W u l g a r y z m

Vita sine libertate nihil

O obrotach ciał nieziemskich.

z 7 komentarzami

Ileż dziś eksplozji na niebie! Rozpędzone konstelacje wpadają na siebie i z agresją wyrywają sobie planety, gwiazdy, wyginają orbity. Z przerażającym, pozarzeczywistym jękiem załamują się międzywymiarowe tunele, rozpadają niezmienne stanowiska, mieszają koordynaty. Nieme nuklearne wybuchy, bezświetlne implozje! I ja to wszystko jeszcze mieszam, ja tworzę.

Wszystkie proste drogi, które kiedykolwiek prowadziły do celu, Aneta już wykrzywiła. Jeśli wczoraj, człowieku, wiedziałeś, że ulica Grodzka prowadzi do Rynku, tak dziś zalecam upewnić się, czy aby obecnie jej zwieńczeniem nie jest Pałac Kultury i Nauki. Aneta czasami wyobraża sobie Pałac Kultury i Nauki, choć w jej wykonaniu jest zdecydowanie bardziej kampowy. Kiedy nabija metalową lufę, myśli o śmierci. I o tym, że przedawkowała aspirynę trzy razy – „przypadkowo” – zastanawia się, czy pękną jej wrzody.

W Anetę można wpaść na amen. Zajebać się w chuj. Idziesz drogą, masz w głowie jakiejś, wydawałoby się, solidne myśli, pewne wartości, oparcie w postaci rodziny, dziewczyny, chłopaka, deski do prasowania, nie wiem, kota Filomena, idziesz i potykasz się o ego Anety – ego Anety ma formę wysoce syleptyczną i nigdy nie wiadomo, czy pokrywa się z ciałem, czy się w nim skrywa czy też wręcz z niego wyrasta – i nagle trach! Już ciemności mroczne przestrzenie, już nie wiadomo gdzie się podziały kamienice i wywrócone kosze, gdzie ulice i wystawowe szyby. Aneta cię pożarła. Aneta jest traumatycznym ucieleśnieniem idei pożerającej waginy. Gdy tylko jest w pobliżu, jak tykający krokodyl z Piotrusia Pana, słychać kłapanie.

Przy szkolnym płocie, z nasuniętym na twarz kapturem, Aneta szuka ofiary. Wypatruje najpiękniejszej licealistki, a gdy ta zostanie sama, podchodzi do niej i mówi: „Czy chcesz dowiedzieć się, jaki naprawdę sens ma w sobie Zbrodnia i kara?”. I ta licealistka wielkie oczy, przerażenie w duszy, ucieka w stronę swoich koleżanek i krzyczy: „Gocha, Gocha! Ta kurwa zwariowana szmata mi grozi! Zabić mnie chce, zabić, o Jezu!”. I już tam te niewinne licealistki maczety z torebek, widły, kombajny i zaraz za Anetą pędem się puszczają. A Aneta, jak spłoszony seksualny przestępca, między budynkami umyka, jak Frankenstein, jak Quasimodo, jak Bestia!

Gdy wróci do domu, opada na starą, zawilgoconą kanapę. Aneta w ogóle lubi kwiatki i trawę – na ścianie hoduje więc grzyby, pod stołem dokarmia resztkami obcą cywilizację. Ale teraz tego nie robi, bo znów myśli o śmierci. „Ach, gdybym miała swój pokój w ośrodku dla psychicznie chorych!”, mówi rozmarzona, „dniami rysowałabym nagie kobiety przytwierdzone łańcuchami do powietrza, a nocami chodziłabym na oddział szczególnie niebezpiecznych wariatów, gdzie oni przywiązani do łóżka, a ja wolna. Stałabym między nimi i drżała na każdy dźwięk jęknięcia skórzanych pasów, którymi przywiązano ich do posłań”.

Aneta prawie nigdy nie wychodzi. Mieszka w zapuszczonej kawalerce z prysznicem w kuchni i z kuchnią w sypialni. Wieczorami parzy kawę, puszcza Billie Holiday i myśli o śmierci. I o miłości. O tych wszystkich białych koniach, wieżach wysokich z malutkim okienkiem u samej góry, z którego niemożliwie piękna uwięziona blondyna spuszcza swój długi warkocz. I Aneta się wspina po tym warkoczu, wdycha jego woń, woń tej wspanialej miłości, która przecież czeka w tej wieży tylko na nią, gramoli się więc do góry i gdy jest w połowie, słyszy: „Pośpiesz się grubasko, kurwa, ty myślisz, że ja pierdole, ja tu cały dzień w tym przeciągu będę sterczeć!? Ciężka dupa kurwa, wącha włosy, pojebało cię doszczętnie?!”.

Aneta siedzi więc w swojej kawalerce i rysuje po ścianach. Niezrozumiałe dla zdrowego umysłu hieroglify, ornamenty, znaki, kody i koordynaty; powypisywała czarną kredką monologi swojej duszy. Gdyby po latach, wszedł do tej celi jakiś detektyw walczący z antyczną antychrześcijańską sektą Oświeconych, miałby roboty do końca życia albo przynajmniej na dwie powieści i trzy filmy.

A gdy chce się Anecie jeść, otwiera ona lodówkę. Pewnego dnia powiedziała mi: „W lodówce odkryłam przycisk do zniszczenia świata”. Pierwszy raz stało się to przypadkiem, ot, wcisnęła, by sprawdzić, do czego służy. Natychmiast lodówkowe żarówki rozbłysły czerwonym światłem i gdzieś spomiędzy sera a kalafiora zadudnił głos: „Świat ulegnie samozniszczeniu za 5…” I niebo pękło i sypnął grad, a plony zniszczały, na cztery góry zapadły się i ziemia zatrzęsła, na trzy wody spłynęły krwią i oceany wystąpiły z brzegów, na dwa zdrożały gaz i czynsz, na jeden zgasły wszelkie światła i świat pogrążył się w ciemnościach. Ale wtedy Aneta wystraszona zatrzasnęła lodówkę i wszystko wróciło do normy (oprócz czynszu). Dyszała oparta o cieknący zlew i myślała o śmierci. Każdego dnia Aneta wciska przycisk i w ostatnim momencie, jakby jednak z rozmyślenia, zatrzaskuje lodówkę.

Aneta mówi: każdy element został przewidziany nie przez Boga, a przez umysł zawładnięty narkotycznym uniesieniem. Nabijmy więc lufy. Zaprojektujmy własne pokoje. Przemalujmy świat! Wyjdźmy na ulicę, weźmy kubły farb czerwonej, fioletowej, zielonej, pomarańczowej, weźmy wszystkie barwy i przemalujmy nasze rynki, przemalujmy fasady budynków, w których mieszkamy, w których tracimy przytomność albo zyskujemy wiedzę! Niech świat spłynie farbą, niech Adam Mickiewicz będzie czerwony, niech białe marmury będą żółte a pałac prezydenta łaciaty! Niech stanie się kolor.

Czasami Aneta wchodzi do kościołów. Czarna, lodowata, pachnąca świętością dziura przyciąga wzrok i nie mogąc wytrzymać, przekracza ona średniowieczne portale. Przechadza się w ciszy modlitwy kafelkową posadzką, ogląda obrazy, gromnice, ikony i krzyże. Gdy nikt nie widzi, wchodzi na ambonę i patrzy na wiernych z góry – wtedy wskazuje kogoś palcem, a tego doświadcza los, umiera mu żona, dziecko wpada pod samochód, potem wskazuje kogoś innego, a temu zawala się dom, kradną mu samochód i kochająca córka popełnia samobójstwo. Aneta schodzi z ambony i podąża wzdłuż Drogi Krzyżowej, zaczynając jednak od makabrycznych scen ukrzyżowania, kończąc na obrazie  stacji I, Pan Jezus na śmierć skazany. Nikt nigdy nie siedzi na stacji z numerem jeden, jest nieefektowna i mało krwista. Aneta znajduje tam wolno stojącą rzeźbę Maryi Panny w niebieskich szatach. Ma smutną minę, jakby wiedziała, że za chwilę jej ciało zostanie rozdarte na miliony kawałeczków wpiętych do powtarzanych zduszonych głosem wieczornych modlitw. Maryja nie cieszy się, że urodziła syna, wzrok wbity ma w ziemię w to samo miejsce, które tyle razy widziała Aneta. W ciszy wyznawanych pokut, Aneta siada pod stopami Maryi i wpatruje się w jej twarz, próbując przejąć spojrzenie, aby ta nie musiała już więcej patrzyć w ziemię. Wreszcie rzuca się na nią, przytula do kamiennej, lodowatej sylwetki i czerwonymi ustami wpija w jej fioletowe z zimna wargi. A Maryja nie wytrzymuje, chybocze się chwilę, poczym z hukiem upada na posadzkę. Grzmot ogłusza wiernych, zdradza, dekonspiruje. Wściekły Bóg wybiega zza ołtarza, wygraża palcem, pluje.

Gdy Aneta przestaje biec, siada na ławce i myśli o śmierci.

Wieczorem w domu rozpala ognisko. Billie Holliday śpiewa o śmierci. Zabrudzony dywan kopci się smoliście. Aneta tańczy po kawalerce, otwiera szafki i już staniki lecą w ognisko. Potem chińskie zupki buchają fioletowym płomieniem, potem koce i poduszki, a ogień już przy suficie. I bach!, już indeks Uniwersytetu Jagiellońskiego ze średnią 5,0 w płomieniach, już Heideggery, już Platony wyją żałośnie, duchy nad ogniem wzlatują, wyją, śpiewają chóry anielskie. Już rysunki w płomienie wlatują, kobiety z rycin wiją się paskudnie, pokrywają strupami. Aneta siada na płonącej kanapie, nabija lufkę i myśli o śmierci. Aneta płonie. Ktoś krzyczy na zewnątrz, ktoś drzwi wyważa. Nieco tu gorąco, może jednak powinniśmy przewietrzyć nasze mieszkania? Przepraszam, czy tutaj ktoś się pali? My mind is glowing. Jakże piękne dzisiaj niebo, jakże wspaniały ma pani na sobie garnitur. I tyleż dostojeństwa. Usiądźmy tutaj i wspólnie podetnijmy sobie żyły. Billie Holiday śpiewa o śmierci.

