Archiwum dla styczeń 2008
Horror ewolucyjny – jak dać się zabić.
Oglądając sto dwudziesty czwarty horror klasy C z popularnych magazynów z filmami pt. Hotel zła, dojść można do wniosku, że ta aspirująca do miana hitu klapa daje nam odpowiedzi na kilka nurtujących ludzkość pytań. Na główny plan bowiem w dzisiejszych quasi-horrorach wysuwa się zjawisko naturalnej selekcji. Darwin, proszę państwa, przy tych scenariuszach to przykładny katolik.
Zaczyna się beztrosko – grupa amerykańskich nastolatków jedzie na imprezę, jedzie na wakacje, jedzie na wycieczkę, gdzieś jedzie. W tym przypadku, bądźmy szczerzy, grupa amerykańskich nastolatków okazuje się być dumnym narodem norweskich nastolatków, choć jak się okazuje, nie robi to najmniejszej różnicy. Zarówno amerykańskie nastolatki jak i norwescy rówieśnicy umierają równie głupio i równie głupi pozostają.
Amerykańskie nastolatki, powinniśmy dla potomności to zaznaczyć, to osoby o niezbyt udanych intelekcie – według Polaka są wręcz synonimem zepsutego dziecka – mają dużo kasy, mają swoje wyczesane w kosmos multimedialne telefony z kolorowymi wyświetlaczami, z karciochami-pamięciochami, mają, wyobraźcie sobie, świetne auta lub przynajmniej studenckiego vana, mają u boku odstawione na bóstwa laski (nie ma kobiet w horrorach – są laski). Laski te to skomplikowane umysły, zwykle aktywistki, a ściślej mówiąc, cheerleaderki. Studiują, zarówno te laski i ci chłopcy, na drogich elitarnych uniwersytetach, bowiem, co przecież oczywiste, w Stanach aby dostać się na drogi i elitarny uniwersytet trzeba być idiotą i mieć telefon z karciochą-pamięciochą, trzeba jeździć na wakacje drogimi autami i posiąść upijania się bezalkoholowym piwem, a przynajmniej piwem w puszce 0,3 ml (dla polskiego studenta to jakiś absurd). Dziennikarski obowiązek każe mi jednak wspomnieć, że norweska odmiana posiadła umiejętność picia whisky bez popity, bez lodu, bez wody – ze skrajności w skrajność.
Co ciekawe, rasizm nie ima się amerykańskich nastolatków. O nie, Murzyni są. Pełnią w
horrorze zwykle role komiczne, o dziwo nie gwałcą, o dziwo nie kradną, ale jednak rzucają slangiem z Brooklynu na lewo i prawo. O ile amerykańskie nastolatki poddały się galopującej humanizacji i znają pojęcie „inności”, o tyle scenarzyści najwidoczniej mają etat w Ku Klux Klanie, bo ze sprawnością Adolfa uśmiercają każdego Murzyna i rzeczywiście nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć horroru z nastolatkami, w którym biedny czarny człowiek przeżywa.
Do Darwina przejdę za chwilę – nie mogę przecież zapomnieć o drugim równie ważnym we współczesnym kinie grozy nurcie – mowa tu o Freudzie i Lacanie. Tak, proszę państwa, wam się to może wydać dziwne, bo dziewictwo tracicie w natłoku innych zajęć (wyjeżdżaniu do Irlandii, wiejskie dyskoteki, punkowe koncerty, się rozumie) szybko i sprawnie, natomiast amerykański nastolatek to postać pod tym względem na wskroś tragiczna. On nie dość, że nie bzykał, to ciągle o tym bzykaniu myśli, ciągle do niego nieumiejętnie dąży. I dzieją się takie sytuacje, że gdy już przychodzi co do czego, że gdy wreszcie ma TO się zdarzyć, wtem dziewczę-aktywistka odpycha ręce natręta, odpycha bo, wyobraźcie sobie, w całym tym swoim konsumpcyjnym życiu… nie dojrzała i nie jest gotowa. Amerykańska cheerleaderka może i jest głupia, może i wygląda jak niesławna bohaterka pewnego programu dla idiotów na TV4, ale jednak amerykańska cheerleaderka łatwa nie jest. Co to, to nie. Do bzykania dorośnie dopiero, jak dadzą jej angaż w jakiejś romantycznej komedii z Hugo Grantem.
