W u l g a r y z m

all that is solid melts into air

Publikacja.

z 2 uwagami

Pismo KOFEINA ART-ZIN opublikowało moje opowiadanie pt. A gdy miasta akurat nie zdobywali sowieci. Zainteresowanym polecam.

Wersja on-line na issue:
http://issuu.com/kofeina/docs/kofeina03

Wersja pdf. do ściągnięcia z rapidshare:
http://tinyurl.com/kofeina03

Written by c y n i k

Czerwiec 1, 2010 at 10:43 am

Napisane w Uncategorized

Nieprzeczytalność.

z 7 uwagami

Najpierw musiałem jej powiedzieć, że nie ma żadnej drugiej strony, do której musimy się przebijać, kalecząc i obijając kolana, że właściwie nie musimy sobie rwać włosów z głowy, bo stoimy za nisko, a szczyty zawsze są niedosiężne i niezdobyte; te flagi triumfu zatknięte na ich wierzchołkach, to są wszystko flagi samotne, opuszczone przez tych, którzy je tam przez osiem tysięcy kilometrów wnosili. Wszystkie szczyty są puste, na najwyższych wierzchołkach gór nikt nie mieszka. A nasze sztandary powiewają tam, jakby miały przypominać o dawnej świetności, świetności stworzonej tylko gestem podbicia, a potem, opuszczenia. Zobacz, że nie podbija się ogromnych lodowych gór, mozolnie ryjących dna oceanów, nikt nie rzuca się na ich wystawione na powierzchnie wierzchołki, bo cała reszta, całe to osiem tysięcy kilometrów, znajduję się w ciemni lodowatej, nieprzeniknionej wody. A ja chciałbym choć raz podbić lodową górę.

Ona mówi, że mnie rozumie, ale przejdźmy już do tematu, czy masz mi pożyczyć na narkotyki, ponieważ chce mi się palić, rozumiesz, jest noc, jest park, jest ławka, są krawężniki, jest wiele okoliczności sprzyjających, aby tu właśnie usiąść, na naszej nocnej ławce, teraz już trochę opuszczonej, bo cię tu kurwa Rubin nie ma, nie ma cię, ale ja nic mówię, rozumiem, że chcesz uciekać, prochy ci już nie smakują, wódka już kurwa nie ta, można w dodatku dostać w ryj za wybujałe ego, można zginąć od zbłąkanego noża, rozłożyć się na drodze, pod tym kościołem, na który kiedyś się wspinałeś, bo mówiłeś, że chcesz te kwiaty wpięte w koronę Maryi, a ktoś wtedy szedł i widział, jak ty wchodzisz na tę kapliczkę, wysoko, coraz wyżej, kurczowo uchwycony wyrzeźbionych jej szat, ale to nieważne, można, dobrze wiesz, tu właśnie rozlać się krwią, pierdolnąć głową o krawężnik i czekać, aż nad ranem znajdą cię panowie w pomarańczowych kamizelkach, którzy podejdą do ciebie i tkną najpierw miotłą z twardym włosiem, a potem ze służbowej komórki zadzwonią po policję i powiedzą, że następny się rozlał, że przecieka ktoś pod kościołem Najświętszej Marii Różańcowej. Więc Rubin ja to rozumiem, ale wiem też, że zachowujesz się jak turysta w obozie zagłady, zakleszczony między „pragnę” a „nie wiem, czy powinienem”. Nie oszukasz nas swoimi prześwietlonymi włosami, spodniami za dwie stówy, kosmetykami Dior, ja widzę jak siadasz na ławce, jak bierzesz do ręki woreczek ściągnięty z paczki papierosów, w którym mieszamy narkotyki, ja widzę wtedy w twoim oczach błysk szczerej nienawiści, jakieś chorej wrogości, jakbyś słowa cedził, a nie mówił, jakbyś mózgiem wrzeszczał, a nie myślał, potężną agresję serca, rozeźloną, napierdalającą o wewnętrzne ściany ciała duszę; widzę w tobie wtedy miłość do parku, tego świata, który już będzie twój i możesz uciekać, możesz sobie kurwa Derridę studiować, to i tak, przechodząc przez jedną ulicę czy drugą, szukać będziesz bram, w których dobrze byłoby na chwilę stanąć, usiąść na krawężniku, na parkowej ławce, zapalić papierosa, otworzyć butelkę, a potem wyrzucić ją za siebie i czekać na zbawienne głuche uderzenie.

Masz Rubin, w głowie czarne serce i jebie ci się być z nie być. Wszyscy widzą, jak patrzysz na tą, która już dawno odeszła i nie chce cię znać i jest – Rubin zaręczam ci – szczęśliwa, wszystkie twoje przeszłe sprawy są szczęśliwe, odpowiednio ułożone z perspektywami na przyszłość, a ty tkwisz nadal z drogimi ciuchami, brudnymi butami i jakimś smutnym, nie wypowiadanym już na głos hasłem no future. Siedzisz na tej ławce dwa tygodnie, by nagle się zerwać, powiedzieć, wyjeżdżam jutro, z samego rana, pierwszym autobusem, na kacu jechać będę, twarz przyklejona do mokrej, zamglonej szyby, empetrójka z ckliwymi ulicznymi przebojami, a potem krakowskie pekape i twoje głupie uśmiechy do ludzi, którzy nie wiedzą, skąd jesteś, na czym siedzisz i dlaczego twoje buty wiecznie są brudne.

Skończyła na chwilę, by zapalić papierosa. Siadła na ławce i gapiła się w te same drzewa, w które ja patrzyłem się wiele razy. Myślę, zapalę, a potem jej powiem o tych wszystkich lodołamaczach na arktycznych morzach i ich mroźnych załogach, rozgrzewających się przy kubku herbaty. Chciałem jej powiedzieć o tym, jak zginął Albert Camus, że od chwili, kiedy o tym się dowiedziałem, te krawężniki nie są takie same. Chciałem też powiedzieć o ślepym psie, który przy pomocy węchu, próbował przejść przez ulicę i nieustannie walił głową o ścianę bloku, a ja stałem wtedy obok, paliłem papierosa i ryczałem jak dziecko, zdziwione, że ogień ze świeczki parzy. Ten pies z bielmem na oczach, ubłocony, z wyrwaną sierścią i starą, nieściągniętą jeszcze obrożą na szyi, ten pies, który wali głową o mur, upada, piszczy, a potem znów idzie do przodu i uderza po raz kolejny, i pada, i wstaje, uderza. I płacze.