Aneta wstaje, by pierwszy raz w życiu poczuć spokój, otworzyć lodówkę i wcisnąć przycisk.

Written by c y n i k

maj 15, 2009 at 3:53 pm

Życie i twórczość Zofii Prześcieradło.

Skomentuj »

Gdybym przynajmniej oszalał naprawdę! –
Àlvaro de Campos, Esta velha angústia, 1934.*

Było tłoczno i kolorowo, pachniało potem, wódką i dżojtami, muzyka grała, a sala tańczyła. Przyznaję, nie do końca ułożone w głowie wówczas miałem; jakieś poczucie rzeczywistości, poczucie twardej podłogi, ale jednak jakby ktoś przejechał papierem ściernym po moim światoobraazie i z solidnej konstrukcji, o którą zawsze można się oprzeć, pozostała wiotka ścianka, prześwitująca w niektórych miejscach wielką bezdenną czeluścią, albo setkami małym dziurek i zaułków, w których można się zakopać na długie lata i prowadzić niekończące się dysputy z własnym ego. Zdecydowanie więc, rozumiecie, byłem naćpany. 

Widziałem więc wówczas to, czego nie widzą inni, doświadczałem niedoświadczalnego, pojmowałem istotę rzeczy i tego typu ważne kwestie, kiedy nagle w zawirowaniach przestrzeni, gdzieś między tymi wszystkimi inwazyjnymi ciałami, dyskotekowymi kulami, nieprzytomnymi istotami, gdzieś pomiędzy całym tym, co zadziwiające, koegzystującym bajzlem, mignęła mi niesamowita Zofia Prześcieradło.

Zofia Prześcieradło to postać z bajki nie dla dzieci. Aby zrozumieć jej oczojebność należałoby dokładnie opisać tło pubu, w którym wówczas stałem, ale darujcie mi tę narratorskie licencia poetica, bo nie zrobię tego, nie. Dość powiedzieć, że Zofia Prześcieradło była jak anioł na śmietniki, Matka Teresa w burdelu, Albert Einstein w kościele, jak poeta wśród analfabetów, jak Jan Paweł II na mszy satanistycznej, jak ja między ludźmi… No, po prostu, Zofia Prześcieradło była zajebista. A jeśli jesteś, Czytelniku Drogi, fanem hip-hopu, to może dodam, że Zofia Prześcieradło była wykurwiona w kosmos, odjebana że chuj, hardkor total masakra, że nic, tylko wyć. Taka właśnie była, zjawiskowa.

Zacząłem zastanawiać się wówczas – i szczerze mówiąc, zastanawiam się do dzisiaj – czy ta niesamowita dziewczyna w ogóle istniała – czy też to po prostu ja wpadłem w jedną z wielu czyhających na naćpanych ludzi pułapek retoryczno-performatywnych, zwłaszcza, że cierpię na chroniczny kryzys poczucia rzeczywistości. Rzeczywiście mogło tak być, że to mózg stawia mi pasjanse i bezlitośnie czeka, aż uporam się z kolejnym równaniem, by zadać kolejne, jeszcze bardziej niszczące. Mogło tak być, bo marihuaniści ostatecznie zwykle wariują, zawieszają się na jakimś wyjątkowo zajmującym elemencie rzeczywistości, bywa tak, że wpadają w jakąś szczelinę i wyjść, już do końca, z niej nie mogą. Zofia Prześcieradło mogła być moją szczeliną, albo kimś w rodzaju alter ego, mojej upostaciowionej animy. W sytuacji, gdy sam nie możesz uporać się z antynomią prawdy i fałszu, zwykle odnosisz się do zewnętrznego obserwatora. Osoby postronne, zaznaczmy to dla tych, którzy lubią myśleć, że wiedzą, na czym stoją, twierdzą, że Zofia Prześcieradło rzeczywiście istnieje – lub istniała – że podeszła wówczas do mnie i rzeczywiście mówiła. Pytanie tylko, czy to cokolwiek zmienia i czy rzeczywiście mogę więc powiedzieć, że tak, Zofia Prześcieradło istnieje?

Zofia Prześcieradło podeszła więc do mnie – czy tez może, przylewitowała, nic nie jest pewne, Czytelniku Drogi, w knajpie o trzeciej w nocy, gdy w żyłach pulsuje alkohol, gdy ujarany mózg wysyła sprzeczne informacje, ale co z tego, skoro nic nie jest pewne, nic a nic – i z rozbrajającym, obsesyjnie pięknym uśmiechem na twarzy – a skromnym, a pięknym! – powiedziała:
Jestem Zofia Prześcieradło.

I podała mi rękę, podała mi ja, a ją chyba uścisnąłem i powiedziałem, że jestem tym, kim jestem.

A była ona piękna. Zofia Prześcieradło była jak z pamiętnika nastolatki – wszystko od pierwszego wejrzenia. Zakochałem się ja więc tam wówczas, na tej obcej ziemi, bo może dodajmy dla tych, którzy lubią uważać, że wiedzą cokolwiek, że akcja moich przygód z tego tekstu toczy się w Holandii, gdzie świat jest o wiele piękniejszy niż w Polsce i wszystko jest tam piękniejsze i lepsze i bardziej zajebiste, zwłaszcza, gdy się upalisz w którymś z coffeshopow, zakochałem się ja na tej obcej ziemi i dreszcze wstrząsnęły mną, dreszcze i niepewności poczęły mnożyć się w głowie, że cóż teraz zrobić, jak się zachować, jak mrugnąć okiem, szybko czy wolno, czy nie nazbyt wyrafinowanie, czy ubranym dobrze i mankiety białe odpowiednie, czy może to powiedzieć a tamto.

Zakochałem się w niej bez pamięci – zwłaszcza, że alkohol robił swoje – zakochałem się od pierwszego wejrzenia w jej włosach i ustach, w jej dłoniach i policzkach, w prześwietlonych oczach, w słowach jej się również zakochałem – „Jestem Zofia Prześcieradło”, czy to nie piękne?! – w gestach, w ruchu, w bezruchu, w postaci i procesie – zakochałem się, no kurwa mać, w Zofii Prześcieradło.

A wiedzieć musisz, Czytelniku, że osoba naćpana jest cokolwiek podejrzana i nigdy nie możesz być pewny, czy zapytana, odpowie ci ona sama czy może Mojżesz może, albo może Gagarin, też być tak może. Wszystko może. Ale. Wiedzieć również powinieneś, że człowiek upalony to człowiek specyficzny i nie każdy ma takie same, że tak powiem, objawy poczucia rzeczywistości, choć pewne elementy w istocie są wspólne, jak na przykład wyczulony zmysł (Monar nazywa to przytłumionym zmysłem), doświadczenie Prawdy i Rozumu, tj. logos na najwyższych obrotach, czy też posiadanie rozwiązania na absolutnie każdy problem. Stąd, co zrozumiałe, gdy upalony człowiek dostanie do ręki problem, zaraz rozpoczyna się wielki proces myślowy i potrafi on, aby wyjaśnić na przykład możliwość wkręcenia żarówki, obrócić całym budynkiem. Nie zawsze więc osoba trzeźwa zrozumie myślenie osoby nietrzeźwej, co przyznajmy, odkrywcze nie jest, ale nie oznacza to, że osoba nietrzeźwa winna być z tego powodu zdyskredytowana. Tyle teorii powstało, tyle światów zwiedziłem, tyle rzeczy zrozumiałem po dżojtach, choć żadnej z nich nie pamiętam.

Pamiętam natomiast Zofię Prześcieradło, albo wydaje mi się, że ją pamiętam. Pamiętam, że odezwała się do mnie tylko raz – „Jestem Zofia Prześcieradło – i już nie wiedziałem, nawet wtedy, kiedy stała naprzeciw mnie i kusiła – ach kusiła! – czy to rzeczywiście stoi ciało czy może tylko duch jakiś, przewidzenie, bo też już mieliłem w głowie całość zjawiska o nazwie Zofia Prześcieradło.

Rozbierałem ja ją w myślach – choć nie wiem, gdzie jest to „w myślach” – kochałem się z nią i czytałem jej do snu Geneta, Wilde’a i Dukaja, już ja ją tam miałem – ach miałem! – już ja ją tam krochmaliłem, całowałem, już ja ją ścieliłem, tak, ścieliłem.

I Zofia Prześcieradło wówczas znikła. Zauważyłem to po jakimś czasie (proces trwał). Czy więc Zofia Prześcieradło istnieje i gdzieś tam błąka się, jak duch, po holenderskich klubach, pobrzękuje może łańcuchami i wyje do księżyca, że ukochany został utracony, że „Jestem Zofia Prześcieradło”. Czy może Zofia Prześcieradło jest wszędzie tam, gdzie ja (słyszę czasami pobrzękiwania, a wczoraj mógłbym przysiąc, że widziałem ją na Sławkowskiej w Krakowie) i przejawia się, migoce, przebija na zewnątrz sporadycznym błyskiem, poczym szybko znów umyka. Może tak. Może też inaczej. Może to ja jestem Zofią Prześcieradło i pobrzękuję łańcuchami wtedy, kiedy tego potrzebuję? Gdy galaktyka eksploduje delikatnymi kurwikami, wtedy właśnie rodzi się nowa, piękna, wieczna Zofia Prześcieradło. I złapię ją kiedyś, jak Mały Książe, złapię ja w siatkę na motyle. I podróżować będę po granatowym niebie, zostawiając za sobą kometowy ogon. Będę piękny, że wyć.

