, że wciąż aktualne są bzdurne przepisy o obrazie uczuć religijnych i że dystans do siebie (i do swoich wartości) sprzyja rozwiązywaniu konfliktów. Taki dystans ma Kuba, dystansu nie ma cała psia kupa, o przepraszam, cała Polska. Widać za wcześnie jeszcze na Kubę.
Czasami zastanawiam się, jakim idiotą trzeba być, żeby obrażać się za powieszenie fallusa na krzyżu, za meteoryt na papieżu czy chociażby polską flagę w psiej kupce. Naprawdę, ja to oglądam w telewizji, czytam o tym w gazetach, internecie i na mojej twarzy pojawia się uśmiech, czasami nawet salwa śmiechu – w żadnym razie nie wywołuje to u mnie oburzenia czy gniewu. A jeśli nawet, czasami, to jest to mój gniew i moje oburzenie, które zostawiam dla siebie. Przygnietli Papieża? Przygniećcie więc Kubę Wojewódzkiego. Ale nie zakazujcie, gnojki, komukolwiek jakiejkolwiek ekspresji – bo po pierwsze, z całym szacunkiem, chuj wam do tego, po drugiej, z całym szacunkiem, kto powiedział, że macie rację i że wy, akurat, jesteście najmądrzejsi?
Jak Murzyna w Atrapie w Jeleniej Górze pobili.
Sytuacja wygląda tak:
Robię jajecznicę, wiecie, pieczarki, sól, pieprz, serce bo gotować trzeba z sercem, no i trzy jajka, robię, smażę, trochę to trwa, bały burdel w kuchni, ja ubabrany, wesoły, ubabrany po trzeciej kawie, po trzecim musującym magnezie słyszę:
- Murzyn pobity w Atrapie, w Jeleniej Górze, w Atrapie go pobili.
To ja myślę – Murzyna pobili w Atrapie, wzięli go znaczy za prawdziwego, z krwi i kości, bo wyobraźcie sobie, że Murzyni są z krwi i kości, wzięli go nie za atrapę za coś zupełnie prawdziwego, z tarczą z dziesiątką, z napisem na czole, bo wyobraźcie sobie, że Murzyni na czołach mają napisy: „proszę łaskawie mi wpierdolić”.
Tak myślę, krojąc szynkę do jajecznicy, myślę o tych wpierdolach w Atrapie, myślę o czarnych, o wielu rzeczach myślę, o rasizmie, rozumiesz, o problemie głodu na świecie, o jajecznicy właśnie i wtedy brat mówi:
- I dobrze, skoro cwaniakował! Skoro odważył się wejść! Tam trzystu dresów, trzystu kurwa, Spartan, tam narkotyki, białe narkotyki, rozumiesz, białe! Tam dziwki białe, białe dupy, białe skarpety, białe lampasy, białe fury, komóry, białe prezerwatywy, a on tam, ten MURZYN, ze swoją czarną dupą, on tam z tym mrokiem, z ciemnością do nich, on tam przecież wyglądał jak gówno na białej ścianie, to go rozmazali, bo co się z gównem robi, rozmazali go, bo nie może tak być, że do white sensation roomu wchodzi czarny, przecież bądźmy poważni, po co cwaniakował, po co on tam wszedł?!
I tak mówi mój brat, z kości, z krwi, mówi czytając gazetę, szukając w niej innych może wpierdolów, a ja tylko z jajecznicą, bez gazety, bez słowa pisanego, więc głupio mi mówić, bo co ja powiem, co ja powiem jajecznicą ubabrany!
Ale mówię:
- To oto właśnie chodzi, żeby tam mógł wejść nawet Chińczyk baletmistrz, żeby, rozumiesz, mógł tam tańczyć i mieć kwiaty we włosach.
A on, a mój brat, że pierdoli kwiaty we włosach, bo jeśli się, rozumiesz, narusza pewne wartości, wartości jak biel w klubie Atrapa, jeśli się kurwa narusza hymn, godło, laskę, furę, jeśli się, dla przykładu, wchodzi do klubu Atrapa będąc czarnym, tzn. ma się skórę maści czarnej, o czarnym kolorze, to rozumiesz, że nie może tak być, że nie może tak być, że nie może tak być! Że prowokacja nawet największym śmiałkom nie przystoi!