Pożyczam od niej zapalniczkę i mówię, to wszystko jest nieprzeczytalne, ty i ja jesteśmy nieprzeczytalni. Możesz mówić, że tkwię, ale ja właśnie dlatego krzyczę, bo tkwię. Mówiłaś o mojej dawnej miłości, a ja przypomnę ci ciebie, kiedy odurzona wódką zabrałaś mnie do siebie, włączyłaś Damiena Rice’a i ściągałaś z siebie bluzkę, nie patrząc mi w oczy. Nie wiem, dlaczego z tobą poszedłem i dlaczego w ogóle stało się tak, że skończyliśmy w ciemnym pokoju, w którym zwykle samotnie wykraja się z siebie części zmurszałej opowieści i zamiata pod dywan. Poszliśmy się pieprzyć, chociaż każdy z nas miał swoje własne życie i swoje własne drugie osoby. Po wszystkim, ty zerwałaś się nagle, powiedziałaś, że musisz wziąć prysznic, zamknęłaś się w łazience, ja paliłem papierosy i patrzyłem na twoje ściany, na plakaty na nich zawieszone, cytacje, zdjęcia. I doszedłem do wniosku, że mimo, iż siedzimy na tej parkowej ławce dobre dziesięć lat, to nic o tobie nie wiem, a nawet fakt, że przed chwilą się kochaliśmy, nie przybliżył mnie nawet odrobinę, nadal nie rozumiem twojego pokoju i nie znam zespołów na twoim dysku. Słyszałem, jak w łazience zwalasz z półki wszystkie żele i mydła, jakbyś weszła tam pierwszy raz, jakbyś nigdy w tej łazience nie była i nieostrożnie potykała się o rozstawione w niej przedmioty. A przecież jeszcze przed wszystkim, gdy leżałem obok ciebie, pytałem, czy się boisz, a ty odpowiadałaś, że nie, bo już dawno zabiłaś wszystkie swoje demony. A ja właśnie tych demonów nie zdołałem zabić i ciągle nie mogę spać do szóstej rano, aż wreszcie słońce wpadnie przez okno i odsłoni wszystkie przysłonięte kąty pokoju, w których czają się moje własne potwory, zdolne wyciągnąć mnie nocą z łóżka, gotowe zadawać niewygodne pytania. Powiedz mi, czy na drugi dzień poszłaś do apteki, kupiłaś środki poronne i zabiłaś naszą wspólną opowieść?

Kamienna Góra, marzec 2010.

Written by c y n i k

Marzec 16, 2010 at 9:19 pm

Napisane w Uncategorized

Katatonia.

Skomentuj »

Usłyszawszy parę lat temu, że Davidson się utopił, uświadomiłem sobie, że spodziewałem się takiego końca. Miał w sobie pasję wielkiego poety, ale że w młodości nie spotkał żadnego naprawdę wykształconego człowieka, brakowało mu chłonności intelektualnej; jako człowiek anarchiczny i niedookreślony, pozbawiony był także pewnej pozy i gestu, i żaden jego wiersz nie utkwił mi w pamięci. W. B. Yeats, Tragiczne pokolenie.

Trzymamy sobie na zmianę włosy i każdy z nas wymiotuje deszczem. Możesz mówić, jeśli chcesz, każda kwestia, jeśli nawet przebije się przez popielate dymy (popielate, popielate myśli ulatują z ust; czasami nie mówimy, czasami palimy i dymy mówią za nas), to dławiona karłowatą intencją, duszona wiecznym niezrozumieniem, opadnie na chybotliwy i mokry od taniego piwa stół. Lepimy się, wiesz, lepimy się do ścian, do ław; klejące ręce, nerwowo wycierane o spodnie pod stołem, klejące nasze zdania. Dziś, kiedy wspominamy, kto przed laty wypowiedział jakąś wyjątkowo zabawną myśl, językową grę, nie potrafimy sobie dokładnie przypomnieć, czy to był Deja, czy Ptaku, czy jeszcze inni. Nasz język przez lata, kiedyś tak przerażająco własny, że baliśmy się, iż w ogóle się nie zrozumiemy, teraz wydaje się magmą. Wielkie nasze czyny – wrzaski, śmiechy, miłości, płacze – stały się własnością każdego przy tym stole; ja wiem, że oni wiedzą. Oni wiedzą, że ja wiem.

Mówimy czasem: on dziś nie przyjdzie, bo ma jazdy. Coś się stało, może z dziewczyną, może z chłopakiem, może z heroiną, coś go zatrzymało, na chwilę wypadł z naszego świata (nasz świat, nasz bar, nasz park, nasz język). Kiedy się otrząśnie, to przyjdzie. Poradzi sobie z własnymi pomieszczeniami, zwalczy to, co stoi mu na drodze do tego baru, w którym niektórzy z nas siedzą tak długo, że ich cienie odbiły się na ścianach, a po naszym wyjściu ich głosy długo jeszcze pobrzękują o opróżnione popielniczki z kryształu. Ma jazdy. Zamknięty gdzieś poza, może w domu, jak katatonik, rozmawia z demonami; wyrzuty sumienia, wyrzuty nowego języka, który nie pasuje, którego nie może wnieść ze sobą za tamte drzwi na Cichej, na ulicy Cichej bowiem przychodzą umierać koty. To przede wszystkim, te koty umierają tu setkami, jestem pewien, że pił tu kiedyś poeta z Krakowa, jestem pewien, że widział, jak umierają koty.

Jakoś parę lat temu zauważyliśmy, że jest nas mniej. Ten umarł, ten się zabił, ten jest na odwyku, ten się ożenił, ta wyjechała, ta studiuje – a ten nie chce już nas znać, nie chce mówić naszymi słowami. Jakoś parę lat temu do naszych kieszeni zakradły się narkotyki i język, tak już pokraczny, postawił ogromne ściany, przez którą wielu próbowało się przebić, by potem odejść, żegnając nas jakimś przekleństwem.

Bar upadłych ambicji, łatwopalnego aktywizmu, nad ranem odparowującego z naszych ciał, zostawiając po sobie tylko ból głowy, dwa papierosy w zmiętej paczce, brudne buty, ostry zwietrzały dym na swetrze. Ślady naszych wielkich dokonań, naszego zdobywania nocy, poszerzania horyzontów o bar, o stół, o pisuar.

Dosiadają się do nas tylko uszkodzeni. Niemalże zawsze po krótkiej uprzejmości dochodzi do kłótni. Wrze wtedy w nas krew, bo to, o czym przez tyle lat mówiliśmy, przestaje być naturalne i zwykłe, zaczyna się wić pod świszczącymi jak bat słowami kogoś innego. Pamiętam rozmowy ze zwolnionymi więźniami, pamiętam rozmowy z kibicami, pamiętam zwierzenia pięćdziesięcioletnich pijaków, ze zdartymi od ciągłego walenia o żonę piąstkami, którzy mówili o dzieciach, że są w szkole i to jest piękne. Że są w szkole, a oni są tu. I to jest piękne.

Rozmowy o muzyce. I potem o miłości. Miłość się skończyła, kochamy tylko w brudzie, między jednym kacem a drugim, budząc się nad ranem ze smrodem w gardle. Myślimy wtedy o wszystkich naszych więziach, które już dawno się rozpadły, a jeśli nie, to opierają się na niszczącej zależności. Miłość to piracka, zdarta płyta CD, ciągle zacinająca się w tych samych miejscach, w taki sposób że piosenka zapętla się, męczy, aż wreszcie ktoś z nas prosi, żeby zmienić płytę, zirytowany dosadną powtórką tych samych śpiewanych sylab i dźwięków.

Jeśli Bóg umarł, to tylko tutaj, w takich miejscach, w których dzień niepostrzeżenie przechodzi w zmierzch, a zmierzch w fikcję. Jeśli Bóg umarł, to tylko w takich miejscach, gdzie zamiast życia, jest opowieść, a zamiast miłości, noc.