 Kraków 2009

* W rzeczywistości Fernando Pessoi, odsyłam do tekstu Richarda Zenitha,
Dramat i sen Fernanda Pessoi, przeł. K. Bartczak, „Literatura na świecie”,
nr 10-11-12 2002.
 

Written by c y n i k

kwiecień 27, 2009 at 3:08 pm

Wszystko ma znaczenie.

z 5 komentarzami

Otwierasz oczy i przypominasz sobie, że jesteś człowiekiem. Tak. Masz głowę i nawet ręce, masz całkiem przystojną twarz, niebieskie oczy i różne takie. Chciałbyś umrzeć, myślisz, i wydaje ci się to szalenie infantylne. Masz kaca. Potwornego. Jezus Maria.

Każesz spierdalać gołębiowi za oknem, który przysiadł sobie niewinnie na parapecie. Szukasz papierosów, bo chcesz zapalić, ale przypominasz sobie – no kurwa – że nie palisz od roku. Chce ci się płakać, ale chyba nie dasz rady utrzymać odpowiedniego dramatyzmu, prędzej zwalisz się do łóżka, klnąc w myślach. Dużo klniesz. Jezus Maria.

Zupełnie nie wiesz, kto wsadził cię w tę rolę, podejrzewasz, że ty sam. Stoisz teraz na ulicy, bo przecież skończył się sok pomarańczowy, bez miąższu bo to obrzydliwość. Ulica jest zaśnieżona i zagracona ludźmi. Chodzą. Robisz parę kroków, myśląc, że hej, przecież wszystko jest ok. Bardzo świata nienawidzisz. Jest ok.

Robisz parę kroków w kierunku sklepu Biedronka, a nie idzie ci za dobrze, śnieg ucieka spod nóg, zapadasz się, brodzisz. Patrzysz na swoje buty, a one brudne, jakbyś wracał nocą przez nie śniegi, a błoto. Do wesela się zagoi, mówisz do nich. Czyli właściwie od czterech lat nic się nie zmieniło? No, owszem, image zmieniony, dostałeś się na uczelnię, ogólnie jakoś tak inaczej, buty nowe kupiłeś, ale wciąż na nich błoto, wciąż brud po ciężkiej nocy, o której pamiętasz tylko tyle, że była, musiała przecież być.

Łapiesz się nagle, że właściwie wciąż jesteś na etapie wierszy o śmierci. Co się patrzysz, głupi chuju. Tak sobie witasz jakiegoś krótko ściętego chłopaka w pojaśnianych jeansach. Nie lubisz w tym momencie krótko ściętych chłopaków.

Masz problemy ze światoobrazem. Zamazuje się i wyłącza. Jest też sztywny, jakby z tekstury, celowo tu ustawiony, pomalowany pastelami „dla kolarzy”. Wiesz, że za chwilę usiądziesz w fotelu, złapiesz się za głowę i przysłonisz oczy, jakby stopniowe dawkowanie rzeczywistości zmniejszało jej bezpośredniość. Na stoliku czekają obowiązki. Po jednej stronie Teksty Drugie, po drugiej filmy na DVD. Uspokajasz się, że przecież jutro też jest dzień (jest?) i możesz sobie pooglądać. Zgaszone światło, świecący kineskop telewizora i zamknięte drzwi dobrze ci zrobią.

Ale teraz stoisz w śniegu, w brudnych butach, śmierdzisz wódką, czujesz ostry smak w gardle, w uszach szum, w głowie mózg obija się o czaszkę, tak, i ktoś mówi ci dzień dobry. A ty odpowiadasz spierdalaj. Zastanawiasz się, dlaczego oglądając film o Robercie Hanssenie, Twoja sympatia stoi po jego stronie.

Jest ok. Słońce odbija się od śniegu, wszystko wydaje się takie ładne – wiesz – życie jest ciekawe, życie jest wspaniałe, wiesz, musisz dać z siebie wszystko, muszę wiele rzeczy, sms o takiej treści dziś dostałeś. Lubisz rzeczowe smsy. Nie lubisz ludzi. Czy lubisz tylko to, co ludzie stworzyli?

Czujesz na sobie ciężar historii – uśmiechasz się okropnie, bo Twoja postać z obowiązkiem i ideą nie za bardzo się lubią. Tak, cały świat dziś jest na Twoich barkach i jeśli ty tutaj, na tej ulicy, spektakularnie wywrócisz się i zakrwawisz nieskazitelną biel śniegu swoją brudną krwią, to świat znów przestanie istnieć, to ludzie to zauważą i przestraszą się, powiedzą: „Jezu, świat przestanie istnieć!”. Czy mesjasz miał brudne buty? Czy mesjasz mógł śmierdzieć wódką? A jeżeli nie mógł, co to zrobisz? Kim okażesz się w tej chwili?

Masz kaca. Ludzie popełniają błędy, mówi do Ciebie jakiś telewizyjny głos duszpasterza, ludzie popełniają błędy, pytanie tylko, co Ty zrobisz z tym doświadczeniem? Zastanawiasz się, czy się nie wyrzygać. Jest ok. Czy popełniłeś wczoraj jakiś błąd?

W Biedronce mijają cię klienci. Gapisz się na soki. Kyrje-kurwa-Eleison. Przechadzasz się sklepowymi alejkami. Masz dość. Tak. Zdecydowanie. Ale jest ok. W dziale chemicznym na posadzce zauważasz rozbity słoik z konfiturami. Nie wytrzymujesz. Stoisz w Biedronce, w dziale chemicznym przed rozbitym słoikiem z dżemem i płaczesz. Łzy płyną, ale jest ok, pytanie, co zrobisz z tym doświadczeniem? Wszystko ma znaczenie.

Written by c y n i k

luty 19, 2009 at 9:37 pm

Gruba zakonnica z zanadrza.

z 13 komentarzami

A czasami obserwuję, jak świat się rozpada. Najpierw wszystko jęczy, napina się i rozciąga. I wtedy już wiesz, że za chwilę nastąpi pęknięcie, a potem w ułamku sekundy wszystko jak brutalnie rozciągnięta sprężyna, złoży się w jedno. I wszystkie niezniszczalne mury, i wszystkie nienaruszalne tereny prywatne, wszystkie odznaki policyjne i wyprostowane grożące palce wskazujące, złamią się, skruszą, spalą, runą. A potem będzie już wszystko.

A czasami obserwuję, jak świat się rozpada. Ostatnio stało się to w piątek w Krakowie, gdy siedziałem na wygodnej ławce na ulicy Grodzkiej. Inaczej rozpada się świat w Kamiennej Górze, inaczej natomiast w Krakowie. Toteż świat runął w Krakowie i ktoś mógłby tu powiedzieć, że należało wynieść się wcześniej, razem z Wawelskim, który w tym mieście już nie mieszka. Nie zawsze jednak „należało” się ziszcza.

Siedziałem więc na ławce na ulicy Grodzkiej. Świat, proszę państwa, stał. Stał całkiem niewzruszony na moje siedzenie, te 60 kilogramów, no, 80, no, 81, nie pozostawiało na świecie żadnych widocznych znaków. Jakby mnie tam nie było, moi drodzy, jakbym był jednym z tych nigdy niespotykanych platońskich duchów i Heideggerowskich absolutów, który nawet jeśli myśli i czuje, to i tak wszyscy przez niego przechodzą, wzdrygając się tylko. Innymi słowy, dla słabiej rozwiniętych, byłem jak Kacper Przyjazny Duszek.

Siedziałem więc na ławce na ulicy Grodzkiej. Świat, proszę państwa, istniał jak zawsze, jak zawsze zabytki ostemplowane emblematem ministerstwa fotografowane były przez turystów, jak zawsze irytująca studentka w niebieskiej kurtce rozdawała ulotki zapraszające na koncert muzyki klasycznej, jak zawsze zaprzęgnięte klacze ciągnęły dorożki, jak zawsze, Piotr Skarga unosił Biblię w faszystowskim pozdrowieniu i naganiał zbłąkanych Japończyków do Kościoła św. Piotra i Pawła. Możecie mi wierzyć – ale możecie tez nie wierzyć – że absolutnie nic nie zwiastowało, ni gwiazda, ni drgania ziemi, absolutnie nic nie wróżyło rychłego końca świata. Oto niewydżenderowane kobiety wyprowadzały swoich synków i córeczki, oto sprzedawca czapek i rękawiczek ze spokojem sprzedawał czapki i rękawiczki, oto rysownicy karykatur ze spokojem oczekiwali nigdy nie nadchodzących klientów, oto księża przechadzali się równolegle biegnącą ulicą Kanoniczą, popatrując sobie z dumą i równowagą na plecy stojącego, jak zwykle, w tym samym miejscu Piotra Skargi, oto schludnie ubrany student, na oko w Zarze, zamawiał w pobliskiej, dziwacznej księgarni kawę i biszkopty, by czytać Józefa Mackiewicza, oto ciągnęły z jednego budynku do drugiego rzesze młodzieży, oto rzucali papierosy, oto w ślad za nimi sunęli bezdomni pijaczkowie, zbierając niedopałki z mokrych płyt chodnikowych, oto pies obsikiwał cokół Piotra Skargi, oto ławka, na której siedziałem, była twarda i solidna, jak zawsze.