Z tym całym bzykaniem w horrorach wiąże się też inna sprawa. Tragizm polega na tym, że zwykle rzeczywiście nastolatki umierają prawiczkami, umierają pozostając czystymi dziewicami, ale zdarzają się i takie perełki, gdzie do tego pierwszego razu dochodzi. Trochę na szybko, w brzydkim miejscu i po pijaku, ale liczy się przecież gorąca miłość – nie wiedzą jednak, masz ci los, że ten pierwszy raz okaże się ich ostatnim i że jeśli trafią do Nieba, to podwójnie przejebane – w Niebie gzić się raczej nie przystało.
Przechodząc powoli do meritum – amerykańsko-norwescy studenci jadą na śnieżne stoki z zamiarem zjeżdżania na snowboardzie (liżą się przy tym w autach tak, jakby co najmniej stosunków seksualnych odbyli dwadzieścia tysięcy) i wyobraźcie sobie, rzecz niesłychana, nikogo o tym nie informują, bo po co, oraz wybierają oczywiście nieuczęszczany stok, na którym oczywiście jeden z nich łamie nogę (złamanie otwarte – oczywiście). Czy muszę wspominać o tym, że ich kosmiczne telefony nie łapią zasięgu?
W tym momencie działa logika – uwaga, to sprawa najistotniejsza. Wioska jest, jak to wioska, za daleko (choć ją widać), auto pozostawili za daleko (tak, dobrze myślicie! Tak bardzo oddalili się od auta, że aż wrócić nie da rady, kto by pomyślał). Pozostaje tajemniczy dom na ośnieżonym wzgórzu, posępny i czarny, najpewniej opuszczony.
Ale nie – ten dom to akurat hotel, gdzie ze stoickim spokojem pomieszkuje denat – Odziany W Futra Dwumetrowy Chłop Z Siekierą. I równie ze stoickim spokojem morduje sobie od bez miara trzydziestu lat turystów – nikt przecież nie zauważy, a jak zauważy, to rozejdzie się tylko po pierwszych stronach gazet… Denat już raz umarł, jak był dzieckiem rodzicie go rzucili w przepaść, ale on, mesjasz, został uratowany i co by światu podziękować, zaczął wyrzynać ludzi jak leci. A że te amerykańskie nastolatki po to się rodzą, by potem zdychać gdzieś zaszlachtowani w podrzędnych horrorach, toteż nasz chłop rozpoczyna polowanie.
Pierwsza ginie ta, co nie bzykała. Bzykać, tu morał, trzeba, inaczej ginie się zupełnie bez sensu. Chłopak, który wcześniej został odtrącony ma oczywiście wyrzuty sumienia, bo oczywiście wielce na nią obrażony, zostawił ją samą w pokoju, gdzie (w tym pokoiku) czaił się wielki dwumetrowy morderca (w futrze i w przyciemnianym okularach!) z gigantyczną siekierą, którą w mikroskopijnych korytarzach obraca jak scyzorykiem. Nim jednak w te wyrzuty sumienia zostaje wpędzony, wszyscy zgodnie się upijają (to najlepsza scena w filmie) przy jakichś starych radiowych przebojach. Rano jeden z dzielnych chłopaków (taki co to jest modelem na partnera – może nawet i bzykał, nie wykazuje jakiegoś większego popędu, a dziewczynę przecież posiada) wyrusza po pomoc. Idzie, proszę sobie wyobrazić, dziesięć metrów i widzi trupa zamordowanej i niedobzykanej dziewczyny. I w tym momencie jak spod ziemi wyrasta dwumetrowy olbrzym z olbrzymim toporem – tak, te cholerne olbrzymy zawsze wyrastają zupełnie bezszelestnie i zupełnie bezszelestnie zabijają.