Więc trzymam jej włosy, a ona wymiotuje deszczem. Mówi, weź swoje nogi, bo ci narzygam. Zgięta w pół, zawisła nad ziemią, wpatrzona w miejsce, na które zaraz napada. W końcu robi to i czuję, jak przemakają mi buty. Wyobraź sobie, jest cicho, w barze jeszcze rozmawiają o tym samym, o czym mówili wczoraj i o tym samy, o czym będą mówić jutro, a ona rzyga mi na buty i nagle pyta się, czy jestem szczęśliwy. Pada deszcz z niej, takie fiasko, rozprute ciała, wyrąbane agresją nasze życie, wielkie wyrwy, ziejące pustką chwile, w których boimy się spojrzeć w okno, boimy się zgasić albo zapalić światło. Czy jestem szczęśliwy, pyta ona. Koty przysiadły na płocie, wbijając w nas lampki czujnych oczu. Poczekam, aż umrą, myślę, poczekam aż umrą, a potem odpowiem jej, odpowiem jej, że jestem.

Jagniątków, luty 2010.

Written by c y n i k

Luty 21, 2010 at 6:40 pm

Zabezpieczony: Dwoje pielgrzymów na króliczym śniegu :)

z jednym komentarzem

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:


Written by c y n i k

Luty 13, 2010 at 11:40 pm

Napisane w Uncategorized

Łuny i popioły.

z jednym komentarzem

Od wschodu nadchodzą sowieci. Wszystko, co dziś płonie, płonie nad miastem; łuna jarzy się figlarnie. Przysłaniamy oczy, gdy języki wściekłego ognia pochłaniają brzegi przedmieść. Ona ciągnie mnie za płaszcz – musimy iść, zdążymy przed ogniem, jeśli tylko spróbować, tylko biegnij za róg, w stronę lasów, z rozpiętymi kurtkami, z włosami w chaosie, pod swetrami pot, pot na twarzy, pot w kieszeniach, kleją się powieki – nie zasnę, kurwa, nie zasnę tu już nigdy; w tym mieście już nigdy nie zmrużę oka. Źrenice szeroko wściekłe, źrenice szeroko wrogie.

Ona ciągnie mnie i mówi, pójdźmy, pójdźmy już, od wschodu nadchodzą sowieci. Trzyma za rękę; błagalne spojrzenia, dramatyczne gesty, odejmuje mi mowę na tle łuny, bom ustawiony właśnie na jej tle, ona ciągnie mnie za rękę,
godzinę temu tylko tego chciałem
o tym marzyłem, o tym myślałem

a teraz naburmuszony, wryty w bruk, mówię, odejdź, bo poleje się krew. Od wschodu nadchodzą sowieci. Wkładam ręce do kieszeni, żeby jej nie uderzyć, zaciskam usta, żeby nie pluć. O jedną noc za dużo, płonie jedna noc za dużo. Lepiej już idź, bo widzę, jak maszerują sowieci. Skórzane buty, rdzawe bagnety, ironiczne uśmiechy.

A ona ciągnie mnie za ramię i mówi, że wystarczy próbować. Płaszcz pruje się wreszcie i już chyba wiemy, że żałosny jęk mojego płaszcza, będzie ostatnim naszym wspólnym dźwiękiem, jaki wydobyliśmy z naszego domu, w którym za chwilę wyważą drzwi, wybiją okna, podpalą strzechę. Przyjdą i zabiją.

Rozdygotane spojrzenia i przyprószone głowy nasze – popioły, mówisz, z nieba lecą popioły. Nasze zabawne szczątki tamtego życia, miłosne kartki i rowery, czułe przydomki i krzesła, lecą teraz z nieba, tylko szare i drobne, lekkie, jakby ich nie było. Nasze wszystkie czułe śniadania, niebanalne obiady, kuszące kolacje. Białe noce i pas Oriona.

Suną z nieba domy, roztrzaskując się o ziemię, ze zdziwionymi ich domownikami. Zobacz, mówię jej, jak pali ogień, jak nasz stół teraz parzy, jak boli dotyk ścian, jak spalają nas książki. Nie pójdę, nie pójdę już.

(To… umrę wraz domem? W domu zamknięty, drzwi wyważone, ale ja po środku stoję i płonę. I kolor tapet teraz inny i wzory ich goreją, stoły połamane, krzesła wyrzucone. To wszystko – znów – to wszystko znów zmyślone.)

Zobacz, miasto płonie. W głowie wściekłość, na ulicach wrzask. Ten pędzący przez aleje pies z podpalonym ogonem, był tym, który zniszczył moje życie. Biec, lecz nie uciekać. Jeszcze tylko chwila i na pewno pojawi się Jezus, w białej szacie zejdzie po rozkładanych schodach, wskaże mnie palcem, wskaże mnie palcem i powie: od wschodu nadchodzą sowieci.

Ona ciągnie mnie za płaszcz, a płaszcz płonie.

Kamienna Góra, luty 2010.

Written by c y n i k

Luty 13, 2010 at 6:49 pm

Napisane w Uncategorized

Zdążyć przed wiatrem.

z 5 uwagami

Toczy się butelka po kamieniach, odbija się od buta, wpada do kałuży, w kałuży ja, cały w kałuży,  kałużowe światy, kałużowe zdania. Mówisz, wstawaj, zaraz pociąg, pojedziemy do domu, do naszego miejsca, z którego pochodzimy, gdzie za młodu spadały śliwki, gdzie w górę wystrzeliwały grusze, do miejsca, z którego pewnego dnia odeszliśmy, zostawiając nasze dumne przedmioty. Wrócimy i podejmiemy zawieszony wątek; nic się nie stało, nigdy nic się nie dzieje.

Teraz bruk, teraz miałem być ja, ale nie udało się. Skrzętnie pochowany w płaszczu, jedno oko wystawione i patrzy obok. Dynamika utworu domaga się wkurwionych na świat postaci, wpadających z furią na proscenium, rozrzucających wściekłe gesty. Podniosą mnie z bruku, brudne dłonie rozchylą poły płaszcza, a w środku, między podszewkami, jakieś kudłate niewiadomo co, które nie powie nic, tylko patrzyć będzie tym okiem, okiem obok.

Kałuże zamarzają, na mrozie widać, jak parują nam głowy, od ciągłego załamywania rąk, od tych wszystkich powitań – i pożegnań – krótkich, niekomunikatywnych zdań, których użycie jest prawdziwą próbą siły. Tak, powiem, odezwę się, nie zabiję. Tak, powiem, poezja, proza, śmierć.

I znów płaczę, a obiecałem sobie wtedy, gdy stałem po kolana w śniegu, że już nic nigdy, że już w ogóle, że nie ma takiej możliwości, abym płakał, bo przecież dlaczego mam tak komentować moje w tym śniegu zanurzenie; a teraz znów płaczę, czekając na pociąg, przymarzam do peronu; na pewno zostawię kawałek siebie, gdy zbyt szybko zerwę się do lotu. Może w ogóle nie wstanę, zamarznę tu na peronie, czekając na pociąg do domu, z którego przecież najpierw uciekałem, a teraz próbuję wracać. Będę twardy, skóra napięta, mądre, przenikliwe spojrzenie, ogień w oczach, co pali innych, co nakazuje iść. Nie lękam się, bo powiedziano mi tak w telewizji, nie zlęknę się nikogo, będę twardy na tyle, by móc objąć Cię ramieniem i nie zapaść się pod ziemię, nie umrzeć na miejscu od Twoich uśmiechów, kolorowych oczu, wełnianych rękawiczek.