I wtedy pojawiła się gruba zakonnica. Cynik mówi: są pewne w życiu chwile, które nijak mają się do całości. Kiedy trwają „teraz”, nic z nich nie rozumiemy, kiedy wracamy do nich myślą, próbujemy przyporządkować je do jakiegoś większego algorytmu, a one, złośliwie, rozpadają się na jeszcze drobniejsze, trudniejsze do dopasowania elementy. Gruba zakonnica była tego rodzaju wywrotowym elementem. Gruba zakonnica pochodziła z zanadrza, gruba zakonnica była znienacka. Odziana w typową dla zakonnic czerń, nadchodziła od strony Rynku Głównego ulicą Grodzką, taszcząc w skórzanej, równie czarnej torbie, jakieś pogięte, odręczne notatki, miniaturowe zbiory psalmów, niezliczone modlitewniki i drewniane figurki Jezuska – bo w Krakowie nie sprzedaje się Jezusków fosforyzujących, Kraków ceni sobie tradycję i Jezuski sprzedaje w drzewie – dalej setki rycin wykładających łopatologicznie ideę każdego przykazania Dekalogu, miliony kolorowych obrazków z Maryją Zawsze Dziewicą, tryliony oazowych piosenek wraz z chwytami na gitarę, a to wszystko dla zdegenerowanych waszych, drodzy czytelnicy, dzieci, dla waszych pociech, które najpewniej teraz w przedszkolu czekały, siedząc po turecku, na spóźnioną zakonnicę. I idzie ta gruba zakonnica, i sapie, a ludzie jej, podobnie jak mnie, nie widzą, nie widzi jej pies szczający na Skargę, ba, nie widzi jej z góry nawet sam Skarga, nie widzą jej pijacy, konie zaprzęgowe, matki i ich dzieci. Świat stał niewzruszony, świat nawet nie sprawiał wrażenia, bo wszystko sprawiało się samo. Ta niepodważalna rzeczywistość była całkowicie niewidzialna, te wszystkie przyczepione do ludzi kukiełkowe nitki nie dawały się odczuć.

I wtedy pojawiła się gruba zakonnica. Cynik mówi: nikt nie podważa realności świata, chyba że jest szaleńcem lub idiotą. Gruba zakonnica należała do trzeciej grupy, którą Freud nakazywał leczyć, bo stanowi odstępstwo od normy. Gruba zakonnica była melancholikiem, co nie przystoi, jak możemy się domyślać, porządnej, dobrze wykarmionej zakonnicy. Tło więc istniało, a robiło to podle cicho, niemożliwie skrycie, tak, że nikt, ani matki, ani pijacy, ani nawet pies, nie zastanawiali się, czy przypadkiem ta rzeczywistość nie ma charakteru farby i tektury. Wszystko było. Zakonnica więc sapiąc z wysiłku niosła niemożliwie ciężką, wypełnioną po brzegi torbę, ciągnęła ją właściwie za sobą, wypluwając płuca. Policzki czerwone, nos zaziębiony, a ona sama ciężka, potężna i pot z niej spływa. Z oczu łzy ciekną, mięśnie napięte, już, tak, już oczko z rajtuzy poszło, drugie, trzecie, a torba nadal, nie za bardzo chce do przodu, torba nadal ciężka. Wszystko było stałe, wszystko zdawało się nie mieć końca.

I nagle, ni stąd ni zowąd, zakonnica, puszczając torbę, krzyknęła: „Pierdolę to!”. Cynik mówi: nie każde „pierdolę to!” ma w sobie moc sprawczą, to jednak miało. To „pierdolę to!” było, bez wszech miar, uświęcone boską siłą, miało w sobie coś z wywrotowej potęgi Jezusa Chrystusa, rewolucyjnego brzeszczotu dotkliwie wbitego w nieujednaną rzeczywistość. To „pierdolę to!” było jednak tragiczne, bo nagle ludzie spojrzeli w jej kierunku, popatrzyli na nią, na jej ubrania, na jej torbę z krzyżykami, a potem popukali się w głowę, popukali się w czoło stojący najbliżej żule, popukały się matki, popukałby się, gdyby mógł, pies szczający na Piotra Skargę. Świat popukał się w głowę. A zakonnica nagle jeszcze raz zawyła „Pierdolę to!” i poczęła kopać tymi prostymi, startymi butami skórzaną torbę, waliła z całej siły, aż puścił ostatecznie wiekowy, wielokrotnie namydlany zamek błyskawiczny i na ten mokry od topniejącego śniegu krakowski bruk, na ulicę Grodzką, wysypały się te wszystkie karteczki, psalmy, Biblie, katechizmy, piosenki i krzyżyki, cała niezliczona zawartość wystrzeliła z upakowanej torby na zewnątrz, wpadając w kałuże, w przechodniów, w obserwujące wszystko wielkie, monumentalne rzeźby świętych, stojących przy murze Kościoła św. Piotra i Pawła. A zakonnica dalej, depcze, krzyczy, „Pierdolę to! Pierdolę to!” i depcze, krzyczy, depcze, ślini się, krztusi, płacze, pierdoli to dalej.

I potem nagle cicho. Przez chwilo cicho i teraz, drogi czytelniku, jeśli znane ci są wykładnie romantycznych obrazów, to wiesz, że to cisza przed burzą, teraz, czytelniku, gotuj się na najciekawsze choć także najniebezpieczniejsze. Bo nagle, w tej ciszy, w tej niemożliwe, przerażającej głuchej ciszy, rozległ się trzask. I wszyscy zgromadzeni natychmiast zwrócili się w stronę stojącej w pobliżu rzeźby Piotra Skargi, bo cokół jego pękł i pękał nadal. Pajęczyna niebezpiecznie pokryła całą rzeźbę i po chwili spokoju, kiedy wszyscy myśleli, że to już się skończy, że koniec tych nienormalnych wydarzeń z ulicy Grodzkiej, kiedy sikający pies odetchnął z ulgą, bo mógł nadal niezmiennie szczać w najlepsze, to nagle głowa Piotra Skargi zleciała na bruk, roztrzaskując się z łoskotem, a w ślad za głową, jak to bywa, całe ciało zleciało, rozpieprzając się efektownie na starodawnym brukowanym deptaku.

I potem świat jęknął, świat się wzburzył, potem ściany podejrzanie gruchnęły, i poczęły walić się gmachu i ludzie krzyczeli, bo zawsze boli, gdy świat się wali, i upadły wszyscy święci i ulica Kanoniczna znikła, a potem również Grodzka, i znikł Wawel niedaleko stojący, znikły Jezuski drewniane, katechizmy także. Cały świat jęknął, jaka naciągnięta struna i pierdolnął w najlepsze, a domek z kart niósł fale dalej, dalej, do Kazimierza i nawet do Nowej Huty.

A ja już nie siedziałem, bo ławki nie było.

Written by c y n i k

styczeń 25, 2009 at 12:44 am

Szczęśliwe zakończenie.

z 4 komentarzami

Muszę się wam przyznać do jednej zalety, jaką posiadam. Otóż nienawidzę ludzi. Sprawa prosta i stara jak świat, czasami zresztą popierana jakąś uwzniośloną literaturą i ideologią, a czasami popierana zaledwie afektem. Ja nie popieram niczym, bo temat w sumie zupełnie głupi. Nienawidzę ludzi. Nie cierpię ich, nie znoszę. Spektrum mojej nienawiści nie oszczędza nikogo. Bo nienawidzę właściwie każdego. Nauczony odbiorem moich tekstów powinienem chyba jednak ponieść myśl dalej i wyjaśnić, kogo tak naprawdę nie lubię.

Otóż, nie irytują mnie narody, kraje, obyczaje, kultury, plemiona – innymi słowy, nie widzę nic denerwującego w Niemcach, Rosjanach, Murzynach, Żydach, Marsjanach czy w pantofelkach. Ja znieść nie mogę samego człowieka. Na samą myśl, że mam jutro wstać i przejść przez miasto pełne rozmaitych ludzi, odechciewa mi się żyć. I nie daj Boże ktoś mnie zaczepi i o coś zapyta. Albo zobaczę jakaś nieprzyjemną sytuację: trzech chłoptasiów idących zbyt pewnie ulicą, dziewczynę silącą się w rozmowie na przynajmniej jedno analityczne pojęcie w każdym zdaniu, sprzedawcę w delikatesach reagującego na moje dzień dobry zblazowanym „ehe”, nieprzyjemnego klienta, który w renomowanej restauracji będzie wrzeszczał „ile jeszcze mam czekać?!”, profesora na katedrze, którego nauka doprowadziła już do zupełnego zidiocenia, pijaka, który prosi mnie na ulicy o pieniądze na chleb, „prawdziwego faceta” z namiastką mózgu pouczającego każdego, jak ma wyglądać, co nosić, i co golić, kibica dennej drużyny piłkarskiej wypowiadającego zdanie: „Za drużynę oddam życie”, niedouczonego prawicowca wypowiadającego sądy o całej literaturze, szesnastolatka zaczynającego zdanie od „kobieta powinna…”, początkującego skinheada malującego na ścianach swastykę „do góry nogami”, optymistyczną chrześcijankę rozdająca ulotki „Nietzsche pomylił się – Bóg żyje!”, osiemdziesięcioletnią babcię z ordynarny wyrazem twarzy, czterdziestoletniego faceta, emerytowanego górnika, rozpoczynającego zdanie od „bo to wszystko są złodzieje”. Wreszcie zwykłych ludzi, na których zmuszony będę spojrzeć i którzy odwzajemnią spojrzenie.

Toteż wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy wczorajszego dnia wstałem zupełnie szczęśliwy. Otworzyłem oczy i sufit bynajmniej nie wisiał na pięć centymetrów nad nosem, nic mnie nie przytłaczało, nic nie dobijało, nikt nie napierdalał od bladego świtu. Oaza spokoju. Zdziwiony stanąłem na nogi – już nie pamiętam, czy to lewa, czy to prawa – i z niedowierzaniem wyszedłem na korytarz mojego studenckiego mieszkania. Tak. Tak, to zadziwiające, ale obecność za ścianą studentek germanistyki wcale mnie nie irytowała! Nie chciałem, przynajmniej tego dnia, powiesić na drzwiach celtyckiego krzyża, nie chciałem związać sznurówek ich germańskich butów, nie chciałem ukraść notatek, popisać podręczników, napluć do kieszeni. Wszystko było lekkie, bez bagażu niemal unosiłem się nad ziemią. Ta ściana przy kuchni, która zawsze z miną Roberta de Niro mówiła do mnie: „Jesteś beznadziejny” dziś nuciła sobie jakąś wesołą piosnkę o elizejskich polach, owieczkach i kryształowym niebie. Wszedłem do kuchni i pijąc kawę, jedząc orzechowe masło, nabierałem głęboko powietrza, ryzykując zakrztuszenie, bo to szczęście było jak papieros po dziesięcioletniej przerwie od nałogu. Skłamałbym, że drżałem, ale jednak, czułem się jak jakiś Leonardo di Caprio, który wstaje rano budzony aromatem parzonej kawy, rozsuwa pilotem zasłony i patrzy sobie na swój gigantyczny basen z pływającymi w nim plażowymi piłkami, patrzy i zaczyna się zastanawiać, które ferrari dzisiaj wybierze, by pojechać po mleko.