Gdy próbuję sobie przypomnieć, jacy bohaterowie przezywają rzeź w tego typu filmach, to chyba jednak musimy się tu pochylić ku feminizmowi, bo to zwykle kobiety i to te, które zostały obdarzone nie tylko urodą ale i intelektem (niewiarygodne). Nie żaden słaby facet-frajer, co to do bzykania nie potrafi zmusić cheerleaderki, lecz silna kobieta, która w ostatniej scenie zabija zły wybryk natury, lub przynajmniej mocno go nadweręża. W sumie, dziwne – w horrorach tego typu występują zwykle szalenie proste i schematyczne postacie – dziewczyna jest piękna i głupia, ucieka nie zapalając światła, zamiast po colta sięga po banana. Mężczyzna odczuwa pragnienie i żaden Sprite go nie ugasi, myśli o seksie i z myślą o seksie ginie. Czasami ginie też bohatersko, gdy rusza na pomoc. A tu nagle postacią, która przeżywa jest dziewczyna. Cała we krwi, połamana, poraniona w ostatniej scenie odczuwa przypływ niewiarygodnych sił i udaje jej się wyjść cało. Dziwne. Wszelkie dobre chęci reżyserów należy jednak wsadzić miedzy bajki – gdy przeżywa dwójka bohaterów, głównego złego zabija mężczyzna, kobieta jest ratowana, a jakże.
I tak w horrorach jawi się darwinizm. Chearleaderki do piachu, geje do piachu, Murzyni do piachu, studenci-kujony także do piachu, katolicy też często idą do piachu. Pozostaje kobieta. Co z tego – w sequelu wspomina się o niej jako o wariatce, policja jej nie wierzy – w końcu, kto wierzy histeryczce?
Puszki z pompą.
Czekam na ten dzień cały rok. Nie przygotowuję się specjalnie, nie muszę – wiem, że 13 stycznia przyjmie mnie takiego, jaki jestem. Bez zbędnych reguł, zasad pozwoli się cieszyć, że oto ludzie chcą nosić serduszka, kochać i być kolorowi.
W sumie dziwię się sobie – nie lubię takiej pompy, nie lubię machania flagami, krzyków, że zbieramy, że kochamy, że wspólnota i w ogóle – a jednak w ten dzień dołączam się do tej pompy. Bo ta pompa jest inna niż wszystkie – żadnego tam kiczu, żadnych spłyconych idei – Jurek pokazał, że dzięki zabawie można łączyć całe miasta. Tu nie trzeba kazań, my weźmiemy sprawy w swoje ręce, rzucimy do tych puszek, zalicytujemy, wyślemy te esemesy. I może potem będę dumny, że jakieś dziecko przeżyło albo urodziło się z wadą słuchu, którą dało się wyleczyć. Mi się nie udało, urodziłem się za wcześnie, gdy Orkiestry jeszcze nie było i niestety słyszę tylko na jedno ucho. Ale tym jednym uchem słucham całkiem sprawnie i chcę słyszeć pikanie tych medycznych sprzętów, chcę słyszeć, że całe miliony złotówek przerzucają koparkami, chcę żeby Orkiestra liczyła te pieniądze nawet i z pół roku. Niech tego będzie więcej i więcej, naprawdę, nic nikomu nie szkodzi.
A że niektórym się to nie podoba? Bo dzieciaki stoją pod kościołem, bo dzieciaki „żebrzą” o pieniądze. Smutne, że czasami trzeba przypominać, że stoją tam dla was, dla tych właśnie ludzi, którzy wychodzą z kazań i mszy – i oczekuję złotówek, bo gdzie mają iść, jak nie do Kościoła? Przecież tam zbiera się naród, który wierzy a więc który ponoć jest krystalicznie czysty i dobry. One wam ufają, czemu wy im nie?
A ci którzy nie dają? Przecież mają prawo. Ale niech nie niszczą klimatu, niech nie patrzą się na te dzieciaki z politowaniem – one mają misję, mają to, czego niektórzy tetrycy już dawno nie posiadają. Nie mówcie: „nie daję, bo nie podoba mi się Owsiak”, „nie daję, bo nie podoba mi się medialna otoczka”. Zamknijcie się w domach, macie wiele innych kanałów telewizyjnych – dajcie tym dzieciakom zbierać dla rówieśników i dajcie nam wrzucać im do puszek bez poczucia winy, bez wrogości, bez wszystkich tych stereotypowych cech Polaka, których my nie chcemy. Chociaż w ten dzień. Jurek lata nad nami po całej Polsce swoim Orkiestrolotem – on się nie przejmuje. On się uśmiecha.