No to ja już zbladłem, jajecznica zbledła, (pieprzę, solę) i mówię: „No jak! Przecież on, ten czarny, ten Murzyn, czym on się tak w ogóle różni od nas, że przecież ja pamiętam w podstawówce, że oprócz kto ty jesteś – Polak mały, to mówiliśmy o dobroci, o tolerancji, o Jezuskach, o kurwa akcji sprzątania Ziemi. Że nie może tak być, iż Murzyn dostaje wpierdol, ten wpierdol, w klubie Atrapa, co on, ten Murzyn, pomyśli, jak on, ten wpierdol, odbierze.
Na to brat rzecze, z gazetą, a zaszeleścił nią, a zatrząsł się cały, a wzburzył się jak morze, jak morze otwarte!
- Ja do Murzynów, powiem ci, nic nie mam, ale kurwa, ale chuj, ale wiesz, oni znać swoje miejsce mają, po co w drogę wchodzą, ja się pytam, po co oni w Atrapę wpadają? Toż ma swój klub, swoją Atrapę, swoje czarne miejsca, gdzie białych nie ma, bo biali się tam nie pokazują, bo biali się nie brudzą, ja się pytam, po co on tam, na co on tam, z tą czarną skórą!? Ja do Murzynów nic nie mam, ale…
I już nie słucham, bo jajecznica strzela, a pryska, a strzela, i to „ale” mi w głowie huczy, jak wielki znak, „ale” jak ostrzeżenie, jak „ale” uważaj, wielkie „ALE” świeci.
I ja jestem patriotą, Ale Polskę to mam w dupie
I ja nie jestem homofobem, Ale geje niepotrzebnie robią te parady
I ja nie jestem antysemitą, Ale Żydzi nie powinni mieszać się do polityki
ale, ale, ale!
I co ja, cały w tej jajecznicy, co ja powiem bratu, co ja mu jajecznicą mięśnie wysmaruję, ja mu poglądy zmienię swoją chudością, włosami długimi, swoim Foucaultem, swoimi studiami, indeksem cokolwiek wskóram? Co ja, do Atrapy wejdę i powiem, nie wolno, palcem pogrążę? Oni o wpierdolach, wpierdoli w gazetach szukają, w Atrapie na biało malują, a ja do nich z jajecznicą na margarynie?
Na margarynie?!?!
Dwa lata później…
To już dwa lata minęły, odkąd napisałem pierwszą notkę. Długie to były lata, ciągnęło mi się pisanie, bo i tematy nudne, okropne, pozbawione koloru. Ile można pisać o polityce, ile można pisać o religii, Kościele, władzy, Bogu?
Czytam inne blogi: Azraela, jeśli ten nie rozpisuje się na cztery tysiące znaków i błędach PiS, Łysakowskiego, jeśli cokolwiek mnie tam zainteresuje – zauważam, że zupełnie mnie już polityka nie obchodzi. No, nigdy mnie nie obchodziła, ale jednak, czułem jakąś potrzebę pisania o niej, wyrażanie tego, co myślę o Romanie, o gejach, o szkołach, nie wiem, o menstruacji Środy. Mam takie wrażenie, w ślad za Witkowskim, muszę powtórzyć:
„Nigdy jeszcze, czytając czy oglądając tego typu materiały, nie miałem wrażenia, że czytam o sobie i swoich problemach. Są to artykuły nudne i całkowicie zrytualizowane, jak najdalsze od życiowego doświadczenia, zideologizowane i upolitycznione”
oraz:
„Trudno się dziwić – media ze swej istoty takie już są, że każdy problem prywatny (mój) zamieniają na polityczny (nie mój) i zamkną w medialnych hasłach. W konsekwencji zamiast o sobie czytam o akcjach, paradach, rzucaniu kamieniami. W takich wypadkach mam ochotę – za Świetlickim – powtórzyć, że “Niczego o nas nie ma w konstytucji”. W mediach mówi się o czymś, co zostało przez te media wykreowane, a w życiu mówi się o… obciąganiu!” (źródło: http://free.art.pl/michal.witkowski/dorobek/lubiewo.php)
W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie stworzyć jednolitego profilu bloga – Wulgaryzm nie może być jednocześnie o polityce i być uważany za „polityczny”, będąc jednocześnie skrajnie subiektywnym felietonem, nie mogę wypisywać tutaj wulgaryzmów, jeśli chcę być brany serio.