Pomyślałem więc: Boże! Jestem szczęśliwy, tak pierwotnie szczęśliwy, tak niezobowiązująco szczęśliwy, tak prosto i w oderwaniu od jakichkolwiek czynników zewnętrznych, od kultury, od telewizji, od kawy rury i rozsypanego o siódmej rano cukru na kuchennym blacie, jestem tak dziwnie nieludzki, że aż chyba zaraz to opiszę! Że utrwalę to, abym kiedyś pamiętał, że tego dnia słoneczko wstało punktualnie. I siedząc tak przy stole, zacząłem zastanawiać się, jaka ja wam to przekażę, jaka ja to spiszę, te moje oślepiające reflektory. I kiedy układałem kolejne zdania, śmieszne uwagi, błyskotliwe pointy, kiedy tak formowałem tekst w głowie, to co rusz potykałem się o kropkę, o przecinki, o semantykę jakiegoś nazbyt wąskiego słowa, to zacząłem kląć pod nosem, przy tej porannej kawie, przy chlebie z orzechowym masłem; klnąc zacząłem i wreszcie tak się zdenerwowałem, że to wszystko nic, że to do kosza, a wy, tak, wy, wy do bani jesteście i w ogóle się nie poznacie, o nie, w ogóle, bo wy jesteście typem skurwysynów w ogóle, tak się zdenerwowałem na bezsens tych moich starań, że nagle ściana z korytarza rozwrzeszczała się na dobre „Jesteś beznadziejny!”, że nagle ta kawa okazała się tak obrzydliwą, że nagle świat za oknem, co jeszcze przed chwilą „prószył delikatnymi płatkami nieba” teraz napierdalał ostrymi stropami bezwzględności.

Więc wstałem! I wiedząc, że nie zaczyna się zdania od „więc”, jeszcze bardziej się wkurzyłem, wbiegłem na korytarz i wodoodpornym markerem po drzwiach tym pieprzonym germanistkom zacząłem „faking dojczland” pisać, i swasty wieszać, i naplułem w kieszenie, sznurówki związałem, a na koniec, tak, tak właśnie, buty im kurwa schowałem!!!

Written by c y n i k

styczeń 17, 2009 at 8:32 pm

Kabotynki #2: Goniec Przyszłości.

z 6 komentarzami

dsc01303-403-x-537Biegłem w podskokach brukowaną drogą – byłem raczej w pośpiechu. Miałem wówczas w głowie następujące obrazy: Donalda Tuska, zakup hamburgera w restauracji innej niż wszystkie, wyjątkowo ciekawą maksymę mojego autorstwa i moje nowe, czerwone buty. Zwłaszcza te buty.

Biegłem zatem brukowaną drogą, a one, te buty, satysfakcjonująco stukały, co uspokajało moje polityczne myśli i ogólnie sprawiało wrażenie. Można posunąć się tu do opisu nader interesującego, że włosy moje na wietrze rozrzucone co chwilę opadały na świetnie skrojony płaszczyk z charakterystycznymi trzema srebrnymi guzikami na mankietach; mógłby ktoś powiedzieć, i pewnie powiedziałby, że oto biegnie sam Apollo, Ganimedes, Dorian Gray, Lord Douglas, Matt Damon, bo zaiste magicznie musiał owy młodzieniec (ja) wyglądać na tle Starówki. Ten młodzieniec, w długich włosach, z brązową studencką, skórzaną torbą, w czerwono-czarnym pasiastym swetrze, krwistych butach i ogólnie z image w stylu „wow” a nawet „how”, w dodatku mógłby ktoś dodać, że pachniał Kenzo, ale nie, nie będziemy się tu przecież przed czytelnikiem dekonspirować, należy zachować umiar, nie bądźmy egoistami, nie będę przecież narcyzem, o nie.

Ale biegnę,  stukam, a bardzo przyjemnie stuka mnie się tymi butami, stuk stuk, stuk stuk, bardzo to eleganckie, naprawdę, stuk stuk. Nagle wówczas słyszę pewien niepokojący dysonans, bo stuk stuk, stuk stuk, pam pam, stuk stuk. Byłoby to może pouczające bieganie, jeśli byłbym studentem muzykologii albo Deją, jednak żaden dżojt, ni żadne trucizny nie umożliwiły mi nigdy podmiany ciała. Dlatego tknęło mnie coś, jakaś wrodzona przezorność, troska o bliźniego chyba i obróciłem się, by zobaczyć, jakiż to beton, jakiż kanał czy inna powierzchnia wywołała ten ciekawy, rock’n'rollowy takt. Odwracam się i widzę, że na ulicy leży przejechane chyba przez TIRa, albo może przez tramwaj, albo może przez czterdziestu ociężałych uczestników kuligu, dziecko. Leży i tak krwawi. To ja od razu myślę, że Jezus Maria, w biały dzień na Starówce biją, co to za świat, na psy zszedł, co z tą Polską, i ta młodzież dzisiejsza w dodatku, te podatki, dziury na drogach, już ja rozpoczynam w myślach polską arię, że kurwa, sąsiadka pomyje mi pod oknami wylała, pies narobił, a ja przez to jajecznicę przypaliłem, w wannie mi się woda przelewa, ale jej nie zakręcę, o nie, niech zalewa, niech płynie!

Tak myślę o Polakach, że to skurwysyny straszne, ale nie żadne tam madafaki, nie żadni tam spryciarze czy cwaniacy, jak chciałaby potoczna zwykle opinia o Polakach zagranicą. Raczej ludziki, na których skarży się u Pani albo policji, a oni już, do obozów, do komór, do domów w trymiga. Pośpiewają sobie jeszcze coś z repertuaru żałobnego, jakieś golden hits of polish graveyard, a potem, po wszystkim, gdy wyjdą z tych domów, to robią groźne miny, to piąstki zaciskają. Do krwi.

Tak myślę wówczas zupełnie poważnie, gdy podchodzi ktoś do mnie, ktoś mnie zaczepia i mówi, że panie, że kurwa, że ja pierdole, że co pan, tak po córce, tak po córce mi pan przebiegł tymi butami czerwonymi, nie powiem, fajnymi, ale chyba ciężkimi, że pan normalnie ją chyba zabił na śmierć. Na to ja w śmiech. Pytam: ja? Przecież biegłem tylko, szybko, spóźniony byłem, na spotkanie z Donaldem Tuskiem podążałem, to niemożliwe.

I patrzę na to dziecko, a ono rzeczywiście, zabite na śmierć, zgładzone i chyba na twarzy odcisk jakiejś opony albo może podeszwy. A ojciec podchodzi, wskazuje podeszwę i mówi z żachnięciem w stylu „Aha! Mam cię!”, ta moja córka, biedna, uczona choć młoda, szła właśnie do szkoły odegrać rolę w teatrzyku, bo grała tam królewnę śpiącą i długo po nocach się do tej roli przygotowywała, a pan to wszystko zepsuł, jak pan tak w ogóle może, tak stać normalnie.

Wtedy mnie nagła skrucha wzięła i wgryzła się w kark, ten ugiął się z jękiem. Bo ona ze swoim Kubusiem Puchatkiem na plecaku, z kwiatkami na czapce, ze swoimi zabawami, mikro sprawami, a ja z ciężkością historii, z Donaldem Tuskiem po niej, butami, aż kości strzeliły, krew jak z wulkanu i chyba jakieś tam ostatnie tchnienie wydała, ale jazgot ulicy zagłuszył. Bo rzeczywiście miała w sobie coś z rozjechanej przez kombajn krowy, takie mniej więcej odczucia, taki feeling.

To mówię do niej: ej no, wstawaj, nie maż się, do wesela się zagoi, gdyby kózka nie skakała… i na koniec jeszcze dodałem, bo czułem się nawet zobowiązany, że przepraszam, że uczyniłem cię solą tej ziemi.

Komu w drogę, temu czas, mówię do ojca i już chcę biec dalej, już do Donalda na konferencję ruszam, gdy on mówi, ten ojciec, że tu trzeba jakiegoś zadośćuczynienia za szkodliwość czynu ze względów moralnych, bo on to właśnie strasznie przeżywa i załamał mu się świat, światopogląd i w ogóle niebo. I jakby się tak zastanawiał, że jaką tu karę wyznaczyć, ile lat więzienia, ciężkich robót fizycznych, ile razy Pana Tadeusza przeczytać, i klepie się tym palcem po brodzie, stojąc nad córką i myśli, a to trzeba przyznać, tragiczny kadr, bo dusza z ciele wyleciele, a on, myśliciel, jak jakaś Temida czy inna pani od polskiego, wyznacza karę.

Wreszcie zapaliła mu się w głowie żarówka, albo nawet reflektor i wykrzykuje, wskazując moje buty: narzędzie zbrodni zabiorę! Na pamiątkę po stracie mojej jedynej córki, wezmę, oprawię, na ścianie powieszę albo na telewizorze postawię. I odwraca się w stronę reszty zgromadzonych, niemych ludzi, kiwa im głową, a oni też kiwają głową, jakby to co powiedział, było myślą godną Platona, Descartesa, Nahacza.