Kogo ja oszukuję, jeśli nie Was. Krzyki na peronach, moje na nim stanie, jakbym był inny i wcale nie czekał. Że niby przyszedłem tu porozmawiać, powiedzieć Wam o paru moich myślach, które naszły mnie wczoraj podczas jakiejś przypadkowej czarnej godziny. Krzyki na peronach, moje na nim stanie. Przyjedzie pociąg, zabierze mnie do domu.

Pamiętam, spotkałem kiedyś człowieka, który poprosił mnie o rękę. Nie zdążyłem wyjąć jej z kieszeni, tak nagle pogłębionej i skomplikowanej; podartej, dziurawej, ze starymi chusteczkami w środku, skasowanymi biletami i zużytymi bateriami, których nie potrafisz wyrzucić, więc nosisz je przez świat, po kieszeniach pochowane, przekładane w palcach bez wyraźnego powodu. I ręka w tych pełnych, pustych kieszeniach, nim ją wyjmiesz, wywalisz z niej sterty przedmiotów, paragonów, reklam, wierszy. Wszystko pada na bruk, schylasz się – zdążyć przed wiatrem – podnosisz, wkładasz te śmieci znów do kieszeni i nagle orientujesz się, że człowiek odszedł, parkową aleją, nucąc, że nie wróci więcej.

Ale czekamy, jeśli ustawiliśmy się na tych peronach, czujemy się zobowiązani zachować w pamięci nasz cel podróży, który samym tylko czekaniem wydaje się być uświęcony, ważniejszy. Na torach iskrzy się mróz, zasiedziały tu już kilka tygodni. Nie bardzo chce mu się pozbierać swoje rzeczy i iść dalej. Taki mróz to dopiero ma źle; wiecznie zimny, lodowaty; nie potrafić dotykać, nie móc kochać, przemrażać się w agonii, z niemym żałosnym jękiem niedobytym z gardła leżeć na peronach. Samotność w tłumie, w zajętej przestrzeni, łkanie do nieba. Samotny wariat nakryty na dramatycznym chuchaniu na lodowate ręce. I tylko czasami daje się słyszeć, jak okoliczne przedmioty pękają pod naporem jego wściekłości.

Mówisz, jedzie pociąg, zaraz podniesiemy się z peronów, wsiądziemy do wagonów. Wrócimy do domu.

W drodze Kraków-Wrocław, luty 2010.

Written by c y n i k

Luty 10, 2010 at 6:49 pm

Wściekłość i wrzask.

z 5 uwagami

Umrzeć, wyjechać, nie zareagować?

Więc podnosi mnie któryś już raz z oszczanej podłogi i mówi – długo, wolno, głośno mówi – że nadszedł czas na zawieszenie broni, ale ja jej nie wierzę, nigdy jej nie uwierzę, bo przecież nie może być tak, żebym teraz po prostu wziął płaszcz i wyszedł, zostawiając na barze kilkadziesiąt złotych na niezamówione drinki. Ona twardo swoje, trzyma mnie za kołnierz, cedzi, idź do domu, nie rób scen, nie ustawiaj nikogo, nie zapraszaj do tańca albo na pojedynek honorowy w czasach, w których honor kojarzy się z nazwą gliwickiego nazistowskiego zespołu. A ja patrzę jej w oczy i zapragnąłem wtedy coś przekazać, jakiś sercowy tekst na odchodne. Że to wszystko, ty, on, ja, ten bar, nie ma sensu, że powinniśmy  porozmawiać o miłości, o tym, co jeszcze może się wydarzyć. Usiądźmy przy stoliku, czekajmy na rzewne wsparcie znajomych. Rozdzwonią się telefony, policzki zakwitną rumieńcem. Zamówimy ckliwe piosenki, kolorowe napoje, opowiemy sobie parę rozweselających anegdot, naprawimy błędy, zacerujemy dziury. Nie będzie więcej wiało po plecach, nie umrę z wyziębienia.

( i nie wiesz kiedy, stało się tak, jak gdyby nigdy nic nie było. Jedyna walka, jaką dziś prowadzisz, to z bezsennością i porannym budzikiem, który upartym, pustym dzwonkiem przypomina cię, że powinieneś gdzieś być, gdziekolwiek, byle nie tu. I jeśli nawet myślisz o otwartym oknie i krótkim efektownym finiszu, to wiesz, że ostatnim młodym, który zdołał się zabić, był Mirosław Nahacz. Z przestrachem zamykasz okno i tylko okiennica dobija się głośno, jakby chciała wejść do środka. Włączasz radio, zatykasz uszy – już zawsze będziesz chodzić z uszami wypchanymi watą; rozgorączkowanym spojrzeniem, omiatając okolicę, czy przypadkiem coś za tobą nie idzie, sprytnie ukrywając się za pobliskimi przedmiotami. Jeszcze długo do domu wracać będziesz biegiem, z pośpiechu upuszczając klucze pod drzwiami, próbując trafić w zamek, kiedy gdzieś z tyłu zbliżać się będą miarowe kroki niewidzialnego prześladowcy.)

Możemy o tym porozmawiać, wszystko wyłożyć na stół, nasze przez lata zbierane zmięte ulotki pochowane po kieszeniach, nieaktualne zaproszenia na promocje, reklamy mlecznych barów. To wszystko położymy przed sobą; minione świadectwa naszego związku, oparte na cenniku taniego żarcia i plastikowych sztućcach.

Pójdziemy do kina, ale urwie mi się film. W kolejce do kasy, będą mnie popychać, deptać po stopach, na płaszczu podeszwy, na butach podeszwy, otworzysz mi głowę i znajdziesz
nic osobistego
nic osobistego

jakieś skrawki pociętych sztandarów, parę linijek tekstu, narodowych sampli, marksistowskich sloganów, niedokończony download. Kulturowy szał.

Więc dlaczego cię tak dziwi, że jakoś zbyt często klękam na środku ulicy, wypada mi z rąk cały zakupiony nielegalnie towar, a w oczach, definitywnie, blaknie ogień, który kiedyś ponoć przepalał najtwardszy metal, topił czyjeś lodowe serce. I nagle, nie wiedzieć kiedy, pobladł, zmalał, zmniejszył się w oczach. Już nie jest taki jak kiedyś. Ten on. To nie ta sama osoba. Może weź pod uwagę, że mnie również w dzieciństwie do oka wpadł okruch lodu i teraz widzę same kanty, trzymając rękę stale na piersi, biorę głębokie oddechy, każdy kolejny zimniejszy, jak każde słowo wypowiedziane w afekcie. Nie chcę nic robić ze swoim życiem. Takie rozgrzebane, nieposłane jest ok.

A teraz smarkam w rękaw, a teraz trzymam się ściany. Zaraz wyjdziesz z klubu, zamówisz mi taksówkę, kierowcy przekażesz adres, którego ja po roku mieszkania nie potrafiłem zapamiętać, nie żegnając się, trzaśniesz drzwiami. A ja – Boże – a ja! Ja nie zauważę tego trzaśnięcia. Umrzeć, zapomnieć, nie zareagować. Mówi poeta. Ale teraz pomilczmy, o słowa pokłócimy się jutro.