Tylko, że ja kurwa nigdy nie chciałem być brany serio.
Dlatego nie będzie to blog religijny, areligijny, teistyczny, ateistyczny, kościelny, gejowski, społeczny; nie będę propagował tu zdrowego odżywiania, pisał o najnowszych grach z Nintendo i zamieszczał swoich wierszy o śmierci. Bo po co?
Ile można pisać o tych wszystkich tematach? Nieskończenie wiele, jeśli piszesz je od siebie dla siebie – i tak też zostanie.
Jak patrzę na te swoje wpisy, te z początku, zjadliwe, jadowite, ale i nieco naiwne, to uśmiecham się, ile przez te dwa lata zrobiłem. No, wypiłem tak na oko kilkaset litrów piwa, wypaliłem (do niedawna) kilkaset paczek papierosów. To już jest coś. To już jest dobrze zapowiadający się materiał na niezrozumianego artystę.
Pozdrawiam i kończę, czekam na następne dwa lata.
Ps. A strona „O mnie” uległa zmianie.
Radio Armageddon, Żulczykowska anarchia heroinistyczna.
Po przebiciu się przez 450 stron ustawiłem sobie na Gadu Gadu status: „Przeczytałem Radio Armageddon i chcę kurwa mordować”. Jeszcze dobrze nie ochłonąłem, nie sięgnąłem po inną, czekającą w kolejce książkę, nie zdążyłem się nawet najebać, przetrawić to i po wódce komuś opowiedzieć w ciemnym, złym parku gdzie porządni chłopcy nie chadzają, jak Cyprian, Nadzieja, Szymon, Gnat i Jezus naćpali mnie heroiną i wywieźli do jakichś podziemi, gdzie przypalali mnie papierosami, wyrywali paznokcie i oblewali kwasem, gdzie puszczali mi swoje kawałki, a potem zgwałconego takiego zostawili mówiąc: „czy kiedykolwiek miałeś wrażenie, że zostałeś oszukany?” Nie zrozumcie mnie źle – nie mam szesnastu lat, nie łapią mnie za serce koszulki z anarchią, trampki z wyrysowanymi markerem pentagramami, nie chodzę w pasiakach (często), nie odkryłem nagle, że wszyscy jesteśmy sterowani, tak jak nie dowiedziałem się przed chwilą, że każdy bunt jest dziś pakowany i stawiany na sklepach albo dodawany jako gadżet do telefonów z kolorowymi wyświetlaczami, nie oszukuję się, że długie włosy są protestem na znak zarażania HIV dziewic w Afryce, nie słucham rytualnie Włochatego, nie wieszam swastyk na mieście, nie łudzę się, że moja obecność na Przystanku Woodstock czy innej Bielawie cokolwiek znaczy dla tych, którzy to organizują. A jednak mnie Radio urzekło. Opowieść o grupie przyjaciół (?), którzy zakładają Dziką Bandę, zespół punkowy – i nie jest to jeden z tych zespołów, które grają na jakichś przeglądach studenckiej piosenki – to zespół, który wywołuje totalną anarchią, pożogę, rewolucję i niekontrolowany (?) zew rozpierdolu. I w końcu Cyprian, lider zespołu, znika – rozpływa się w powietrzu, zostawiając całe to zjawisko samemu sobie. Urzekło mnie to Radio. Bo Cyprian, postać której przez połowę książki chciałem zajebać, złapać za twarz i powiedzieć, koleś, pieprzysz jakbyś cofnął się do gimnazjum, ostatecznie wyrywa się, strzela mi w pysk, kopie po nerkach a potem proponuje jointa z WSB-23, środkiem do przeczyszczania mózgu. Bo Cyprian broni się przede mną, a ja w swoim całym kurewskim egoizmie muszę powiedzieć, że broni się skutecznie, bo nie mówi mi, że tu chodzi o bunt nad buntem, że muszę zrozumieć, iż jestem nadkontrolowany, że wszystkie role są dla mnie przygotowane od mojego urodzenia i nawet jak wybiorę żywot true fucking punka to system coś ciekawego mi zaoferuje, jakąś taryfę, nocne rozmowy i odpowiedni design. On najnormalniej w świecie czai. Rozumie. Czekałem na tę książkę długo, bo lubię Żulczyka, bo byłem ciekaw, co napisze po Zrób mi jakąś