To ja się wkurwiłem, nie będę ściemniał w tym momencie, w tym momencie w mój zblazowany język wchodzi element spontaniczności i przygodności, bo ja rozumiem, ja rozumiem, że kurwa cierpi po stracie, ja rozumiem, przecież nie uciekłem, zostałem, by człowieka wysłuchać, pocieszyć, może nawet zadośćuczynić za szkodę, ale kurwa, ale są pewne granice, jak mówi moja mądra matka. To jest non-kurwa-sens, żeby tak w człowieku wywoływać bóle sumienia, bo na to Ibuprom zwykły nie działa i trzeba ten max kupować, ale on droższy, albo w ogóle prosić, jak jakiś ćpun z parku w Kamiennej Górze, o Ketanol, albo Tussipect, albo Tantum Rosa, żeby nie czuć niepowetowanej straty. Toteż mówię do człowieka: panie, wymiar kary winien być adekwatny do szkodliwości czynu. Pan przyzna, że ta pana córka to mała jeszcze jest, mało widziała więc mało cierpieć będzie, bo w sumie nie ma za czym, pan wie, dziura w budżecie, dziura w historii, dziura ozonowa, dziura w akceleratorze LHC, pan musi przyznać, że nieciekawe ma życie człowiek współczesny, tak targany tymi doczesnymi uciechami i duchowymi tomami. Przecież niech pan pomyśli, gdyby ona nadal, nie daj Boże, żyła, to mogłaby zostać jakąś feministką, albo co gorsze, wegetarianką i nie jadłaby tych kiełbas, tych wszystkich boczków i salami, które pan za ciężko zarobione uczciwie pieniądze przynosisz do domu. I jeszcze zapisałaby się do Green Peace i zaczepiałaby biednych przechodniów na rynku w Krakowie z pytaniem: „czy popierasz Green Peace?”, a taki przychodzień generalnie nigdy nie zastanawiał się, czy popiera, czy też może nie popiera i mógłby się wkurwić, mógłby wyjąć przygodny zupełnie pistolet, np. Glock 17 i strzelić jej w głowie. I pan rozumie, ona mogła umrzeć pod pomnikiem Adamem Mickiewicza, pan rozumie, że to o wiele gorsze niż umrzeć pod moimi, co jak co, pan przyznał, wspaniałymi butami? To jest, proszę pana, mniejsze zło. Nie będzie pan musiał teraz drzwi otwierać w niedzielę, bo jakiś burak bez matury pewnie, bez pracy i z pryszczami bawi się dzwonkiem i wygrywa sobie wojenne pieśni Legii Warszawy, a jest niedziela, są kotlety schabowe, ziemniaki i surówka, jest powtórka meczu i zimne piwo, i jest fotel z pilotem, i jest dom, cztery ściany, jest bardzo bezpiecznie i miło, a wtedy ta Legia Warszawa, a pan przecież jest fanem Białej Gwiazdy, a nie jakiejś tam Warszawki. I będzie pan musiał otworzyć mu drzwi i powiedzieć, wypier-kurwa-dalaj z mojego domu i odpieprz się od mojej córki. A to wiele zachodu, niepotrzebnych uniesień, stresu. Ona zginęła w słusznej sprawie, proszę pana, przez chwilę stanowiła fundament dla gońca przyszłości.

Tak mu powiedziałem na koniec – goniec przyszłości – a on aż usta rozdziawił, oczy na wierzch i w płacz szczerzy wpadł, klepie mnie w ramię: leć, gońcu, leć! To ja kiwam głową, patrzę mu w duszę i mówię najpoważniej jak mogę: na zawsze będzie w naszej pamięci. I odwracam się i biegnę i już mnie nie ma.

Written by c y n i k

grudzień 5, 2008 at 8:04 pm

Incydent niedopuszczalny.

z 7 komentarzami

Tak, przyznaję, upadłem wczoraj w pewnym znanym krakowskim lokalu, rzeczywiście, upadłem na twarz, próbując wstać od stolika bardziej energicznie niż zwykle jest to czynione. Owszem, upadłem wczoraj na twarz będąc pijanym i w istocie, świat wirował, sala tańczyła, a ludzie chyba nawet mówili.

Wcale nie próbuję się wyłgać. Zdarzyło się to w czwartek, bo dzisiaj jest piątek, w pewnym krakowskim klubie powszechnie uznanym za ceniony i cenionym za uznanie doborowego towarzystwa studenckiego. Byłem tam nieco zanurzony, tak do okolic pępka, w lepkim intelektualizmie, który nie wiadomo, czy wypływał z nas, czy też do nas się dobierał. Piłem: czwarte jasne piwo i drugą pięćdziesiątkę wiśniówki gratis, piłem więc w sposób kontrolowany i powszechnie uznany za dopuszczalny, jeśli chodzi o cenione i uznane krakowskie kluby, acz zbliżałem się do nieprzekraczalnej granicy, oddzielającej duszę towarzystwa czy może adepta bliżej nieznanych mu dotąd systemów filozoficznych od zwykłego pijaka, który już się skończył. Prowadziłem więc, ogarnięty nieskrywanym podnieceniem, ciężkie dysputy w sposób lekkomyślny, co kwitowane było owacją raczej jednak na siedząco, aczkolwiek równie łechcącą dla mojego ego. Dyskusje toczyły się na tematy różne, bo była to podmiotowość według Kartezjusza, była to podmiotowość według Heideggera, była to podmiotowość według Hegla, była to podmiotowość według Sartre’a i była to krytyka wyżej wymienionych w duchu Derridy. Opluwaliśmy się więc szczątkami filozofii przez co najmniej godzinę, być może nawet było to opluwanie z morałem, który jednak nazajutrz umknął z powodów cięższych niż najcięższe teorie.

Natomiast muzyka była rozmaita. I kiedy właśnie nad nami zatańczyły pierwsze takty powszechnie uznanych i cenionych utworów jazzowej klasyki, zobaczyłem anioła, który w sposób bardzo jasny, w sposób bardzo widzialny, opadał ku mnie z niebios czy może z sufitu, bo klub ten miał chyba jednak sufit, i z takim niewłaściwym dobremu aniołowi perwersyjnym uśmiechem, kiwał na mnie głową. Doprawdy nie wiem, czy owy anioł w znanym krakowskim lokalu rzeczywiście zaistniał, czy może owy lokal jest powszechnie ceniony i uznany za anielskie objawienia właśnie, jednakże szybko okazało się, że anioł ten to po prostu zbieg okoliczności.

Kiedy więc anioł rozpłynął się w powietrzu, ja próbowałem podjąć pozostawiony przez chwilę na uboczu bardzo zajmujący mnie wątek hermeneutycznego koła, ale zauważyłem, że nikogo przy stoliku już nie było.

Zapragnąłem wyjść  - i byłoby to wyjście zasłużone – ale wtedy zdarzył się incydent niedopuszczalny.  Dopijałem właśnie piwo i nie wadziłem nikomu, naprawdę, zajmowałem mało miejsca w tym dość pojemnym jednak lokalu, ale mimo tego, niedaleko siedząca grupka studentów polonistyki roku czwartego, wskazała mnie palcem.

Wskazaniu temu towarzyszył niewybredny komentarz, z którego usłyszałem słowa takie jak „śmieszny”, „ograniczony”, „pijany”, „żałosny” i „podmiotowość”.  W niedaleko siedzącej grupce studentów rozpoznałem twarze z tej czy innej instytucji, która wypluła na polski rynek i polską historię mesjaszy, żołnierzy, odkrywców i chyba nawet jakichś dostojników kościelnych, w szczególności zaś wypluła, już dziś zabitych przez komunistów, studentów.

I wtedy się lekko zniesmaczyłem, być może nawet, nie przeczę, poirytowałem. Pomyślałem, że podejdę wówczas, że wstanę, zrobię te parę dzielących mnie od studentów roku czwartego kroków, podejdę spokojnie i dostojnie, jakbym to nie ja był tym żałosnym i pijanym, jakby to była tylko taka moja chwilowa rola do odegrania, podejdę więc, ukłonię się może, a może się po prostu zachwieję, w drodze wygładzę spodnie, bo pewnie od tego siedzenia już się pogięły, strzepię paproch z koszuli, uśmiechnę się, po czym pierdolnę prosto w ryj studenta, który uśmiecha się najszczerzej, kopnę w brzuch studentkę z ironicznym wyrazem twarzy i rozbiję delikatny przecież kufel po piwie na głowie ostatniego, w sumie całkiem ładnego chłopaka. I właśnie ich tak, zgoła transgresyjnie, załatwię. Bo muszę przyznać, że nic tak nie działa mi na nerwy, jak studenci polonistyki roku czwartego z tej czy innej instytucji nauki, którzy wskazują Bogu ducha winnego klienta klubu przecież, sami przekonani o swojej nietykalności z racji odwiecznej obowiązującej kultury polemiki. Co się zaś tyczy motywacji głębszej, to rzeczywiście, łączyły mnie ze wspomnianą trójką studentów relacje na tyle osobiste, że osoby postronne z zakłopotaniem pytały, czy my ze sobą sypiamy, czy też po zajęciach próbujemy się na noże.

Wstałem więc dość gwałtownie, krzesło z hukiem uderzyło o zalaną różnymi płynami podłogę powszechnie cenionego i uznanego klubu i gdy już miałem ruszyć w stronę trójki studentów, to przyznaję, wywróciłem się w sposób niefortunny na twarz, upadłem nie ratując się rękoma, jak kłoda, uderzyłem czołem w parkiet.  Krew mnie zalała. Proszę jednak sobie uświadomić, że byłem, to nie ulega wątpliwości, pijany,  więc czym prędzej próbowałem owy fakt niezaplanowanej wywrotki obrócić w żart sceniczny, co spowodowało, że leżąc na twarz i brocząc krwią, machałem rękoma w zamyśle próbując przedstawić wyjaśniającą gestykulację, co przez postronnych mogło zostać odebrane jako całkiem zgrabny żabi hapenning. Wreszcie obróciłem się na plecy i siedząc na parkiecie, krwawiąc i próbując odnaleźć wątek, wymamrotałem następujące słowa: „ojejku”, „śliska”, „nie stało”, „podmiotowość”.  Zalewała mnie więc krew i czułem, że straciłem parę przednich zębów, bo wyżej wymienione słowa brzmiały podejrzanie śmiesznie, gdy na domiar złego podszedł do mnie barman, z rozbrajającym spokojem nachylił się nade mną i zapytał, czy przypadkiem się nie wywróciłem i czy coś mi się nie stało. Ja więc, pokonawszy w sobie demona gniewu, z radosnym uśmiechem i zmasakrowaną twarz odpowiedziałem, że ależ skąd.