(Ironia zaczyna się z chwilą narodzin. To ironia surowego boskiego planu, egzystencjalny dowcip wzruszonego sobą oprawcy. Najbardziej ironicznym komunikatem jest modlitwa. Słowo magiczne, na którego rzucenie zabrakło many. Ile razy klękasz przed ścianą, ile razy z nią rozmawiasz, by potem, poirytowany znaczącą ciszą, obrazić się na nią, kopnąć, opluć. Ironia polega na konkluzji, że jeśli stanie się przed Bogiem, to automatycznie nie macie sobie nic do powiedzenia, nic, czego wzajemnie byście o sobie nie wiedzieli.)

Dziurawe kieszenie, tłuste włosy, rozpadający się walkman z piracką kasetą, podpisaną czarnym markerem „Rock”. Kebabowe miejsca towarzyskie, w których się poznaliśmy. I tacy już jesteśmy, gotowi do spożycia, za osiem złotych, jedzenie, połowę do kosza. Rozmowy o bohaterach sitcomów i etyce. Już nie mówię do nowo poznanych ludzi. Wymieniam się z nimi polecanymi książkami. Kiedy nie chce mi się już uprawiać seksu, to piszę teksty. I mówię w nich o miłości. Puste kieszenie, mocne, ostre słowa. Kiedyś się o nie zabiję. Ktoś musi umrzeć, ja, albo słowo.

Dlaczego ty zawsze mówisz o sobie, pytasz, ale ja mam wrażenie, że ciągniesz mnie za włosy, wyrywasz je tak, jak wyrywają je sobie ludzie na ulicach. Kiedyś Polska to będzie właśnie taki świat łysych ludzi, z odpychającym grymasem na twarzy i kępą włosów w zaciśniętej pięści.  Chcesz kogoś zabić, ale nie za bardzo wiesz, przeciw komu wzbiera twoja złość. Gromadzisz w sobie coraz więcej tych wszystkich sytuacji, w których ochlapał cię przejeżdżający samochód, ale ty mówisz sobie, stojąc na ulicy, że nie będziesz więcej płakał, bo ci nie wypada, bo lepiej jest przemilczeć  pewne stany, kolekcjonować je z sadystyczną przyjemnością, delektując się złem, bawić wrogością. Albo po prostu tak ci się wydaje, a prawda jest znacznie prostsza; nie masz gdzie się zwrócić, nie masz kogo zabić.

Kiedy o piątej rano parzę na herbatę, orientuję się nagle, że nie ma we mnie już nic, na czym mógłbym zbudować dom. Podgrzewam cielęce parówki, rozsypuję cukier na klejącym się blacie. I robi się przeraźliwie cicho. Nikt już nie mówi, jakby wszystko pękło, runęło, a teraz leży przysypywane grubą warstwą wulkanicznego pyłu. Słyszę tylko przeciąg. Przeraźliwy lodowaty przeciąg. Trzaskają okiennice, skrzypią drzwi. Więc rzucam się do telewizora, kawa czy herbata, jest głos, nie słychać wiatru, radio i wiadomości. Słucham o polityce, żeby nie słuchać w ogóle. Kłamstwa, ale nie lodowaty odgłos przeciągu, potworne wycie samotnej, wkurwionej na świat pustki.

Na ulicy wściekłość. Zaciśnięte do białości knykcie. Zaciśnięte zęby. Kochanie, wyjdziemy na mróz, otuleni szalikami, wywrócimy się w śnieg. Krew zaczyna padać. Wszystkie karty już na stole.

Luty 2010, Kraków.

Written by c y n i k

Luty 2, 2010 at 12:18 am

Napisane w Uncategorized

Dla mnie te twoje kółka są ok.

z 10 uwagami

Przecież widzę, wariatka, włosy w nieładzie, ręce w błocie, błoto na twarzy, na twarzy same niedopowiedzenia. Klęczy i mamrocze, niech wreszcie coś powie, myślę, bo nie wytrzymam. Stoję tu i patrzę, jak ona w tej kałuży się tapla się i nie ma zamiaru wszystkim powiedzieć, o co tu chodzi.  A mnie skręca, dreszcze, pot. Zrobiłbym jej zdjęcie aparatem w komórce, ale mi ukradli i nie mam już niczego. Wczoraj dowiedziałem się, że wszystko się kiedyś kończy; wstałem i wyszedłem przez drzwi, nie przez okno, okno zostawię na ostatnią chwilę.

I trafiłem na dworzec, kupuję hamburgera, żeby poczuć się jeszcze bardziej ostatecznie, żeby wszystko wyglądało jak przeciągnięte photoshopowym filtrem black and white. Zapaliłbym papierosa, ale nikt mnie nie częstuje, nikt nigdy mnie nie częstuje, bo niby dlaczego miałby mnie częstować ktoś papierosem, na dworcu pekaes, gdy kupuję hamburgera max 6,50 ze wszystkim i z chusteczką.

Cebulę mam na bucie, na kolanie pomidora. Leci mi z rąk to wspaniałe danie, cały w sosie jestem, a chciałem być tylko cały w skowronkach (łąki i muchy, kwiaty i deszcz), więc irytuję się, upuszczam bułkę, wpada to w kałużę, chlupie żałośnie i o dziwo, pasuje, wszystko pasuje. Ja przed budką z hamburgerami, hamburger w brudnej kałuży. I ona w błocie, na tle przerażonych ludzi i brudnych jelczy.

Myślę wtedy, podejdę do niej, bo przecież to bez sensu, jeśli te nasze znaczenia mają się nie spotkać i kiedyś umilknąć, myślę, podejdę i powiem, chodźmy stąd, zaraz jedzie pociąg do. A potem już się nie będziemy martwić niczym, żadnymi przerażonymi ludźmi i smutnymi budkami z rakotwórczym jedzeniem, tylko przedział wagonu, metaliczny zapach zardzewiałych okien, brudne szyby i prześmierdłe tysiącami kilometrów zasłonki, a dalej te wszystkie zmienne za oknem widoki, pagórki, dolinki, małe stacje, duże hale. A ty będziesz mogła być dowoli energiczna, machać rękoma, rysować na szybach kółka, gwiazdki i wypowiadać niesprawdzalne tezy, opowiadać o tajnych światach, do których kiedyś na pewno dojedziemy, ale się tam nie osiedlimy, bo po co, będziemy regularnie przycinać swoje korzenie, robić zdjęcia telefonami, owlekać wszystko tanią sepią.

Kochanie, nie mam domu, ale mogę kupić nam przedział, będą dwa łóżka, rozregulowane grzejniki, jeden śmietniczek. Lusterko i dwa składane stoliczki. I dużo szyb, przez które zaglądać będą kolejowe stacje. Tak jej mówię. I jeszcze, kochanie, ty, ja i konduktor jesteśmy wyjątkowi, wsiądźmy do pociągu, pokażmy swoje bilety, w którym już zawsze będę miał wpisane druga klasa, ale to nic, ale to nieważne, dojedziemy w to samo miejsce, tylko nasz status jest trochę tańszy, mamy więcej cerowanych dziur w spodniach, więcej przykrych wspomnień. Wszystkie je kiedyś zamkniemy w pociągowej łazience, spuścimy wodę. Na stacji.