krzywdę. Bo ogólnie zachodziłem w głowę, o co chodzi temu dwudziestoczteroletniemu kolesiowi, który raz równa wszystkie subkultury z błotem, którego proza polega na uogólnieniu, gdzie wszyscy metalowcy są pojebami ulegającymi samo spaleniu na widok krzyża i wody święconej, gdzie punkowcy są już zupełnie dead, a jeśli nie są, to znaczy że mają lat maksymalnie dwadzieścia i siano w mózgu, że buntują się pijąc Keleris i Komandosa. W jego książkach wszyscy ludzie są głupi tak mocno, że aż wydaje nam się to nierealne (a jednak!); jakby Żulczyk pastwił się nad tymi biednymi rastafarianami, katolikami, satanistami i innymi grupami z etykietami. I oczywiście dresami, ale ci są tak durni, że istnieją tylko, gdy zachodzi taka potrzeba fabularna, nie trzeba ich nawet przesadnie komentować. Natomiast subkultury, które widać (po fotach) Żulczyk zna na co dzień, dostają na twarz całą salwę krytyki. Zasłużenie, zresztą. Tutaj katolicy oczywiście są brzydcy jak harcerze, oczywiście śpiewają piosenki o Maryi, oczywiście to poza, bo magazynują w pryszczach wszystkie pornosy świata; tutaj rodziny są tradycyjnie patriarchalne, w których ojciec trzyma syna w ryzach, a żona połyka piętnaście paczek deprimu, żeby ostatecznie skończyć w szpitalu. Tutaj są dzielnice, które w Wałbrzychu zwą Palestyną, we Wrocławiu Trójkątem Bermudzkim. A w Radiu nazywają to po prostu Piekłem. I to jest kurwa prawda. To ta karykaturalna Polska, jak chciałbym wierzyć, codziennie jest przecież przez nas stwarzana: w naszych opowieściach, że słyszałeś, iż za ścianą ktoś katował kobietę, że widziałeś w telewizji, jak dresiarze gwałcili dziewczynę, że czytałeś antyglobalistyczny manifest, oglądałeś ZeitGast i Teorię spisku, że teraz już wiesz, jaki jest świat – przerysowany. Zupełnie prawdopodobny, jak w Radiu Armageddon, chociaż Żulczyk tutaj drwi, sączy jad, pozostaje kurewsko cyniczny. I nie daje odpowiedzi, bo nie jest guru, bo nie będzie ci tu, tak myślę, wskazywał drogi, pokazywał szyby, którą masz wybić i wskazywać auta, które masz strepować. Nie powie ci jak być prawdziwym punkiem, grungowcem czy kurwa sklejaczem modeli samolotów. On cię, co najwyżej, intelektualnie przeleci, a i zabawi, bo książka wpisuje się w poczet literatur luźnych (lub, przynajmniej, w poczet tych literatur, które luźnie można przelecieć). Sam chętnie przypaliłbym brauna z bohaterami tej książki, z Cyprianem, z którym pewnie bym się pobił, z Szymonem, którego bym nie zauważył (a ostatecznie kolesiowi bym naklepał, przeczytajcie, dowiedzie się), Nadzieję, którą… no nieważne, z Jezusem, który z miejsca stał się moją ulubioną postacią obok Apostoła, z Następny do raju, Hłaski. Bo totalnie pokurwiony kolos-terrorysta o ksywie Jezus nie może być nie lubiany. Nawet z Bulim, Nadią, ha, nawet z Gnatem, który jawi się, tak naprawdę, najbardziej realistycznie, a przynajmniej, najwięcej takich Gnatów znam. Nie szukajcie w tej powieści odpowiedzi – Żulczyk nie wymyślił sposobu na całkowitą anihilację systemu, on „jedynie” puka ci w czaszkę. Wielu, naprawdę wielu powinno tę książkę przeczytać, chociażby w przerwie między adaptacją Harrego Pottera i Grocholą. Dedykowana Mirkowi Nahaczawi, który odebrał sobie życie w wieku bodaj dziewiętnastu lat, proza Żulczyka to kawał porządnego realizmu, chociaż karykaturalnie i bezlitośnie przedstawionego. I nie będę już więcej tu nudził: przeczytajcie tę książkę i wymalujcie mój blok w cały w czaszki. Czekam. Kup tę książkę w sieci Merlin.