Ową trójkę studentów, do której dojść mi się wówczas nie udało, jeszcze załatwię. Parę jednak zbiegów okoliczności spowodowało, że akurat tamtej nocy musiałem odpuścić. Udałem się więc w kierunku miejsca spoczynku, znacząc drogę śladami krwi, jak niejeden bojownik o wolność w czasach pogardy. Byłem piękny, przyznaję.

Written by c y n i k

listopad 26, 2008 at 11:16 pm

Najlepsza powieść na świecie.

z 13 komentarzami

W dniu wczorajszym uznanym przez ogół za groźny, mroczny i taki romantyczny, w zadymionym, dość szemranym, dość przebrzmiałym lokalu zebrali się pisarze: Piotr Czerski, Jakub Żulczyk, Dorota Masłowska i Michał Witkowski w celu podniesienia rękawicy rzuconej przez Janusza Sławińskiego, Czesława Miłosza i Losowego Publicystę z Pisma Fronda. Zadanie było proste: napisać najlepszą powieść na świecie – tzn. w Polsce – która nie byłaby o gejach ani też o pedałach, nie byłaby o młodzieży – lub przynajmniej młodzież nie stanowiłaby podmiotu – nie byłaby też o narkotykach – choć może pojawić się opium – żadnych też subkultur, grup społecznych powszechnie uznanych za anarchistyczne (feministki, Żydzi, ekolodzy, wegetarianie, fani Alice Coopera, adepci dowolnego ponowoczesnego filozofa). Warunkami zwycięstwa było też: brak słów potocznie uznanych za wulgarne – np. „kurwa”, „dupa”, „cwel”, czy słów, które poprzez kulturowe konotacje zostały uznane za abiektalne, tj. „rzygi”, „sperma”, „ślina”, „sraczka”. Należy również pominąć następujące słowa i denotacje z nimi związane: „ciało”, „rola”, „tożsamość”, „alienacja” i „transgresja”.

Tematyka tekstu dowolna, ale należy pamiętać, że książka ta miałaby być o miłości – takiej metafizycznej, takiej sentymentalnej, takiej różnej. Miłość ta byłaby heteroseksualna (choć tego słowa użyć nie można) i zaczęłaby się, gdy młody absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego z tytułem magistra polonistyki wróciłby po dziesięciu latach nauki do swej rodzimej, sielankowej, statystycznej wsi. Ta typowa, statystyczna wieś polska byłaby pełna czerwieni, kaczeńców, tulipanów i lilii, mieniłaby się w słońcu refleksami pobliskiego krystalicznie przejrzystego strumyku (w którym ów absolwent w dzieciństwie pluskał się radośnie). Mieszkańcy wsi byliby z warstwy wyższej, mieliby konie, które nie robią kupy i mieliby kobiety, które też kupy nie robią – i on tam właśnie wraca do tej wsi, wchodzi do swojego dworku, a tam o ja pierdole – tzn. patrzy, a tam takie promyki niewiadomo skąd błyszczą, takie refleksy kryształowe z ogrodu dochodzą. I to światło – tu należy zasygnalizować rozmaite konotacje światła, tj. Bóg, dobroć, harmonia – zaczyna go prowadzić. Musi to być tak napisane, jakby absolwent był właśnie kierowany przez to światło – ten nasz bohater z miną cokolwiek oniemiałą, z taką jakby mu się tam objawił Jezus Chrystus albo McDonalds, wchodzi do ogrodu – od razu czytelnika atakuje mnogość kolorów i tu należy zawrzeć krótki i zwięzły opis natury na szesnaście i pół strony małych piaszczystych alejek, białych kamyczków i ciemnozielonych krzaczków równiutko podciętych najpewniej przez wiekowego, przekazywanego z pokolenia na pokolenie ogrodnika, czyli byłby to opis tych wszystkich rzeczy, które współczesnego czytelnika szalenie zainteresują.

Bohater więc patrzy ze wspaniałością i świadom jest tego, że każdy dzień przynosi mu radość i takie właśnie zjawiska jak to przedstawione, gdy nagle dostrzega białą sukienkę czy może halkę na dziewiczo czystej dziewicy z wiankiem na głowie. I ta dziewczyna ma długie kręcone blond włosy i tak nimi zarzuca, że o żesz kurwa, tzn. że bohaterem aż wstrząsa transcendentalno-ontologiczny dreszcz, tzn. taki wiecie, no, i wstrząsa nim ten dreszcz w takim sposób, że autor ma nam przekazać, że to było tak głębokie, tak donośne przeżycie.

Więc on ją widzi, a ona ucieka, bo to nie byle kurwa – tzn. bo to nie byle kobieta. W każdym razie ona ucieka z takim chichotem zadziornym, takim w stylu „złap mnie i przeleć jeśli potrafisz, ale w książce napisz, że co najwyżej pocałowałeś mnie uroczyście w rękę”, a nasz bohater jeszcze długo tam stoi.

Aż wreszcie nie stoi i idzie i dalej, w wyniku zawirowań fabularnych, w wyniku rozmaitych analogii do wartości znamiennych, bohater nasz wplątuje się w konflikt, raczej zresztą zbrojny. Tu już rozpoczyna się główna tematyka powieści, bo i dochodzą takie motywy jak po pierwsze: dojrzałość, po drugie, walka narodowowyzwoleńcza, po trzecie, opisy borów i polanek, po czwarte: tragizm. Bohater musi więc sobie poradzić w wieloma przeciwnościami losu, bo to kolejny ważny i aktualny dla dzisiejszego czytelnika wątek, musi zostawić za sobą swoje dzieciństwo i stanąć twarzą w twarz z ogromem Historii, a może nawet ze Światem. Innymi słowy, musi poddać próbie swoją dojrzałość – swoją męskość. Te inicjacyjne próby to między innymi przejście po rozżarzonych węglach, tor przeszkód, jazda koniem po murach i rzucanie podkową do celu. Ostateczną próbą jest objęcie roli wodza w powstaniu zbrojnym – to również jakże szalenie aktualny wątek, warty nauczania dzieci w szkołach – i dokonanie wyboru między naiwną, młodzieńczą miłością (czyt. cielesnością, seksem, niedojrzałością obywatelską), a dojrzałą rolą w imię Narodu. I bohater tak się waha i waha, bo niby tu sobie by pobzykał, tzn. niby chciałby nawiązać dialog z dziewczyną z ogrodu, ale z drugiej strony – tu kolejny aktualny wątek – przebrzydli Moskale atakują od wschodu i należałoby raczej coś z tym zrobić. Więc bohater dokonuje iście tragicznego wyboru – odrzuca szepczącą, kuszącą swoją obsceniczną cielesnością dziewczynę, stając na czele powstania jako dojrzały i męski i odważny przywódca. W ręku dzierży sztandar Polski, idzie w stronę szeregów ruskich, idzie i intonuje Bogurodzicę, gdy przy drugim wersie zbłąkana zupełnie kula trafia go w czoło, przebija czaszkę i wywala cały mózg na idącego za nim żołnierza, który reaguje: „o fuj!”. Sztandar Polski, to musi być odpowiednio wzruszająco opisane!, zbrukany krwią upada na ziemię, wzbijając lekki tuman pyłu.

Przy końcu jeszcze pojawia się ogrodowa dziewica i płacząc i szlochając i strasznie lamentując opłakuje zmarłego powstańca, który nie sikał, kupy nie robił, nie przeklinał, nie bzykał i nie był z Westerplatte.

Co się zaś tyczy wyniku owego spotkania w knajpie – to cóż – pisarze wysłuchali wszystkich komentarzy, instrukcji, zasad i uwag komisji od wartości literatury, pijąc przy tym darmowe wino, paląc darmowe papierosy, kiwali głowami, patrzyli ze zrozumieniem coraz to bardziej szklanymi oczyma, poczym gdy się już mocno nawalili, podziękowali zasłużonym autorytetom krajowym i zostawiając ich z durnym wyrazem twarzy, wyszli. I drzwi nie zamknęli!

Sławiński miał pretekst do dalszego szydzenia z postmodernizmu, Miłosz z dzisiejszych pisarzy, natomiast Losowy Publicysta z Frondy błysnął jakimś tekstem o lewackich ideałach, ponowoczesnej papce i upadku ostatecznym kultury polskiej.

A autor jak zwykle przypomina, że skoro Miłosz is ded, to fikcja to jest.

Written by c y n i k

listopad 9, 2008 at 2:06 pm

“Jebać żydów siekierami” – próba analizy.

z 60 komentarzami

W windzie, którą każdego dnia wjeżdżam na dziewiąte piętro, ktoś napisał: „Jebać żydów siekierami”. I właściwie można się uśmiechnąć, bo to jebanie siekierami ma w sobie humorystyczny potencjał, ale my, jako oczytani i inteligentni i w ogóle fajni Polacy, powinniśmy postawić teraz pytanie: Co autor miał na myśli?

To, że na murach jebie się Żydów, wie chyba każdy. Jebie się ich różnie, po niemiecku (Jude Raus) czy po polsku (Żydzi wypierdalać). Nigdy jednak, w całej swojej karierze kolekcjonera owych napisów, nie natrafiłem na jebanie siekierą. Przyznacie, że autor owej myśli nie poszedł na łatwiznę i jakże skutecznie rozbudował i odnowił tak już wytarty frazes. Rzekłbym nawet, że odkrył jebanie Żydów na nowo. To zupełnie nowa jakość jebania.