Na stacji będą stać rodzice. Wypięknieni, wypachnieni. Chciałbym poderwać się, szarpnąć za okno, ale ono wiecznie się zacina i trzeba użyć tak wielkiej siły, której ja nie posiadam, może zrobimy to razem, ty i ja, obok siebie, za tę samą okienną klamkę, może uda się wreszcie otworzyć okno na czas i nikt nie powie, że znowu ci nie wyszło, że znowu za późno, za wcześnie, za słabo. Jak byłem mały, biegałem po pociągu i przyklejałem na gumę żyletki do tych okiennych klamek. Niech ludzie krwawią, kochanie.

I tak będziemy jeździć, rozmawiać w rytm pociągu, tak tak, tak tak, wszystko zależy od tego, czy ktoś otworzy nasz przedział i zapyta, czy tu wolne. Potem jeszcze będziemy musieli dźwigać ich bagaże, potem jeszcze śliskie spojrzenia, które nigdy nie trafiają, które zawsze chybiają, dlatego odwrócimy wreszcie od siebie wzrok, włączymy swoje empetrójki, otworzymy grube książki, rozwiążemy krzyżówkę. Albo nie. Zawsze można wyjść na korytarz, stanąć koniecznie w przeciągu trącani brzuchami i walizami przechodzących i patrzeć na korytarz, którego koniec przemieszcza się wraz z tobą, ale nigdy się nie zbliża.

Jest noc, tak tak, możesz spać, ja jeszcze posiedzę, pogapię się w okno, za którym nie widać nic, tylko czarny kwadrat, czarny kwadrat. Za moment cię obudzę i pójdziemy zapalić do pociągowego szaletu, zamkniemy się w tej małej przestrzeni, uchylimy okno. Pod stopami toaletowe papiery topione w kałużach o ostrej woni. Zaciągnij się, bo inaczej nie można. Tak tak. Po powrocie zauważymy, że wszystko nam ukradli i zostawili notkę, że jeszcze tu wrócą i nas zabiją.

Written by c y n i k

Styczeń 14, 2010 at 5:36 pm

O obrotach ciał nieziemskich.

z 8 uwagami

Ileż dziś eksplozji na niebie! Rozpędzone konstelacje wpadają na siebie i z agresją wyrywają sobie planety, gwiazdy, wyginają orbity. Z przerażającym, pozarzeczywistym jękiem załamują się międzywymiarowe tunele, rozpadają niezmienne stanowiska, mieszają koordynaty. Nieme nuklearne wybuchy, bezświetlne implozje! I ja to wszystko jeszcze mieszam, ja tworzę.

Wszystkie proste drogi, które kiedykolwiek prowadziły do celu, Aneta już wykrzywiła. Jeśli wczoraj, człowieku, wiedziałeś, że ulica Grodzka prowadzi do Rynku, tak dziś zalecam upewnić się, czy aby obecnie jej zwieńczeniem nie jest Pałac Kultury i Nauki. Aneta czasami wyobraża sobie Pałac Kultury i Nauki, choć w jej wykonaniu jest zdecydowanie bardziej kampowy. Kiedy nabija metalową lufę, myśli o śmierci. I o tym, że przedawkowała aspirynę trzy razy – „przypadkowo” – zastanawia się, czy pękną jej wrzody.

W Anetę można wpaść na amen. Zajebać się w chuj. Idziesz drogą, masz w głowie jakiejś, wydawałoby się, solidne myśli, pewne wartości, oparcie w postaci rodziny, dziewczyny, chłopaka, deski do prasowania, nie wiem, kota Filomena, idziesz i potykasz się o ego Anety – ego Anety ma formę wysoce syleptyczną i nigdy nie wiadomo, czy pokrywa się z ciałem, czy się w nim skrywa czy też wręcz z niego wyrasta – i nagle trach! Już ciemności mroczne przestrzenie, już nie wiadomo gdzie się podziały kamienice i wywrócone kosze, gdzie ulice i wystawowe szyby. Aneta cię pożarła. Aneta jest traumatycznym ucieleśnieniem idei pożerającej waginy. Gdy tylko jest w pobliżu, jak tykający krokodyl z Piotrusia Pana, słychać kłapanie.

Przy szkolnym płocie, z nasuniętym na twarz kapturem, Aneta szuka ofiary. Wypatruje najpiękniejszej licealistki, a gdy ta zostanie sama, podchodzi do niej i mówi: „Czy chcesz dowiedzieć się, jaki naprawdę sens ma w sobie Zbrodnia i kara?”. I ta licealistka wielkie oczy, przerażenie w duszy, ucieka w stronę swoich koleżanek i krzyczy: „Gocha, Gocha! Ta kurwa zwariowana szmata mi grozi! Zabić mnie chce, zabić, o Jezu!”. I już tam te niewinne licealistki maczety z torebek, widły, kombajny i zaraz za Anetą pędem się puszczają. A Aneta, jak spłoszony seksualny przestępca, między budynkami umyka, jak Frankenstein, jak Quasimodo, jak Bestia!

Gdy wróci do domu, opada na starą, zawilgoconą kanapę. Aneta w ogóle lubi kwiatki i trawę – na ścianie hoduje więc grzyby, pod stołem dokarmia resztkami obcą cywilizację. Ale teraz tego nie robi, bo znów myśli o śmierci. „Ach, gdybym miała swój pokój w ośrodku dla psychicznie chorych!”, mówi rozmarzona, „dniami rysowałabym nagie kobiety przytwierdzone łańcuchami do powietrza, a nocami chodziłabym na oddział szczególnie niebezpiecznych wariatów, gdzie oni przywiązani do łóżka, a ja wolna. Stałabym między nimi i drżała na każdy dźwięk jęknięcia skórzanych pasów, którymi przywiązano ich do posłań”.

Aneta prawie nigdy nie wychodzi. Mieszka w zapuszczonej kawalerce z prysznicem w kuchni i z kuchnią w sypialni. Wieczorami parzy kawę, puszcza Billie Holiday i myśli o śmierci. I o miłości. O tych wszystkich białych koniach, wieżach wysokich z malutkim okienkiem u samej góry, z którego niemożliwie piękna uwięziona blondyna spuszcza swój długi warkocz. I Aneta się wspina po tym warkoczu, wdycha jego woń, woń tej wspanialej miłości, która przecież czeka w tej wieży tylko na nią, gramoli się więc do góry i gdy jest w połowie, słyszy: „Pośpiesz się grubasko, kurwa, ty myślisz, że ja pierdole, ja tu cały dzień w tym przeciągu będę sterczeć!? Ciężka dupa kurwa, wącha włosy, pojebało cię doszczętnie?!”.

Aneta siedzi więc w swojej kawalerce i rysuje po ścianach. Niezrozumiałe dla zdrowego umysłu hieroglify, ornamenty, znaki, kody i koordynaty; powypisywała czarną kredką monologi swojej duszy. Gdyby po latach, wszedł do tej celi jakiś detektyw walczący z antyczną antychrześcijańską sektą Oświeconych, miałby roboty do końca życia albo przynajmniej na dwie powieści i trzy filmy.

A gdy chce się Anecie jeść, otwiera ona lodówkę. Pewnego dnia powiedziała mi: „W lodówce odkryłam przycisk do zniszczenia świata”. Pierwszy raz stało się to przypadkiem, ot, wcisnęła, by sprawdzić, do czego służy. Natychmiast lodówkowe żarówki rozbłysły czerwonym światłem i gdzieś spomiędzy sera a kalafiora zadudnił głos: „Świat ulegnie samozniszczeniu za 5…” I niebo pękło i sypnął grad, a plony zniszczały, na cztery góry zapadły się i ziemia zatrzęsła, na trzy wody spłynęły krwią i oceany wystąpiły z brzegów, na dwa zdrożały gaz i czynsz, na jeden zgasły wszelkie światła i świat pogrążył się w ciemnościach. Ale wtedy Aneta wystraszona zatrzasnęła lodówkę i wszystko wróciło do normy (oprócz czynszu). Dyszała oparta o cieknący zlew i myślała o śmierci. Każdego dnia Aneta wciska przycisk i w ostatnim momencie, jakby jednak z rozmyślenia, zatrzaskuje lodówkę.

Aneta mówi: każdy element został przewidziany nie przez Boga, a przez umysł zawładnięty narkotycznym uniesieniem. Nabijmy więc lufy. Zaprojektujmy własne pokoje. Przemalujmy świat! Wyjdźmy na ulicę, weźmy kubły farb czerwonej, fioletowej, zielonej, pomarańczowej, weźmy wszystkie barwy i przemalujmy nasze rynki, przemalujmy fasady budynków, w których mieszkamy, w których tracimy przytomność albo zyskujemy wiedzę! Niech świat spłynie farbą, niech Adam Mickiewicz będzie czerwony, niech białe marmury będą żółte a pałac prezydenta łaciaty! Niech stanie się kolor.

Czasami Aneta wchodzi do kościołów. Czarna, lodowata, pachnąca świętością dziura przyciąga wzrok i nie mogąc wytrzymać, przekracza ona średniowieczne portale. Przechadza się w ciszy modlitwy kafelkową posadzką, ogląda obrazy, gromnice, ikony i krzyże. Gdy nikt nie widzi, wchodzi na ambonę i patrzy na wiernych z góry – wtedy wskazuje kogoś palcem, a tego doświadcza los, umiera mu żona, dziecko wpada pod samochód, potem wskazuje kogoś innego, a temu zawala się dom, kradną mu samochód i kochająca córka popełnia samobójstwo. Aneta schodzi z ambony i podąża wzdłuż Drogi Krzyżowej, zaczynając jednak od makabrycznych scen ukrzyżowania, kończąc na obrazie  stacji I, Pan Jezus na śmierć skazany. Nikt nigdy nie siedzi na stacji z numerem jeden, jest nieefektowna i mało krwista. Aneta znajduje tam wolno stojącą rzeźbę Maryi Panny w niebieskich szatach. Ma smutną minę, jakby wiedziała, że za chwilę jej ciało zostanie rozdarte na miliony kawałeczków wpiętych do powtarzanych zduszonych głosem wieczornych modlitw. Maryja nie cieszy się, że urodziła syna, wzrok wbity ma w ziemię w to samo miejsce, które tyle razy widziała Aneta. W ciszy wyznawanych pokut, Aneta siada pod stopami Maryi i wpatruje się w jej twarz, próbując przejąć spojrzenie, aby ta nie musiała już więcej patrzyć w ziemię. Wreszcie rzuca się na nią, przytula do kamiennej, lodowatej sylwetki i czerwonymi ustami wpija w jej fioletowe z zimna wargi. A Maryja nie wytrzymuje, chybocze się chwilę, poczym z hukiem upada na posadzkę. Grzmot ogłusza wiernych, zdradza, dekonspiruje. Wściekły Bóg wybiega zza ołtarza, wygraża palcem, pluje.

Gdy Aneta przestaje biec, siada na ławce i myśli o śmierci.

Wieczorem w domu rozpala ognisko. Billie Holliday śpiewa o śmierci. Zabrudzony dywan kopci się smoliście. Aneta tańczy po kawalerce, otwiera szafki i już staniki lecą w ognisko. Potem chińskie zupki buchają fioletowym płomieniem, potem koce i poduszki, a ogień już przy suficie. I bach!, już indeks Uniwersytetu Jagiellońskiego ze średnią 5,0 w płomieniach, już Heideggery, już Platony wyją żałośnie, duchy nad ogniem wzlatują, wyją, śpiewają chóry anielskie. Już rysunki w płomienie wlatują, kobiety z rycin wiją się paskudnie, pokrywają strupami. Aneta siada na płonącej kanapie, nabija lufkę i myśli o śmierci. Aneta płonie. Ktoś krzyczy na zewnątrz, ktoś drzwi wyważa. Nieco tu gorąco, może jednak powinniśmy przewietrzyć nasze mieszkania? Przepraszam, czy tutaj ktoś się pali? My mind is glowing. Jakże piękne dzisiaj niebo, jakże wspaniały ma pani na sobie garnitur. I tyleż dostojeństwa. Usiądźmy tutaj i wspólnie podetnijmy sobie żyły. Billie Holiday śpiewa o śmierci.

Aneta wstaje, by pierwszy raz w życiu poczuć spokój, otworzyć lodówkę i wcisnąć przycisk.

Written by c y n i k

Maj 15, 2009 at 3:53 pm

Życie i twórczość Zofii Prześcieradło.

Skomentuj »

Gdybym przynajmniej oszalał naprawdę! –
Àlvaro de Campos, Esta velha angústia, 1934.*

Było tłoczno i kolorowo, pachniało potem, wódką i dżojtami, muzyka grała, a sala tańczyła. Przyznaję, nie do końca ułożone w głowie wówczas miałem; jakieś poczucie rzeczywistości, poczucie twardej podłogi, ale jednak jakby ktoś przejechał papierem ściernym po moim światoobraazie i z solidnej konstrukcji, o którą zawsze można się oprzeć, pozostała wiotka ścianka, prześwitująca w niektórych miejscach wielką bezdenną czeluścią, albo setkami małym dziurek i zaułków, w których można się zakopać na długie lata i prowadzić niekończące się dysputy z własnym ego. Zdecydowanie więc, rozumiecie, byłem naćpany. 

Widziałem więc wówczas to, czego nie widzą inni, doświadczałem niedoświadczalnego, pojmowałem istotę rzeczy i tego typu ważne kwestie, kiedy nagle w zawirowaniach przestrzeni, gdzieś między tymi wszystkimi inwazyjnymi ciałami, dyskotekowymi kulami, nieprzytomnymi istotami, gdzieś pomiędzy całym tym, co zadziwiające, koegzystującym bajzlem, mignęła mi niesamowita Zofia Prześcieradło.

Zofia Prześcieradło to postać z bajki nie dla dzieci. Aby zrozumieć jej oczojebność należałoby dokładnie opisać tło pubu, w którym wówczas stałem, ale darujcie mi tę narratorskie licencia poetica, bo nie zrobię tego, nie. Dość powiedzieć, że Zofia Prześcieradło była jak anioł na śmietniki, Matka Teresa w burdelu, Albert Einstein w kościele, jak poeta wśród analfabetów, jak Jan Paweł II na mszy satanistycznej, jak ja między ludźmi… No, po prostu, Zofia Prześcieradło była zajebista. A jeśli jesteś, Czytelniku Drogi, fanem hip-hopu, to może dodam, że Zofia Prześcieradło była wykurwiona w kosmos, odjebana że chuj, hardkor total masakra, że nic, tylko wyć. Taka właśnie była, zjawiskowa.