Niestety, forma graficzna tekstu pozostawia wiele do życzenia. Artysta bowiem, by wyrazić ekspresję, użył ołówka, co w połączeniu z żółtymi ścianami windy i słabym, żarówkowym światłem, utrudnia odbiorcy obcowanie z dziełem. Można powiedzieć, że to i dobrze, że nadaje to dziełu pewien wymiar niedostępności dla typowego filistra, wręcz wymiar elitarny, a odbiorca, jeśli już napis odczyta, poczuje się jako ten, który dekoduje tajny znak. Takie dzieła zwykle zespalają się z odbiorcą i zawierają jakiś ukryty, tajny przekaz. Ta modernistyczna koncepcja, śmiem twierdzić, przejawiła się w wizji windowego artysty. Być może autor znał i cenił Wilde’a, Prousta czy Musseta, a dzieła tychże odbiły się na jego akcie twórczym? Samo jednak miejsce zaistnienia dzieła, tj. winda dziesięciopiętrowego bloku na Czyżynach krakowskich, również może dostarczyć nam materii badawczej, bo czyż nie ma tu aluzji i analogii do popularnych i licznych miejskich aktów twórczych, tj. spontanicznych „chujów”, „dziwek” i „kurw”? Autor więc idzie krok do przodu – ze swym aktem twórczym wychodzi do ludu, zostawia dzieło w miejscach ogólnodostępnych, w miejscach częstego użytkowania, co też nadaje dziełu pewną wartość użytkową – dzieło bowiem nierozerwalnie związane jest z windą, nadaje windzie cechy tragizmu. Czuć, że tak powiem, Zyklon B w tej windzie.

Modernizm spotyka się więc z nowoczesną sztuką, z koncepcją artyzmu czerpiącego ze współczesnego performance’u, tj. artysta-animator kultury wychodzący do ludu z dziełem. Pozwala nam to wstępnie scharakteryzować samego twórcę. Twórca jest oczytany, zna i stosuje rozmaite analogie – rolę modernistycznego poety uzupełnia cechami artysty-aktywisty. Jest buntownikiem, ignoruje political correctness. Jak łatwo zauważyć, zna i stosuje rozmaite analogie do historii nie tylko widocznego w grafii tekstu narodu żydowskiego, ale także i polskiego, cygańskiego itd. Odniesienia do historii Drugiej Wojny Światowej każe nam sądzić, iż artysta zna historię Europy i świata w ogóle, wszak mowa tu o wydarzeniu, które dotyczyło nie tylko przedmiotu badań, tj. Żydów, ale i w ogóle ludzi. Za wiedzą w ślad idzie pewność, tj. obiektywność owej wiedzy – autor jest pewny swoich myśli, co daje mu znaczącą przewagę w relacjach między nadawcą a odbiorcą. Odbiorca ma za zadanie odczytać intencje twórcy, sens dzieła lub ewentualnie, w ramach współczesnej humanistyki, owy sens wytworzyć. Artysta stawia się więc tu w roli Nauczyciela, przewodnika lub Mistrza. Nauczyciel naucza nas, odbiorców – tu w roli Uczniów.

Relacja Nauczyciel-Uczeń, jak się domyślamy, zaistnieć może tylko wówczas, gdy istnieje to samo culture background, tj. pewna wspólnota kulturowa (w tym wypadku, takim wspólnym polem dla Nauczyciela i Ucznia będzie krew, a ściślej, bycie Polakiem oraz język polski). Relacja, jaka zachodzi między nami a dziełem, czy między N i U, szybko staje się tu najważniejsza. Dochodzimy więc do sprawy doniosłości dzieła. Nie możemy bowiem oceniać go w kategoriach estetycznych (te, jak informuje grafia tekstu, schodzą na dalszy plan), powinniśmy natomiast, w ślad za intencją twórcy, użyć kategorii etycznych. Bo aby odczytać sens dzieła, postawić musimy pytanie. Do kogo adresowane jest dzieło? Do kogo, ściślej, zwraca się autor zdaniem „Jebać żydów siekierami”. Czy autor zwraca się do samych Żydów, czy może Polaków? Biorąc pod uwagę wcześniejsze, arbitralne założenie więzi Nauczyciel-Uczeń, odpowiedź wydaje się prosta: do Polaków. To z Polakami autora łączy culture background, więź narodowa i krwi, więź historyczna. Potwierdzeniem tej tezy niech będzie fakt, że autor Żydów nie traktuje jak ludzi i jego modernistyczna rola artysty nie pozwala skierować oblicza ku, jak sądzę, ignoranckiej postawie motłochu żydowskiego.

Samo słowo „siekierami” jest jakże ciekawie. To ono właśnie czyni akt twórczy takim wyjątkowym. Samo jebanie Żydów jest niewystarczające, natomiast jebanie Żydów siekierami dostarcza tak potrzebnego semantycznego wzmocnienia. Te siekiery pełnią tu funkcję podwojenia tragizmu, aktywizmu, żeby nie rzec, że artystycznej agresji. Ta żydowska Siekierazada zdaje się nie mieć końca, wszak gdyby spojrzeć na dzieło przez intertekstualność odnajdziemy miliony powiązanych naściennych ekspresji, dzieł innych artystów.

Podsumowując, autor Nauczyciel zwraca się do Polaków z wyraźną intencją rękoczynów. Ta prawdziwa perełka wśród literatury masowej, popularnej i naściennej, jest jedyna w swoim rodzaju, a tragizm, który zawiera, nie pozwala nam beznamiętnie przejść obok owego dzieła. Prawdziwie piękna ekspresja w dobie współczesnej myśli o holocauście. Bauman miałby co robić. Brawo, Polaku!

Written by c y n i k

październik 11, 2008 at 12:36 pm

Jak Deja wziął i znikł.

z 4 komentarzami

Albo jak Deja wziął i znikł. Normalnie siedzimy w nocy na naszej ławce, rozmawiamy na tematy transcendentalne bez zauważalnego konsensusu i nagle on wziął i znikł. Pyknęło i zamiast mniej lub bardziej atrakcyjnych kształtów Dei została chmura błękitno-zielonego dymu. I ja, wyrwany z dyskursu, rozdziawiłem zupełnie nieatrakcyjnie usta, i tak stałem, bo to ponad moje siły takie metafizyczne zabiegi podczas, bądź co bądź, niezobowiązującej rozmowie o bycie. Tak się nie robi, mówiąc wprost, gdy trzecia puszka leży już na trawniku, a diabelski wesoły ognik przekazywany z rąk do rąk za każdym machem wymazuje ci z pamięci jedną klasę podstawówki.

Znikł i ja zostałem sam, nie licząc Pepka, który sobie tylko wiadomym sposobem wysyłał fale ultradźwiękowe w stronę kosmicznych, nie odkrytych jeszcze światów z wiadomością: „Przybywam w pokoju”.

Więc łapię go za pięty i ściągam na Ziemię z tych jego galaktyk i kiedy jestem już pewny – lub prawie pewny – że zyskałem jego uwagę, a Pepek nie kolonizuje właśnie jakiejś odległej planety, to wskazuję ledwo widoczne już obłoczki i mówię: Deja wziął i znikł.

I chociaż wypowiadam tę kwestię dramatycznie, z odpowiednimi, przewidzianymi dla takich chwil pauzami, z niemalże podsycającą sensacyjny nastrój muzyką w tle, z oddaniem i takim, no wiecie, teatralnym przejęciem, to Pepek, nie czując chyba tragizmu, z wielkim uśmiechem i jakąś taką pierwotną radością mówi: I oto chodzi.

Wtedy ja zrywam się na nogi, chodzę po parku, kopię puste puszki i gorączkowo myślę.

Deja wziął i znikł, a Pepek właśnie odpala silniki prywatnej rakiety Apollo 13,5, w dodatku rzuca mało śmiesznymi żartami. A problem wzięcia i zniknięcia Dei pozostaje nierozwiązany. Bo co ja teraz powiem znajomym, Boże, co ja powiem jego dziewczynie – że co, że się w parze i dymie rozpuścił, że nagle pykło i znikło? Albo że się ulotnił? Że wzniósł się ponad to wszystko, naprawdę nie wiem jak, M., to jakoś tak nagle się stało, gdy rozmawialiśmy o ontologii, a być może nawet o aksjologii i wówczas właśnie stało się to, co się stało. Że nic nie braliśmy, no, to co zwykle, bez jakichś tam udziwnień, bez szamańskich stymulantów. I to się stało tak nagle, że jedna sekunda i nie ma.

Błądzę po parkowej górze, szukam go w krzakach, za drzewami, pod kamieniami, 30 centymetrów ponad chodnikami, omijam koralowe ostrowy burzanu, w tej cholernej ciemności to ja sobie nogi poharatam, nigdzie drogi ni kurhanu, i nagle patrzę, Jezus Maria, Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzeńka wschodzi? Nie, to błyszczy Deja! I po niebiańskich stopniach schodzi. Odziany w jakieś szaty sułtańskie, złote nici, diamenty, idzie i tak się do mnie szczerzy. Że on tu, Mesjasz Parkowy, nam się tu objawia, że nie lękajcie się owieczki, wasz pasterz nadchodzi, może trochę upierdolony, ale przecież jednak Zbawiciel. I tak schodzi do nas, a my klękamy, i już tam wina jedną ręką otwieramy. O rany! Rany! Rany!

A potem hiperrzeczywistość w namacalnej bezpośredniości. A potem Bakczysaraje i pytania o własne pochodzenie. A potem Ibuprom, magnez, B6 i obietnica poprawy. Pacierze w kosmos słane, że Jezus, kurwa, moja głowa, że kac mnie trawi.

Written by c y n i k

październik 6, 2008 at 9:41 pm