Zacząłem zastanawiać się wówczas – i szczerze mówiąc, zastanawiam się do dzisiaj – czy ta niesamowita dziewczyna w ogóle istniała – czy też to po prostu ja wpadłem w jedną z wielu czyhających na naćpanych ludzi pułapek retoryczno-performatywnych, zwłaszcza, że cierpię na chroniczny kryzys poczucia rzeczywistości. Rzeczywiście mogło tak być, że to mózg stawia mi pasjanse i bezlitośnie czeka, aż uporam się z kolejnym równaniem, by zadać kolejne, jeszcze bardziej niszczące. Mogło tak być, bo marihuaniści ostatecznie zwykle wariują, zawieszają się na jakimś wyjątkowo zajmującym elemencie rzeczywistości, bywa tak, że wpadają w jakąś szczelinę i wyjść, już do końca, z niej nie mogą. Zofia Prześcieradło mogła być moją szczeliną, albo kimś w rodzaju alter ego, mojej upostaciowionej animy. W sytuacji, gdy sam nie możesz uporać się z antynomią prawdy i fałszu, zwykle odnosisz się do zewnętrznego obserwatora. Osoby postronne, zaznaczmy to dla tych, którzy lubią myśleć, że wiedzą, na czym stoją, twierdzą, że Zofia Prześcieradło rzeczywiście istnieje – lub istniała – że podeszła wówczas do mnie i rzeczywiście mówiła. Pytanie tylko, czy to cokolwiek zmienia i czy rzeczywiście mogę więc powiedzieć, że tak, Zofia Prześcieradło istnieje?

Zofia Prześcieradło podeszła więc do mnie – czy tez może, przylewitowała, nic nie jest pewne, Czytelniku Drogi, w knajpie o trzeciej w nocy, gdy w żyłach pulsuje alkohol, gdy ujarany mózg wysyła sprzeczne informacje, ale co z tego, skoro nic nie jest pewne, nic a nic – i z rozbrajającym, obsesyjnie pięknym uśmiechem na twarzy – a skromnym, a pięknym! – powiedziała:
Jestem Zofia Prześcieradło.

I podała mi rękę, podała mi ja, a ją chyba uścisnąłem i powiedziałem, że jestem tym, kim jestem.

A była ona piękna. Zofia Prześcieradło była jak z pamiętnika nastolatki – wszystko od pierwszego wejrzenia. Zakochałem się ja więc tam wówczas, na tej obcej ziemi, bo może dodajmy dla tych, którzy lubią uważać, że wiedzą cokolwiek, że akcja moich przygód z tego tekstu toczy się w Holandii, gdzie świat jest o wiele piękniejszy niż w Polsce i wszystko jest tam piękniejsze i lepsze i bardziej zajebiste, zwłaszcza, gdy się upalisz w którymś z coffeshopow, zakochałem się ja na tej obcej ziemi i dreszcze wstrząsnęły mną, dreszcze i niepewności poczęły mnożyć się w głowie, że cóż teraz zrobić, jak się zachować, jak mrugnąć okiem, szybko czy wolno, czy nie nazbyt wyrafinowanie, czy ubranym dobrze i mankiety białe odpowiednie, czy może to powiedzieć a tamto.

Zakochałem się w niej bez pamięci – zwłaszcza, że alkohol robił swoje – zakochałem się od pierwszego wejrzenia w jej włosach i ustach, w jej dłoniach i policzkach, w prześwietlonych oczach, w słowach jej się również zakochałem – „Jestem Zofia Prześcieradło”, czy to nie piękne?! – w gestach, w ruchu, w bezruchu, w postaci i procesie – zakochałem się, no kurwa mać, w Zofii Prześcieradło.

A wiedzieć musisz, Czytelniku, że osoba naćpana jest cokolwiek podejrzana i nigdy nie możesz być pewny, czy zapytana, odpowie ci ona sama czy może Mojżesz może, albo może Gagarin, też być tak może. Wszystko może. Ale. Wiedzieć również powinieneś, że człowiek upalony to człowiek specyficzny i nie każdy ma takie same, że tak powiem, objawy poczucia rzeczywistości, choć pewne elementy w istocie są wspólne, jak na przykład wyczulony zmysł (Monar nazywa to przytłumionym zmysłem), doświadczenie Prawdy i Rozumu, tj. logos na najwyższych obrotach, czy też posiadanie rozwiązania na absolutnie każdy problem. Stąd, co zrozumiałe, gdy upalony człowiek dostanie do ręki problem, zaraz rozpoczyna się wielki proces myślowy i potrafi on, aby wyjaśnić na przykład możliwość wkręcenia żarówki, obrócić całym budynkiem. Nie zawsze więc osoba trzeźwa zrozumie myślenie osoby nietrzeźwej, co przyznajmy, odkrywcze nie jest, ale nie oznacza to, że osoba nietrzeźwa winna być z tego powodu zdyskredytowana. Tyle teorii powstało, tyle światów zwiedziłem, tyle rzeczy zrozumiałem po dżojtach, choć żadnej z nich nie pamiętam.

Pamiętam natomiast Zofię Prześcieradło, albo wydaje mi się, że ją pamiętam. Pamiętam, że odezwała się do mnie tylko raz – „Jestem Zofia Prześcieradło – i już nie wiedziałem, nawet wtedy, kiedy stała naprzeciw mnie i kusiła – ach kusiła! – czy to rzeczywiście stoi ciało czy może tylko duch jakiś, przewidzenie, bo też już mieliłem w głowie całość zjawiska o nazwie Zofia Prześcieradło.

Rozbierałem ja ją w myślach – choć nie wiem, gdzie jest to „w myślach” – kochałem się z nią i czytałem jej do snu Geneta, Wilde’a i Dukaja, już ja ją tam miałem – ach miałem! – już ja ją tam krochmaliłem, całowałem, już ja ją ścieliłem, tak, ścieliłem.

I Zofia Prześcieradło wówczas znikła. Zauważyłem to po jakimś czasie (proces trwał). Czy więc Zofia Prześcieradło istnieje i gdzieś tam błąka się, jak duch, po holenderskich klubach, pobrzękuje może łańcuchami i wyje do księżyca, że ukochany został utracony, że „Jestem Zofia Prześcieradło”. Czy może Zofia Prześcieradło jest wszędzie tam, gdzie ja (słyszę czasami pobrzękiwania, a wczoraj mógłbym przysiąc, że widziałem ją na Sławkowskiej w Krakowie) i przejawia się, migoce, przebija na zewnątrz sporadycznym błyskiem, poczym szybko znów umyka. Może tak. Może też inaczej. Może to ja jestem Zofią Prześcieradło i pobrzękuję łańcuchami wtedy, kiedy tego potrzebuję? Gdy galaktyka eksploduje delikatnymi kurwikami, wtedy właśnie rodzi się nowa, piękna, wieczna Zofia Prześcieradło. I złapię ją kiedyś, jak Mały Książe, złapię ja w siatkę na motyle. I podróżować będę po granatowym niebie, zostawiając za sobą kometowy ogon. Będę piękny, że wyć.

 Kraków 2009

* W rzeczywistości Fernando Pessoi, odsyłam do tekstu Richarda Zenitha,
Dramat i sen Fernanda Pessoi, przeł. K. Bartczak, „Literatura na świecie”,
nr 10-11-12 2002.
 

Written by c y n i k

Kwiecień 27, 2009 at 3:08 pm

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.